Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

16.09.2021
czwartek

Kontrola dokumentów online (i roboty!)

16 września 2021, czwartek,

Widziałem festiwal przyszłości, na którym jest więcej grających niż słuchających. Oczywiście to tylko drobne, subiektywne wrażenie – w filmie dokumentalnym Foo Fighters. Symfonia tysiąca chodzi o coś innego. We włoskiej miejscowości Cesena pewien szalony fan Foo Fighters zbiera grupę 1000 muzyków – wokalistów, gitarzystów, basistów i perkusistów – żeby wspólnie wykonać Learn to Fly. I stworzyć największy zespół rockowy świata. W Polsce, gdzie co roku na wrocławskim rynku spotyka się w ramach Thanks Jimi Festival i bicia rekordu Guinnessa ponad 7 tys. samych gitarzystów, nie robi to może aż takiego wrażenia, ale przyznaję: Włosi grają na tym tle zaskakująco równo, a dokument – choć pewnie nie najważniejszy – pełen jest pozytywnych emocji. I można go obejrzeć online. Bo obiecałem wrócić do Millennium Docs Against Gravity na początku dostępnych już w całej Polsce, zdalnych pokazów. Zanim o płycie, to jeszcze parę słów o dokumentach. Choć najlepszego z nich – i w ogóle jednego z lepszych dokumentów, jakie widziałem – w programie online nie zobaczycie.  

To oczywiście Summer of Soul w reżyserii Questlove’a, debiutującego w tej roli, ale perfekcyjnego – prowadzi ten montaż scen z festiwalu na Harlemie w 1969 r., „czarnego Woodstocku”, jak dobrą partię perkusyjną. Muzyka prawie nie milknie, gadające głowy nie zakłócają rytmu, a odnalezione po latach taśmy sprzed 50 lat niosą materiał znakomitej jakości – zaczyna się od 19-letniego Steviego Wondera w roli trzęsienia ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. Nie będę nikomu psuł odbioru, zdradzając resztę, bo film trafił do dystrybucji Disneya i pozostaje mieć nadzieję, że w jakiejś postaci zostanie polskiej publiczności pokazany. Kto nie widział na festiwalu, popełnił duży błąd. Ale jakiś czas temu ostrzegałem.    

Co do programu online: będzie nagrodzona Nosem Chopina (brałem udział w pracach jury) Ucieczka na srebrny glob Kuby Mikurdy – wspaniały film o Żuławskim i naszym micie nieukończonej superprodukcji SF. Może nie o muzyce, ale ścieżka dźwiękowa, łącząca zgrabnie tematy Andrzeja Korzyńskiego i utwory skomponowane specjalnie przez Stefana Wesołowskiego, odgrywa ważną rolę. Jest Wszechświat Milesa Davisa – kolejny dokument o sławnym trębaczu, trochę jednak przenoszący środek ciężkości na innego bohatera, Wallace’a Roneya, zmarłego przed rokiem ucznia Davisa. Dla fanów jazzu i obu tych muzyków. No i Symfonia hałasu – rewolucja Matthew Herberta, film zgrabnie opowiadający o samplingu, wariackich pomysłach tytułowego bohatera, którego dorobek dobrze i klarownie opowiada. To film dla wszystkich. Podobnie Tiny Tim. król jednego dnia – idealny temat na dokument, bo rzecz jest historią ekscentrycznego amerykańskiego wokalisty, właściwie dziwaka i outsidera, który miał na przełomie lat 60. i 70. epizod popularności tak wielkiej, że właściwie wszyscy powinniśmy o nim słyszeć. Wzruszająca historia wzlotu i upadku, jak to bywa w wypadku wielkiej sławy.

Nie wolno oczywiście przegapić Zappy – filmu, który otwiera prywatne archiwum głównego bohatera i o którym pisałem szerzej w „Polityce”, więc nie będę się już powtarzał. Warto też zwrócić uwagę na Cały ten dźwięk, czyli budowaną ze splecionych losów kilkorga bohaterów – muzyków, słuchaczy, twórców nagrań terenowych – opowieść o fascynacji dźwiękiem na różnych poziomach. Zapowiada się świetnie – tym bardziej że jest świetnie zrealizowany właśnie na poziomie dźwiękowym – potem brnie niebezpiecznie w teorię spiskową o Goebbelsie, który miał doprowadzić do zmiany stroju A z 432 na 440 Hz na zgubę ludzkości. I to jest wątek nieznośny, choć na szczęście złagodzony pod koniec. Trochę zawód, ale coś z tego zostaje i obejrzeć w wersji online można – najlepiej na słuchawkach. Zupełnie spoza tej kategorii – warto dać szansę Dziedzictwu Erwina Olafa i Paryskim kaligramom (choćby usypiały tempem na początku). Choć tak, zdaję sobie sprawę z tego, że trzeba by robota, żeby obejrzeć wszystko, co interesujące z ponad setki dostępnych w ten sposób filmów. 

Ukazała się wczoraj płyta właśnie o robotach. Notki – napisane, próby – odbyte, materiał – nagrany – czytamy w notkach (napisanych, mogę potwierdzić) na okładce. A cały zestaw 11 nowych utworów tria William’s Things, które było tu opisywane raz i drugi, po Blake’u (człowiek przeciwko samemu sobie) i Thoreau (człowiek przeciw naturze) wziął sobie na celownik właśnie nasze starcie z robotami. Ale nie zmieniło to całkiem brzmienia grupy.  William’s Things to wciąż być może jedyny na świecie zespół new romantic z aranżacjami na klarnet kontrabasowy (Michał Górczyński) i pianino (Tomasz Wiracki). Oczywiście o noworomantyczności – bardzo luźno pojmowanej – decydują partie wokalne Seana Palmera, znakomite zresztą, poczynając od tytułowego The Robots Are Coming, który wychodzi, zgodnie z tradycją, od tekstu literackiego – wiersza Kyle’a Dargana. Co wskazuje na to, że z anglosaską poezją (Dargan to 40-latek, profesor literatury z Waszyngtonu) są na bieżąco, a nie tylko historycznie. I jego tekst pojawiać się będzie we fragmentach także dalej, sprawnie rozłożony na części (jakże aktualne They await counterintelligence / transmissions from our laptops w drugim, chyba moim ulubionym You’ve Heard), uzupełniony w drugiej części słowami bardzo tajemniczego M. Vincenta Van Mechelena. 

W muzyce z nowego albumu jest więcej miarowości, rytmika bywa rzeczywiście dość mechaniczna, a ekspresja bardzo teatralna, uzyskująca znakomity efekt w połączeniu z mechanicznym brzmieniem klarnetu w Ronnie We Take. To nie twarda SF, w żadnym razie. Bardziej już umowne, uderzające staroświecką konwencją Lemowskie bajki robotów – rzecz spokojnie mogłaby się wpisać w coraz szerszą muzyczną oprawę stulecia urodzin naszego fantasty (ciekawa byłaby konfrontacja z rocznicowym RGG, które opisuję w papierowej „Polityce”) – niż rozmowa z kinem hollywoodzkim czy tym bardziej nurtami zrobotyzowanej muzyki elektronicznej. Potwierdza ten zamiar fakt, że zamiast spodziewanych maszyn perkusyjnych czy syntezatorów mamy tu jakieś dźwięki silników (małych zabawkowych robotów?) w tle. Wychodzi na to, że też bardziej dokument niż fikcja. A – i jako przedsięwzięcie muzyczne tworzone z pewną bardzo konsekwentną myślą, jest chyba William’s Things niezłym tematem na dokument.        

WILLIAM’S THINGS The Robots Are Coming, Multikulti Project 2021, 7-8/10  

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. The 500 Greatest Songs of All Time
    For the first time in 17 years, we’ve completely remade our list of the best songs ever. More than 250 artists, writers, and industry figures helped us choose a brand-new list full of historic favorites, world-changing anthems, and new classics

    1.Aretha Franklin, ‚Respect’
    1967
    WRITER(S):Otis Redding

    2.Public Enemy, ‚Fight the Power’
    1989
    WRITER(S):Carlton Ridenhour, Eric Sadler, Hank Shocklee, Keith Shocklee

    3.Sam Cooke, ‚A Change Is Gonna Come’
    1964
    WRITER(S):Sam Cooke

    https://www.rollingstone.com/music/music-lists/best-songs-of-all-time-1224767/

  2. Rolling Stone
    The 500 Greatest Songs of All Time
    *
    20.
    Robyn, ‚Dancing on My Own’
    2010
    WRITER(S):Robin Miriam Carlsson, Patrik Berger
    https://www.youtube.com/watch?v=J294A-R1Cjk

  3. Zacieram ręce na „Ucieczkę ze srebrnego globu”; film Żuławskiego, choć niepełny i miejscami chaotyczny, jest jednak ze wszech miar fascynujący – i z pewnością nieporównywalny do niczego, co powstało w polskim kinie (a kto wie, może nawet i światowym). Pierwowzór książkowy zresztą równie znakomity.

    Co do listy 500 najlepszych piosenek magazynu „Rolling Stone”, to nie sądziłem, że ktoś jeszcze bawi się w takie zestawienia, a tym bardziej nie podejrzewałem, że ktoś traktuje je poważnie. Wybory najczęściej pop- i rock-centryczne, a przy tym przewidywalne i pachnące naftaliną – żeby nie powiedzieć: zupełnie skamieniałe. Oczywiście Dylan, Beatlesi, Stonesi, Queen i reszta „nieśmiertelnych klasyków”, jak powiedziałby pewnie Piotr Kaczkowski. Umieszczenie na liście twórców rapowych i współczesnego popu (Lorde wyżej od Prince’a – bez komentarza) to czysty populizm. Ale w sumie nic dziwnego, bo ten magazyn tworzą dinozaury dziennikarstwa muzycznego, ślepi na to, co naprawdę ciekawe w muzyce, również tej popularnej. Są za to politycznie poprawni i „zaangażowani”: na drugim miejscu piosenka wymierzona przeciwko policji, a na pierwszym wyzwoleńczy hymn czarnoskórej kobiety – swoją drogą znakomity z muzycznego/harmonicznego/instrumentalnego/wokalnego punktu widzenia, aczkolwiek wątpię, żeby o jego pozycji zadecydowały walory artystyczne. Signum temporis.

css.php