Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

4.04.2016
poniedziałek

Niezach, czyli muzyka niezachodnia

4 kwietnia 2016, poniedziałek,

Nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeśli niezal to wypielęgnowana w warunkach (często) cieplarnianych zachodnia scena niezależna, to może na współcześnie tworzoną muzykę niezachodnią wydawaną u nas przez małe wytwórnie zaczniemy mówić NIEZACH? Od dawna brakowało mi bowiem etykietki dla rzeczy, które nie są muzyką ludową, a często łatwiej je porównywać z zachodnimi gatunkami – i to całkiem współczesnymi. Muzyka świata? World music? Wolne żarty, to od zawsze termin bardziej handlowy niż muzyczny. Jeśli już to muzyka trzeciego świata na instrumentach bardziej DIY niż scena punkowa lat 70. Jest dobra okazja do tego, by się zająć niezachem, bo Off Festival ogłosił właśnie kolejnych artystów. Po pierwsze, przyjedzie do Katowic Egipcjanin Islam Chipsy, którego przy okazji płyty Kahraba opisywałem tu jako popisującego się szalonymi pomysłami klawiszowca nowego sortu. Po drugie – Ata Kak z Ghany, czyli też bardzo chwalone przeze mnie zagubione ogniwo afrykańskiego olschoolowego rapu.

Ten etap ogłoszeń Off Festivalu wypełni mocno, jak mi się wydaje, scenę eksperymentalną, gdzie zwykle lądują składy ludowe i niezachodnie. Do Katowic przyjedzie również Janusz Prusinowski Kompania – czołowa grupa podążająca tropami wiejskich muzykantów, a także nawiązujący do tego samego fenomenu kwartet Odpoczno. Będą też Orlando Julius – weteran nigeryjskiego jazzu – z zachodnią grupą The Heliocentrics. I Jambinai, z może egzotycznej, ale potężnej przecież, tyle że trochę wsobnej i szczególnej sceny Korei Południowej.

To jednak wszystko wykonawcy odwołujący się w jakiś sposób do brzmień i rytmów tradycyjnych – czy to za sprawą formy, czy choćby samych instrumentów, jak w wypadku Jambinai. Ale od pary tygodni słucham płyty, która każe mi jeszcze mocniej zrewidować stereotyp muzyki niezachodniej. Czyli Absence, wydana przez australijską oficynę Flaming Pines kompilacja irańskiej muzyki elektronicznej. W pierwszym odruchu po kupieniu jej na Bandcampie starałem się na niej odnaleźć jakiś rodzaj egzotyki, ale z zaskoczeniem stwierdziłem, że brzmi właściwie z grubsza jak wyprodukowana na Zachodzie. Wiedziony stereotypem starałem się więc udowodnić samemu sobie, że to owszem, muzyka jak na Zachodzie – ale przed 20 laty. I że na pewno bezkrytycznie naśladuje ówczesne wzorce. Stereotyp jest silny i nawet świadomość tego, że w Iranie mają kino pod wieloma względami lepsze od europejskiego, nie obala do końca stereotypów. Kino może wygrywać stylem opowieści, treścią konfliktów obyczajowych, tymczasem tutaj mamy ludzi i maszyny. A Iranu – choć jest niezwykle ważnym i potężnym krajem – nie łączyłem dotąd z nowoczesnością w muzyce. Poza tym autorzy kompilacji nie próbują też nadawać jej politycznego charakteru, który dodaje atrakcyjności dziełom wielu tworzącym w krajach muzułmańskich artystów. Byłoby wyrazem ignorancji uważać, że polityka nie ma na nas wpływu każdego dnia, ale byłoby uproszczeniem uważać, że szerokie spektrum twórczości artystycznej w Iranie definiuje się poprzez ten wąski proces – piszą.

Stereotypy szybko więc prysły. A to, co usłyszałem, jest być może nawet najlepszą jak dotąd tegoroczną propozycją z kręgu muzyki elektronicznej. Nie tylko nieegzotyczną, nie tylko nowoczesną pod względem brzmienia, ale jeszcze zrealizowaną z dużym smakiem. Sygnalizuje to już pierwszy utwór Siavasha Aminiego – z miażdżącą delikatnością utworu zanurzonego w styl Briana Eno czy Boards of Canada. Piękny motyw syntezatorowy wybrzmiewa tu niemal unisono ze skrzypcami. Owszem, na Zachodzie nie opakowano by tego być może etykietką muzyki „eksperymentalnej”, ale z pewnością też nie miałoby to szans kariery na wielkim rynku. Dalej w kierunku dronów zmierza kompozycja Arasha Akbariego, kuratora tej kompilacji, którego ciągnie ewidentnie w rejony Jeffre Cantu-Ledesmy, Fennesza czy Tima Heckera. I w tych okolicach zostajemy tu najdłużej – również Idlefon (Hesam Ohadi) prowadzi, choć nieco mocniej, w stronę dronów o bogatej teksturze, tym razem – jak mi się wydaje – nawiązującej do tradycyjnej muzyki perskiej. A w basowe rejony zapędza się Pouya Ehsaei. Końcowe nagranie RS firmowane przez Umchungę to znów postapokaliptyczny, rozłożysty syntezatorowy dron rozwijający się dynamicznie, aż do dramatycznej końcówki. Ale jeśli słychać tu jakąś cechę wspólną, to jest nią nieograniczanie się do dronowej bazy. Każdy z tych utworów jest czymś więcej – pojawiają się ślady rytmiki Wschodu, wchodzi choćby pojedynczy nietypowy instrument, wpleciony w ścianę dźwięku fragment melodii. Wszystko tu Irańczykom wychodzi – włącznie z próbą piosenkową 9T Antiope (syntezatorowy duet z wokalistką). Wszystko pozostaje blisko zachodniej konkurencji, ale zarazem jest minimalnie inne. Bardziej chyba jeszcze melancholijne, ale zarazem nie tak depresyjne, nie tak przytłaczające. Świetny jest Remembrance (Shaahin Saba Dipole) z hipnotycznie, minimalowo zapętlonym, ciepłym, nostalgicznym motywem rytmicznym. Najsłabsze wydaje mi się za to – paradoksalnie najbardziej pretensjonalne w eksponowaniu brzmieniowego eksperymentu – nagranie Bescolour.

W kraju, który – przynajmniej jeszcze niedawno – zakazywał prezentacji zachodniej muzyki, da się nagrywać muzykę elektroniczną na światowym poziomie. Bo nie są to bynajmniej tylko i wyłącznie irańscy emigranci. Owszem, Pouya Ehsaei ma studio w Londynie, ale zarówno Amini, jak i Akbari, są już częścią miejscowej, teherańskiej sceny muzycznej. Do niedawna nie wiedziałem, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Dziś wiem, że w domowych studiach Teheranu powstaje wysokiej klasy niezach.

RÓŻNI WYKONAWCY Absence. Compilation of Iranian Experimental Music, Flaming Pines 2016, 8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Bardzo ucieszyłem się z ostatniego „Nokturnu”, gdzie grałeś muzykę z Mozambiku. Rzadko zdarza się, by nasze radio grało muzykę z luzofońskiego kręgu kulturowego (oprócz nudziarstwa Kydryńskiego). W zasadzie nigdy nie słyszałem w naszym eterze artystów z Sao Tome czy Gwinei Bissau, którzy w latach 70-tych i 80-tych grali nie tylko cieikawą muzykę, ale też śpiewali o ważnych sprawach społecznych. Gdyby nie audycje „Music Timie in Africa” w Głosie Ameryki sam bym nic o tym nie wiedział. A tak mogę zachwycać się takimi artystami, jak Conjunto Africa Negra czy Super Mama Djombo.
    Dzięki za Mozambik, czekam na Angolę, Timor Leste, Sao Tome czy Cabo Verde. Pozdrawiam!

  2. @miderski –> Dziękuję. Ogólnie wszystkie trzy kraje na M rzadko goszczą w radiu. Angola już raz u nas była, ale na pewno wrócimy! Najlepszego.

css.php