Stan polskiego rocka jest smutnym odzwierciedleniem…

…chciałoby się zacząć. Szczególnie po lekturze polskiej listy bestsellerów OLiS, na której bryluje Nocny Kochanek, wyprzedzając Behemotha i Pidżamę Porno. Ten rozkład opowiada prawie wszystko o stanie nurtu rockowego w ostatnich dekadach. Dla pełni obrazu dodajmy, że Feel jest na piątym, a Wilki na siódmym. To się, proszę państwa, samo opowiada i nie trzeba dziennikarza. Mimo tego, że przez lata już OLiS-em trzęsą raperzy, o polskim guście wciąż najwięcej mówi (opisywałem raz – wystarczy) popularność Nocnego Kochanka – jedynego zespołu kopiującego styl Van Halen w estetyce Jaka to melodia i z humorem rodem z Familiady. I stan rocka, owszem, jest odzwierciedleniem stanu polskiego państwa, żeby strawestować klasyka. A kto się nie zgadza, bardzo proszę: niech sobie słucha Kochanka z Behemothem i Pidżamą na zmianę. Podejrzewam zresztą, że te trzy estradowe byty mają większą wspólną grupę słuchaczy niż się wydaje. A zupełnie inną niż te dwa, które chciałbym polecić.      

Nowa płyta poznańskiej grupy Izzy and the Black Trees rozstrzyga poniekąd dylemat rockowego gustu. Otóż, jeśli spojrzeć na to przez pryzmat ich wydanej w ostatni piątek drugiej płyty Revolution Comes in Waves, trzeba by stwierdzić, że tamte wymienione na wstępie albumy po prostu w większości nie są rockowe. Czy wyczyszczony prawie do poziomu melodyjek MIDI Kochanek powinien trafiać do jednego wpisu z brudnym, garażowym graniem, które dodatkowo ma lepiej aranżowane gitary i bardziej światowe aranże. Izzy jest jedynym jak na razie polskim zespołem, który jakoś wpisuje się w najświeższą falę powrotów do punka i nowej fali. Nie tylko dlatego, że kobieta na wokalu (jak, nie przymierzając, ale może jednak trochę przymierzając, w Dry Cleaning). I nie tylko dlatego, że przekaz realnie buntowniczy, konkretny, pasujący do tu i teraz, odnoszący się do realnych problemów społecznych. A przy tym nieskażony tanią publicystyką, jak jeden z zespołów z tej listy z początku wpisu. Nie tylko dlatego, że Izabela Rekowska wydaje się wyjątkowo obiecującą wokalistką rockową,  jakiej nie słyszałem w Polsce od dawna. Kontrolowana estetyka prowadzi ją raczej ścieżką PJ Harvey, ale jest w tych liniach wokalnych potencjał dotarcia do szerszej publiki, w czym oczywiście język angielski nie pomaga. Z pewnością ma jedna ten język inne zalety (debiut na antenie BBC członkowie grupy mają już za sobą). Revolution… to album dojrzalszy od debiutu i dobrze brzmiący, m.in. dzięki produkcji Marcina Borsa. Nie dajmy więc sobie zasłonić znakomitej krajowej płyty rockowej pozycjami z zestawień. 

Druga płyta z podobnego kręgu, która bardzo pozytywnie mnie ostatnio zaskoczyła, to epka otwockiej formacji Tekla Goldman. Sześć utworów zbudowanych na silniku krautrockowej motoryki, ze sporą dawką nieokrzesania i bardzo garażową produkcją (do której detali miałbym uwagi – niewyraźne, źle nagrane wokale w mojej ulubionej muzycznie piosence Prezydent to niechybnie był zły ruch). Przynoszą też dużo uroku płynącego z połączenia tego, co pozwoliłoby im się odnaleźć w światowym gronie (choćby gdzieś w okolicach Thee Oh Sees), ale zarazem czegoś swoistego, lokalnego. Grzechotnik ma w sobie swoisty liryzm Breakoutu z Mirą Kubasińską. Linia wokalna Emilly prowadzona unisono z partią gitary Hrabiego Jędrulli prowadzą nas od polskiej rockowej tradycji w stronę… choćby wczesnych Pustek. Cóż, nie mieliśmy swojego odpowiednika krautrocka w latach 70. – może tak właśnie by brzmiał? Teraz tylko trochę pracy u podstaw i może za parę lat ten pejzaż rockowy w kraju nad Wisłą się zmieni. 

IZZY AND THE BLACK TREES Revolution Comes in Waves, Antena Krzyku 2022
TEKLA GOLDMAN Epka, Tekla Records 2022