Lana Del Rey jest – jak wiadomo z fiszek promocyjnych – gwiazdą muzycznych blogów. Nie tego. Zatem prawdopodobnie mit. A ponieważ ukazała się właśnie jej płyta „Born To Die”, warto wspomnieć, jakie inne mity narosły wokół tej postaci. Bo z pewnością wałkować je będą kolejno wszystkie plotkarskie gazety i telewizje śniadaniowe. Czytaj całość →
Kochaliśmy nie tego Cohena
Cohen opowiada dowcip: „Facet wchodzi do sklepu i zwraca się do ekspedienta: ‘Poproszę polski chleb, kawałek polskiego sera i sześciopak piwa z Polski’. Na to tamten: ‘Nie jest pan czasem Polakiem?’. Klient: ‘Dlaczego?’. ‘Bo to jest sklep z narzędziami’”.
Kawał ma pewnie niewiele mniej lat niż sam Leonard Cohen (a pieśniarz ma 77) i nie został opowiedziany w trakcie spotkań z dziennikarzami przy okazji nowej płyty „Old Ideas”. Artysta rzucił go w rozmowie z wysłannikiem „Melody Makera” w roku 1988, trzy lata po sławnej polskiej trasie koncertowej, która uczyniła go w oczach tutejszej publiczności bohaterem i niemal dała honorową legitymację „Solidarności” (atmosferę tamtych koncertów oddaje to wspomnienie autorstwa Daniela Wyszogrodzkiego). „Nie byłem przygotowany na tego rodzaju presję, jaka pojawiła się w czasie tej podróży” – komentował później. Kilka lat później w tekstach z „The Future” i wywiadach udzielanych w roku 1992 wyrażał swoje wątpliwości dotyczące demokratycznej rewolucji w Europie Wschodniej. Czytaj całość →
Spotkamy się w grobie
To krępujące, ale czasem ludzie zadają sobie tego rodzaju pytania. Ja ostatnio usłyszałem takie pytanie od pewnej (przyzwoitej zresztą) stacji radiowej. Najpierw zrozumiałem, że chodzi o płytę, którą zabrałbym na bezludną wyspę. Już chciałem powiedzieć, że Tristana Pericha, bo po co komu płyta bez odtwarzacza (a wariant bezludnej wyspy mówi zawsze tylko o płycie), a ta ma przynajmniej własne bateryjne zasilanie. Wtedy zostałem naprowadzony na właściwszy tor – chodzi o płytę, którą zabrałbym do grobu. Czytaj całość →
65 procent więcej z nas płaci abonament
Za muzykę oczywiście. Nie ma to nic wspólnego z abonamentem RTV. Taki roczny wzrost zainteresowania serwisami subskrypcyjnymi wskazuje najnowszy raport IFPI, upubliczniony dziś o godz. 15.00 naszego czasu, również na Polifonii. O 8 procent – do 5,2 mld dol. – wzrosły w 2011 roku dochody z tytułu sprzedaży muzyki w różnych elektronicznych postaciach, czyli bez nośnika. Czytaj całość →
Rzeź saksofonistów
Tym razem pojedynek korespondencyjny. Przede wszystkim dwóch najbardziej zapracowanych ludzi w tej branży w roku 2011: Mats Gustafsson i Colin Stetson. Od pierwszego, poza świetnym albumem Fire!, dostaliśmy m.in. archiwalne już nagrania koncertowe tria z Kieranem Hebdenem i Steve’em Reidem (tego ostatniego słyszymy tu już post mortem). Płyta „Live at the South Bank” ukazała się w połowie listopada i była już trudna do ogarnięcia w przedświątecznej gonitwie. Tym bardziej, że to dwa CD z ponad 40 minutami muzyki każdy. Utwory są długie, ale – co najważniejsze – nie tracą czytelności. Już duet Hebden-Reid przynosił muzykę momentami niezwykle gęstą, więc po dorzuceniu partii Szweda wszystkiego mogłoby być zwyczajnie za dużo. Tymczasem cała trójka gra z dyscypliną, perkusja Reida nadaje muzyce plemienny, krautrockowy momentami charakter, a Gustafsson doskonale zgrywa się z elektroniką Hebdena. Oczywiście – jak to bywa w wypadku w całości prezentowanych improwizowanych koncertów – są tu momenty przegadane, ale zdecydowanie warto doczekać finału, wspaniałej wersji singlowego utworu duetu Hebden-Reid, „The Sun Never Sets”. Czytaj całość →
Amotność
Tytuł to nie błąd (o tym za chwilę). Błędem było to, że tak późno dotarłem do nowości z australijskiej firmy Room40. Czekałem na nowe Minamo, płytę ładną, ale bardzo ulotną, a przy okazji zostałem porażony nowym albumem Pimmona. Płytą nie zawsze ładną, ale potężną i bardzo sugestywną. W zestawieniu za stary rok wyprzedziła i wyeliminowała m.in. Tima Heckera, z którym zestawiać to można jako rzecz z podobnej półki. Paradoksem jest to, że Paul Gough, czyli Pimmon, to twórca starszy, z większym dorobkiem, bardziej zmieniający się, gdy chodzi o styl, różnorodny, a przy tym w tej chwili zdecydowanie słabiej znany. Jego „Snaps * Crackles * Pops” sprzed prawie dekady pamiętam jako rzecz wówczas pionierską, choć w tej branży twórczości eksperymentalnej grało się wtedy trochę inaczej i sam Pimmon pozostawał bliżej muzyki lepionej z brudów cyfrowych, nurtu clicks & cuts. Ale nie załapał się do końca na pięć minut tego środowiska (chociaż młodszy Tim Hecker zdążył trafić na składankę z serii „Clicks & Cuts”), ani też nie stał się gwiazdą elektroniki początku poprzedniej dekady tej miary co Fennesz (choć ze sobą współpracowali i można było ich twórczość zestawiać). Słowem: australijski outsider. Czytaj całość →
Noworoczne porządki w stereo
Jak wiadomo w opisywanym tutaj szeroko – także w komentarzach – dorocznym zestawieniu „The Wire” z reguły zwycięża zwykle jakiś mało komu znany, niszowy (w momencie premiowania go tym wyróżnieniem) wykonawca. Zwykle – bo do odstępstwa od tej zasady dochodzi w latach, gdy nowy album wydaje Robert Wyatt. Poprzedni rok do takich nie należał. Chociaż gdy słucha się pierwszego utworu na płycie „Gentle Spirit” Jonathana Wilsona, można nabrać przekonania, że może jednak był… Czytaj całość →
3×11 światowych płyt roku 2011
Pewnie mało kto już śledzi jakiekolwiek podsumowania. To na pewno przeciągnęło się stanowczo zbyt długo, ale zapewniam, że to już finał. Od poniedziałku Polifonia zaczyna normalną, bieżącą działalność (na początek uzupełniając jeszcze pewne zeszłoroczne braki). Poniżej 33 płyty roku ze świata, podobnie jak przed rokiem, ale tym razem podzielone na trzy kategorie. Nie tylko dlatego, żeby wyszło po jedenaście. Po prostu było w czym wybierać, a przy tym moja prywatna roczna czołówka dość mocno się zarysowała. W obrębie jedenastek kolejność alfabetyczna. Czytaj całość →
11 płytowych rozczarowań roku
…czyli płyty, po których czegoś więcej – a czasem dużo więcej – się spodziewałem. Ze względu na wcześniejsze dokonania ich autorów, dobre recenzje, głosy znajomych. Wykorzystuję szansę, żeby pokazać bardzo udaną (inaczej niż cała płyta) okładkę Billa Orcutta. W większości wypadków szkoda mi było miejsca na te albumy. Czytaj całość →
2+11 archiwaliów roku 2011
Jak już wspominałem, mieliśmy kolejny świetny rok w reedycjach. Poza okolicznościowymi wydaniami Nirvany, U2, Pink Floyd, The Who (temat poruszałem również tutaj), a także Throbbing Gristle czy Can, ukazało się wiele albumów bardziej zapomnianych, niedocenionych, przedstawiających materiał o wiele bardziej zaskakujący, często nigdy oficjalnie niepublikowany i co ważne w ciekawszej formie niż wyżej wymienione wydawnictwa. Szczególnie dużo ciekawego działo się moim zdaniem w dziedzinie muzyki elektronicznej. Z jedną uwagą – wymieniona niżej płyta Jürgena Müllera to może, choć nie musi, być mistyfikacja. Kolejność jak zawsze alfabetyczna. Czytaj całość →









