Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

20.07.2020
poniedziałek

Kształt jazzu, który doszedł

20 lipca 2020, poniedziałek,

Zacznijmy od tego, że to nie brzmi jak jakaś kuratorska kalkulacja, tylko efekt miłości. Choć na pozór nie jest to oczywiste: jeden z najlepszych europejskich zespołów muzyki współczesnej bierze się tu w końcu za amerykańskie klasyki. Nie byłem na premierowym koncercie na festiwalu Sacrum Profanum i teraz jeszcze bardziej żałuję. Bo płyta The Shape of Jazz to Come (skojarzenia z albumem Ornette’a Colemana oczywiste, ale ograniczone do tytułu, nagranie to zapis owego koncertu) to rzecz nawet lepsza niż się zapowiadało. Przyszło mi nawet do głowy, że to niemożliwe, żeby grał ten sam zespół, który podziwiałem w coverach Kraftwerku albo w dekonstrukcji muzyki tradycyjnej (na Volksmusik, a do pewnego stopnia także na niesamowitym Serbian War Songs). Ale zaraz – z Volksmusik jest tu akurat bardzo dużo. Ta sama witalność. I to samo oddanie się bez reszty odtwarzanemu materiałowi – a przez „oddanie się” rozumiem oddanie siebie, a nie próbę rekonstrukcji kogoś innego w roli wykonawcy. To właśnie gwarantuje tu grupa zeitkratzer. Całą resztę załatwia dobrze lub nawet bardzo dobrze znany materiał źródłowy. 

Co materiału źródłowego: mamy tu m.in. Strange Fruit znane z repertuaru Billie Holiday (a tutaj nieco rozmontowane, budujące swoją poetycko-turpistyczną dramaturgię na sposób awangardowy, ale w duchu oryginału). Mamy zaskakująco wręcz kłaniające się tradycji Struttin’ With Some Barbecue wykonywane kiedyś przez Louisa Armstronga, do tego Cry Me a River z repertuaru Elli Fitzgerald (a tutaj w nie tyle wzruszającej wersji, co wręcz w rozpływającym się w czasie lamencie), no i My Funny Valentine spopularyzowane swego czasu przez Cheta Bakera. Tekstury nowych wykonań są złożone jak na tego typu formację przystało, ale przecież sekcja zeitkratzera potrafi też raźno swingować, a ciężar wykonawczy przesuwa się zgrabnie w stronę dwóch znakomitych saksofonistów/klarnecistów Haydena Chisholma (ten akurat z Nowej Zelandii) i Franka Gratkowskiego. I trudno uwierzyć, że nie urodzili się w Nowym Orleanie i nie wychowali na Harlemie. Śpiewa Szwedka Mariam Wallentin, której niebywałe umiejętności znamy choćby z nagrań Fire! Orchestra. Skądinąd temu drugiemu zespołowi byłoby teoretycznie bliżej do jazzowej klasyki, ale formacja Reinholda Friedla nie pozostawia cienia wątpliwości co do tego, że jest na właściwym miejscu i przygotowana na opowiedzenie sto razy opowiadanej historii po swojemu.

Prawdę mówiąc, to „po swojemu” przeszkadza tutaj w jednym punkcie doboru repertuaru. Otóż z łatwością zauważymy, że trochę nie pasuje do reszty utwór, który całe wydawnictwo rozpoczyna: The Bird Song Muhala Richarda Abramsa, napisane już lata po The Shape… Ornette’a Colemana i po nadejściu awangardy w jazzie. Friedl dobrał tę kompozycję ewidentnie ze względu na własne zainteresowania – to dzięki niemu w lutym tego roku mogliśmy słuchać wznowienia kapitalnego albumu Abramsa, o którym pisałem także na Polifonii. O ile jednak tamten album ukazał się w barwach niemieckiej karlrecords, to The Shape of Jazz To Come zeitratzera wychodzi na winylu pod szyldem polskiej Bocian Records. I świetnie, bo trudno o lepszą wizytówkę zespołu, który potrafi rzeczywiście wszystko i jak mało który pokazuje w dzisiejszych czasach sens klasycznego doskonalenia umiejętności muzycznych w połączeniu z utrzymywaniem bardzo szerokiego, otwartego spojrzenia na muzykę.   

Przypomniały mi się słowa Archiego Sheppa (jednego z najlepiej starzejących się jazzmanów, skądinąd, polecam wywiad i sesję zdjęciową tego 83-latka w nowym numerze magazynu „Uncut”) o tym, że woli ostatnio grać dla europejskiej publiki. Bo ta, nawet jeśli nie jest wychowana na danej konwencji, próbuje ją zrozumieć przez pryzmat swojego bogatego i szerokiego kulturalnego wykształcenia. To słowa z wywiadu dla autorów Rozmów improwizowanych, mam nadzieję, że dobrze zapamiętałem. I chciałoby się ich znaczenie poszerzyć w tym momencie o europejskich muzyków grających utwory amerykańskich jazzmanów. Poszli inną drogą i ponownie osiągnęli to, co chcieli. Mam powody, by przypuszczać, że i słuchacze do tego wniosku dojdą.  

ZEITKRATZER & MARIAM WALLENTIN The Shape of Jazz To Come, Zeitkratzer Records/Bocian 2020, 8/10

Tytuł niniejszej rozprawki jest oczywiście nawiązaniem do tytułu albumu Kształt jazzu, który ma dojść. Ale jak to mówią: trudno wymyślić mazut na nowo.  

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Kiedyś to się nazywało free jazz, teraz jazz to come. To już było.

css.php