Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

21.02.2012
wtorek

Dyskoteka w wersji post

21 lutego 2012, wtorek,

Pastwiąc się straszliwie nad Whitney Houston, Daniel Martin-McCormick nie mógł wiedzieć, że ta wkrótce umrze. Ale poszatkowane „I Will Always Love You” w pierwszym utworze z jego płyty „Hive Mind” brzmi jak jakieś okrutne epitafium dla tego, czym był ten rodzaj wokalnej ekspresji. A przy okazji – podobnie jak inne nagrania z tej pierwszej dużej płyty jego projektu Ital – epitafium dla kultury tanecznej, jaką znamy.

Nie chcę, żeby to brzmiało jakoś górnolotnie. Ale przede wszystkim trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kto pląsa przy tym na parkiecie bez odrazy. Nawet dudniący (moi sąsiedzi z góry w mieszkaniu wyłożonym boazerią chyba zaczęli odczuwać go pod wątrobą, bo czasem stukają w rytm) bęben basowy jest ponury jak, nie przymierzając, na stypie. McCormick uwielbia nielinearność w muzyce – jego utwory przepoczwarzają się bez żadnego poszanowania dla schematów muzyki klubowej. Zapętla się całkiem tylko tam, gdzie utwór brzmi jak clubbing w krzywym zwierciadle. A atrakcyjny motyw i syntezatorowy akord trzyma w zanadrzu do momentu, gdy już nikt nie wierzy, że cokolwiek miłego się w tym wszystkim wydarzy. Topi rytmy w mieszaninie wyziewów, zmieniając tańce w rytuał, który bardziej niż pląsy po zażyciu ecstasy przypomina po spożyciu przez każdego z uczestników pęczka dymki i główki czosnku. „Zew Cthulhu” nie miał jeszcze swojej wersji na dancefloor, teraz już chyba jest blisko. Lubię Lovecrafta, ale nie wiem, czy się z tego cieszyć, bo każdy kolejny odsłuch płyty lubianego przeze mnie artysty okazuje się coraz trudniejszym zadaniem.

Płytę wydała firma Planet Mu, co sprawia, że teraz oprócz problemu ze zrozumieniem typowych produkcji Not Not Fun będę miał jeszcze problem ze zrozumieniem, o co chodzi z nagraniami Planet Mu. Ale ta antytaneczność ma swoje dobre strony – gdyby nie skojarzenia z Cthulhu, „Hive Mind” byłoby idealnym clubbingiem na Wielki Post. W końcu człowiek nie zgrzeszy, kiedy go to nie cieszy.

Nieco podobnie jest z Lindstrømem, którego album „Six Cups of Rebel” jest jak ryż Uncle Ben’s – nigdy się nie klei. W każdym momencie coś w tej muzyce przeszkadza – zazwyczaj nadmiar drobnych elementów mocno kontrastujący z tym, co norweski producent robił wcześniej. Podobnie jak Ital, Norweg próbuje zmylić przeciwnika jeszcze zanim uda mu się go zachęcić do tańca. Wstęp w „No Release” ma być fajnym żartem – takie intro podkręcające atmosferę do niemiłosiernego poziomu, z czego potem nic nie wyjdzie, poza cienkim opartym na acidhouse’owym rytmie „De Javu” ozdobionym partią wokalną kompletnie od czapy. Ma być, ale mnie to – jak by powiedział mój syn – nie weseli. Wolałem ekstatyczne kawałki z monotonnym rytmem z poprzedniej płyty Lindstrøma, niż wtręty organów mylnie identyfikowane jako prog-rock (ten mamy może tylko w „Call Me Anytime” – zresztą moim zdaniem najgorszym fragmencie płyty), a w rzeczywistości będące przebitkami jakiegoś małomiasteczkowego jazz-rocka z Bawarii. „Ciekawe” jest w tym kontekście jedynie zgrabnym eufemizmem. Poza może „Quiet Place To Live”, gdzie na moment pojawia się znajome nowe disco, Daft Punk majaczy gdzieś w tle, a i wokale w połączeniu z syntetycznymi dęciakami (tak, to aż takie mydło i powidło) brzmią przez chwilę jak całkiem przekonująca zgrywa. Popisy rytmiczne w trzech ostatnich utworach może i niektórzy uznają za genialne, sięganie po jakieś najdziwaczniejsze style w muzyce jest może postmodernizmem, ale sola perkusyjne w MIDI? To jest mniej seksowne niż Gotye. Wrażenie robi na mnie końcowy utwór „Hina”, ale – powodowany sympatią wobec norweskiego artysty – muszę zdobyć się na szczerość.

To będzie płyta bardzo kontrowersyjna. Wyobrażam sobie takich, co ją pokochają, ale sam przekonać się nie mogę. „Six Cups…” dostaje ode mnie już nie tylko z certyfikat wielkopostnego grania. Można tego słuchać nawet w drodze na gorzkie żale, ba, na wyrywki odsłuchiwać w ramach pokuty za co drobniejsze przewinienia.

ITAL „Hive Mind”
Planet Mu 2012
6/10
Trzeba posłuchać:
„Floridian Void”

.
.
.

LINDSTRØM „Six Cups of Rebel”
Smalltown Supersound 2012
5/10
Trzeba posłuchać:
„Hina”, poza tym raczej poprzednich nagrań tego artysty.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Lindstrom otrzymał najwyższą ocenę na NiezaluCodziennym (jeśli dobrze pamiętam nazwę?). Posłuchałem i byłem, mówiąc bardzo delikatnie,zawiedziony. Ale dzięki Pańskiej recenzji wiem,że jeszcze całkiem nie ogłuchłem. Ta płyta jest OKROPNA. I to by było na tyle (jak mawiał klasyk).

  2. A dostał, tu oceniający. Czuję się mocno odosobniony w swoich zachwytach i zupełnie nie mogę usłyszeć tego co krytycy, ale rozumiem, że się może nie podobać jako całość. Nie rozumiem tylko krytyki „De Javu”, które jest piekielnie tanecznym, porywającym trackiem. I tak mnie to zastanawia, już totalnie abstrahując od Lindstroma, jak często recenzenci oceniają muzykę taneczną naprawdę tańcząc, a jak często zbywają ją siedząc przed komputerem z głową podpartą na lewej ręce.

  3. @warna –> Ja podpieram się na prawej 😉 A tak swoją drogą – odosobniony chyba nie jesteś, wielu ludziom płyta się bardzo podoba. I COŚ w niej jest, jakaś odwaga, brawura nawet, dlatego sam długo próbowałem walczyć z niechęcią do tego wcielenia Lindstroma, ale nie potrafię. Oczywiście ocenianie walorów tanecznych płyty tanecznej w warunkach domowych to ciężka próba, ale reakcja nóg występuje albo nie. A propos tej reakcji polecam „Voguing” z Soul Jazzu!

  4. O, na Voguing właśnie nie mogę się doczekać! Muszę koniecznie sprawdzić.

  5. Mnie się całkiem podoba to, że „Hive Mind” Italowi wyszedł taki dość brzydki i przesadzony. Te wcześniejsze single były fajne, ale moim zdaniem zaczął się na nich ocierać się o trochę tanie chwyty – samplowanie hitu Candi Staton w „You Got the Love” to najlepszy przykład. Kilka dni po Unsoundzie, gdzie zresztą jego koncert jako Ital był doskonały i inspirujący, jechałem taksówką i w jakimś radiu eska (albo innym tego typu) usłyszałem taki house z remizy strażackiej na tym samym samplu wokalnym. Trochę głupie uczucie.
    Przez chwilę zresztą miałem wrażenie, że rozrywkowy potencjał Ital przyćmi pozostałe wcielenia McCormicka – gdy jesienią była ustawiana wspólna trasa paru zespołów z NNF, to najpierw w ofercie był Ital / Sex Worker, po kilku tygodniach już po prostu Ital, widać ludzie nie chcieli sobie psuć nastroju (zresztą na Unsound też było widać, że jak na bisa Sex Worker zagrał „Ital’s Theme”, to entuzjazm publiki wzrósł). Więc fajnie, że album zrobił pod włos.
    W marcu w NNF ma być nowe Mi Ami, z którego próbki też są nieoczywiste – najpierw coś dusznego i rozmazanego niczym Sun Araw, potem przezroczysty, house’owy kawałek. Znowu nie do końca wiadomo, o co mu chodzi i to jest moim zdaniem ciekawe, bo chłopak ma talent. Chyba, że ani jemu, ani NNF o nic nie chodzi, tylko tak im wychodzi. Jakby ktoś miał ochotę, wywiad z McCormickiem przeprowadzony zaraz po tym, jak zagrał swój trzeci koncert w ciągu dwóch dni na Unsoundzie http://www.popupmusic.pl/no/34/artykuly/415/daniel-martin-mccormick-wywiad

css.php