Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

1.02.2021
poniedziałek

Dzisiejsza nadzieja jako zawód przyszłości

1 lutego 2021, poniedziałek,

Mam małe déjà vu. A może nawet całkiem duże. Współwinowajcą jest facebookowa strona Zinelibrary.pl, bo wrzuciła zestaw okładek fanzinu „OFF”, który kiedyś wydawałem. I jeszcze na łamach tego pisemka, ukazującego się w latach 1993-1999, publikując teksty o Porcupine Tree – zespole przyszłości, jak go nazwaliśmy w roku 1996 – przeżywałem stopniowe upopowienie brzmienia grupy, następujące od czasu albumu Signify. Później Steven Wilson porzucił stary szyld – co było pewną konsekwencją kursu na mainstream. Nagrywał płyty to lepsze, to gorsze, zawsze jednak o przyzwoitym autorskim charakterze. Na tym tle wydane w piątek The Future Bites wydaje się propozycją wyjątkowo miałką i nudną. Skąd to déjà vu? Otóż nic się nie zmienia: Wilson idzie w pop tak samo jak 24 lata temu, choć wolno. A sądząc po okładce, wygląda tak, jak gdyby przez te lata starzał się w tempie jeszcze wolniejszym*. 

Trudno uwierzyć, że ten wykonawca z widzianej 24 lata temu przyszłości ma dziś 53 lata. Więcej niż miał David Gilmour, kiedy Wilson nagrywał pierwsze albumy Porcupine Tree, bardzo mocno zapożyczone u Pink Floyd, choć wykorzystujące konwencję grupy Gilmoura z pierwszej połowy lat 70. po to, żeby stworzyć coś bardziej hipnotycznego i nieco unowocześnionego. Chwilami też bardziej minimalistycznego. Później od minimalizmu Wilson odchodził coraz dalej.  

W tym kontekście nie najlepiej się słucha tych fragmentów The Future Bites, które kojarzą się z Pink Floyd z końca tamtej dekady. Choć w Eminent Sleaze groove Floydów z okresu The Wall prawdę mówiąc wręcz ratuje mało atrakcyjną kompozycję. Wolę zdecydowanie utwór Follower kojarzący się bardziej z Yes czy Genesis próbującymi dogonić mainstreamowy pop w latach 80. Co jest takiego w twórcach symfonicznego czy progresywnego rocka, że muszą tak gwałtownie przeżywać kryzys wieku średniego? 

Na nowej płycie Wilsona ten kryzys najjaskrawszą formę przybiera w 12 Things I Forgot – rockowym kawałku w okropnie wyświechtanym stylu rozpoznawanym kiedyś jako AOR, z pełnym nostalgicznych gestów tekstem (There was a time when I had some ambition…). Wymazałbym najchętniej tę piosenkę z dyskografii Wilsona – poza może końcowym gitarowym solem, dającym się postawić obok co lepszych momentów Anglika z przeszłości. W ogóle niezłych interwencji gitary jest tu niemało, sporo też mocnych chórków w stylu kojarzącym się z kolei z obsesjami solowego Watersa. Ale może mnie się tak wszystko z okolicami Floydów kojarzy? Z tych chórków z utworu Personal Shopper, idącego najmocniej w stronę tanecznej elektroniki (na całym albumie automat pojawia się regularnie, choć jest trochę perkusyjnych dogrywek), dałoby się już zrobić utwór grupy KLF. Tyle tylko, że przegięta formuła KLF szła dalej, ciekawiej i aranżacyjnie biła na głowę ten antykonsumpcyjny hymn Wilsona, w którym – znów niezła – solówka gitarowa jest z kolei jedynym pretekstem do tego, by postawić ten album obok OK Computer Radiohead. A takie porównania się, o dziwo, pojawiają w prasie.   

Nie wierzcie w każdym razie przedpremierowym recenzjom The Future Bites. Ten album ma dość niezasłużony prasowy hype, a na tle dotychczasowej dyskografii Wilsona brzmi nieszczerze jako gest, nomen omen, dość komercyjny. I nawet najciekawszy utwór, Count of Unease, nie ma w sobie wizjonerskiego, przyszłościowego potencjału. Ale całe to déjà vu okazało się dzięki temu całkiem przyjemne, bo przypomniałem sobie spotkanie z Wilsonem sprzed ćwierć wieku – wyrzut nostalgii być może nawet bliski idei tej płyty, w której tytułowa przyszłość okazuje się nieprzyjemna, groźna, albo co najmniej rozczarowująca. Tak samo z ludźmi – ledwie byliśmy nadzieją na przyszłość, a już jesteśmy zawodem z przeszłości.   

STEVEN WILSON The Future Bites, Universal 2021, 5/10 

*Czytelnicy mi właśnie donieśli (dziękuję!), że ta okładka to sprytnie przetworzone zdjęcie ucharakteryzowanej na Wilsona modelki. Opowiedział o tym w wywiadzie dla „Teraz Rocka”. Ja tam nie widzę dużej potrzeby wygładzania Wilsona, który i bez tego wygląda zaskakująco gładko, ale wypada odnotować fakt. 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Uważam również nowy album Stevena Wilsona za przeciętny. Słuchałem raz i jakoś nic nie zostaje. Może jego nachalne silenie się na osiągnięcie komercyjnego sukcesu w połączeniu z czyms ambitniejszym, powoduje, że ta nowa muzyka nie łapie.Starszych fanów może odrazić, a nowych raczej nie przybędzie. Może w tym tkwi jego problem – brak pewnego zdecydowania, pewnej esencji, głębi, która powoduje tę różnicę między dobrym, a przeciętną muzyką. Do tego dochodzi jeszcze jego zupełnie blady i przeciętny głos,(nie dysponuje raczej zbyt dużym potencjałem wokalnym) który czasami po prostu razi i drażni. Czekałem na ten album i przyznaję, że raczej rozczarowanie, aniżeli pozytywne zaskoczenie…

  2. NR 1 w Szwecji w ub. tygodniu
    (wedlug krytykow z najwiekszego dziennika Dagens Nyheter)

    Bicep – Isles (Full Album)
    https://www.youtube.com/watch?v=8OcXk1Qa0fo
    (dostepny na Bandcamp)

css.php