Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

25.10.2016
wtorek

Czy lata 80. były rajem na ziemi?

25 października 2016, wtorek,

Usiłując jakoś zareagować na wczorajszą śmierć Pete’a Burnsa, frontmana Dead Or Alive, i linkując zaraz gdzieś w internetach swoją ulubioną piosenkę My Heart Goes Bang Bang, zdałem sobie sprawę z wielu poziomów niestosowności tego gestu wobec zmarłego. Pierwszy niesie sama nazwa zespołu, drugi – tytuł piosenki (Burns zmarł na serce), trzeci styl pożegnania – ta grupa to beztroskie dyskotekowe piosenki z samego serca lat 80. Epoki, która momentami wydawała się właściwie nie uznawać śmiertelności. Może w tym tkwi magia ciągłych powrotów do tej dekady? Zaraz: powrotów do dekady? Mam nadzieję, że widzieliście San Junipero, jeden z najnowszych odcinków serialu Black Mirror (Czarne lustro), bo w pewnym sensie właśnie Charlie Brooker, autor tej historii, dał mi odpowiedź na cały ten dylemat, robiąc to w dodatku z pomocą Belindy Carlisle.

[uwaga, w następnym akapicie są spoilery – nieuchronne, choć umiarkowane]

Serial jest świetny, odcinek wcale nie najlepszy z dotychczasowych. Ale w tej sytuacji wymowny: oto ludzie w bliżej nieokreślonej, ale niedalekiej przyszłości (jak zwykle w Black Mirror) skonstruowali gigantyczny wirtualny system, do którego można uciekać z normalnego świata, przenosząc się w określoną, wybraną w sentymentalnym odruchu epokę. Najbardziej beztroską i najczęściej wybieraną (przynajmniej sądząc po scenariuszu odcinka) są lata 80. Usłyszycie tu więcej piosenek z tej dekady, niż pamiętacie, że w ogóle w niej było. Co więcej, San Junipero pokazuje świat, w którym można na stałe przenieść się po śmierci do jakiejś epoki, więc powracający kawałek Heaven Is the Place On Earth Belindy Carlisle staje się rodzajem motta odcinka – żeby tak za dużo nie zdradzać. Niesamowite, że taki niby, ot, odcinek serialu mówi tyle o naszym stosunku do czasów. I zapewniam, że nie ma to wiele wspólnego z moim subiektywnym sentymentem do epoki, w której grałem w kapsle, dostałem pionierski model walkmana i pierwszy raz całowałem się z dziewczyną.

Zajrzałem przy tej okazji do Ziemi obiecanej Gino Castaldo, czyli książki o muzyce jako religii – lata 80. są tu oczywiście pogardzaną epoką materializmu i płytkich pobudek. Ale znalazłem puentę, która szczególnie się może spodobać tym wszystkim, którzy już ten odcinek Black Mirror widzieli. Otóż Castaldo opisuje erę wideoklipu (gdy w jego opinii – ogólnie rzecz ujmując – „muzyka straciła na znaczeniu”). I odwołuje się do matki wszystkich klipów epoki, czyli Thrillera Michaela Jacksona: Pomysł stał się głośny, była to parafraza filmowych horrorów ze wspaniałym baletem zombies. Jak na ironię losu, pierwszy wideomuzyczny gigant zaludniały trupy udające żywych. Ha, niezależnie od toku rozumowania włoskiego autora – to mu się, w kontekście Black Mirror, naprawdę udało. To już taka uwaga dla wtajemniczonych. Reszcie polecam serial – w całości.

Za dwie-trzy godziny pojawi się na Polifonii właściwa recenzja na dziś. Tymczasem posłuchajcie Katie Gately. Będziemy ją dziś grać w Trójce, jeśli czas pozwoli, ale od razu uprzedzam, że to nie lata 80. A raczej – nie tylko. Nie znajdziecie w najbliższym czasie równie eklektycznej kobiecej płyty i szukać skojarzeń należy raczej w okolicach twórczości Julii Holter. Sposób, w jaki Gately łączy brzmienia organiczne i syntetyczne, dodając własny głos, jest zaskakujący – momentami utrudnia nawet odbiór samych kompozycji. Jest kolejną producentką, która przeobraża się w autorkę piosenek. I brzmi, jak gdyby jeszcze próbowała zrobić za dużo rzeczy naraz. Color jest w związku z tym płytą bardzo gęstą, ciekawą, ale to następna – jeśli miałbym wierzyć swojej intuicji – może być wielka.

Wczoraj zmarł też Eugeniusz Rudnik. Pisałem o nim na Polifonii wielokrotnie (na przykład tutaj) – m.in. dzięki licznym ostatnio wydaniom jego utworów. Zdążyliśmy, mam wrażenie, pokochać Rudnika – mówię tu niejako w imieniu dość szerokiej publiczności rekrutującej się po części ze świata muzyki niepoważnej – w ostatniej chwili. Ale tej nocy to jego, a nie grupę Dead Or Alive, wspominać będziemy raz jeszcze w trójkowym HCH.

KATIE GATELY Color, Tri Angle 2016, 7/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Ostatnio również ciepło wypowiadałem się o płycie Katie Gately. Polecam też posłuchać dwóch innych albumów z tego roku takich pań jak:

    – Eva Pfitzenmaier (aka By The Waterhole)
    http://www.nowamuzyka.pl/2016/08/25/by-the-waterhole-two/

    – Maja Osojnik (Słowenka)
    http://www.nowamuzyka.pl/2016/02/03/maja-osojnik-let-them-grow/

  2. Płytkie, materialne czy nie, cholerny ejtis teraz kojarzy mi się przede wszystkim z tandentnym brzmieniem wczesnej cyfry i identycznymi brzmieniami wszystkich piosenek dzięki presetom w tych wszystkich DX7, D50 i innych parapetach.

  3. Gostek Przelotem – w takim razie jesteś jedną z tych osób, na które zupełnie nie działa specyficzny urok lat 80-tych. A ja uważam, że jest to jedyna dekada, która stworzyła jakiś mityczny, alternatywny wszechświat, w którym – szczególnie jeśli pamięta się tamte czasy przez mgiełkę dzieciństwa/młodości – można się zanurzać, jak w pół-śnie, do którego można wracać jak do wyimaginowanego domu, albo, z drugiej strony, uciekać jak do bajkowej krainy. Tandetnie to zabrzmiało (czyli jednak w sumie adekwatnie…). Trochę trudno to wyjaśnić, jeśli się tego nie „czuje”. Z miliona powodów był to naprawdę wyjątkowy, bogaty okres w muzyce i popkulturze (new romantic, post-punk, cyberpunk, gotyk, hair metal, techno, indie, synthpop, no i wszystkie oczywiste rzeczy, które się kojarzą z tamtą epoką). W jakiej innej dekadzie to znajdziesz? 😉

  4. Lata 80. nie były dla mnie zbyt udaną dekadą, ale nie to jest przyczyną, że nie przepadam za muzyką tamtych lat.
    Po prostu brzmieniowo wszystko zrobiło się plastikowe, suche, szkliste. Po latach słuchania „zepelinów”, „jesów”, „emersonów”, „parpli”, w tej nowej muzyce nie było mięska. Oczywiście z czasem się oswoiłem. Ultravox, Sinead O’Connor, The The, Propaganda, World Party – do tego wszystkiego wracam.
    Jednak z Reaganem skończyła się pewna epoka niewinności i muzyka się zmieniła na zawsze. Grunge usiłował powrócić do tych dawnych dobrych czasów, ale to już nie było to.
    Natomiast racja, że to był ostatni moment, kiedy w muzyce pojawiało się (czy usiłowało się pojawiać) coś nowego – zapewne było to spowodowane eksplozją technologii cyfrowej, samplerów.

css.php