Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

27.10.2020
wtorek

Małpi biznes

27 października 2020, wtorek,

Pamiętacie może odruch magazynu „Q”, który pandemię przywitał triumfalną serią wywiadów ze wszystkimi możliwymi gwiazdami, wychodząc ze słusznego założenia, że dotąd niedostępni, nagle stali się bardziej dostępni, skoro siedzą w domu? No dobrze, może nie jest to najlepszy przykład, po odruch był – jak się okazało – przedśmiertny, wkrótce zamknięto to pismo. Dokładnie taki odruch mieli panowie Damon Albarn i Jamie Hewlett: skoro już nas zamykają w domach, a przynajmniej zatrzymują trasy koncertowe, to może dałoby się nagrać kawałek z każdym, kogo sobie wymyślimy. A skoro pandemia utrudnia pracę, ale nie zatrzymuje popytu na muzykę, to może wydzielać ludziom utwór po utworze? Historia Song Machine zaczęła się jeszcze przed lockdownem, zanim COVID-19 stał się realnym zagrożeniem w Europie, ale wygląda na jak zwykle w wypadku Gorillaz pomysł idealnie skrojony pod względem koncepcyjnym, wizualnym i marketingowym. Co więcej, brzmi lepiej niż te ostatnie, w szczególności Humanz.  

Bezczelność – być może łatwiejsza do zniesienia w wypadku zespołu, którego twarzami są rysunkowe awatary – słychać w prawie każdym geście na albumie Song Machine, Season One: Strange Timez. Choćby w tym, że już otwarcie (wielu wykonawców przechodzi po cichu na taką wydłużoną, singlową lub epkową promocję dużych płyt – czasy platform streamingowych do czegoś takiego mobilizują) zamieniają album w serial. Bezczelność polega też na tym, że rozwiązań oczywistych stylistycznie, grubo ciosanych trików produkcyjnych tu nie brak. A czasem też na dobieraniu dat premier i reagowaniu na wydarzenia niczym gazeta – tak było przecież z How Far? z udziałem Tony’ego Allena, które trafiło do dystrybucji dwa dni po śmierci tego wybitnego muzyka. Z jednej strony – był przyjacielem dla Albarna, bliską mu osobą. Z drugiej – oskarżenie o monetyzację śmierci wielkiego perkusisty ciśnie się na usta. W każdym razie jest to także muzycznie jeden z lepszych momentów tego zestawu (którego słuchałem w ogólnodostępnej wersji deluxe). I kto inny mógł sobie pozwolić na ten gest z wykorzystaniem śmiechu Nigeryjczyka w realiach jego pogrzebu?  

Długi (godzina i pięć minut) program pierwszego sezonu Song Machine otwiera z wykopem znany już Strange Timez z Robertem Smithem, bezbłędnie obsadzonym w roli człowieka dziwiącemu się, że świat w ogóle się jeszcze kręci. Mrugnięcie okiem prawie jak to z okresu, gdy grupa The Cure zaczęła serią różnych ekstrawaganckich i tanich pomysłów – od The Lovecats począwszy – bawić się własnym wizerunkiem i drażnić fanów. To gwiazdorskie wejście, podobnie jak kolejne, w piosence z Beckiem, wypada uznać za całkiem przekonujące. Zdecydowanie gorzej z Eltonem Johnem w napisanym dla niego The Pink Phantom. Nie przekonał mnie też Aries z Peterem Hookiem, choć prasa brytyjska chwali i docenia oczywiste przecież podobieństwa do katalogu New Order. Za to trudno nie wygrać w towarzystwie St Vincent (Chalk Tablet Towers), a Désolé z udziałem Fatoumaty Diawary spokojnie – i delikatnie – wygrywa w konkursie na najbardziej przebojową piosenkę z płyty. Robi wrażenie slowthai w Momentary Bliss, ale ten utwór znamy przecież najdłużej – już od stycznia. Zdążyło się utrwalić.  

Jak zwykle albumowi goście odzwierciedlają szerokie spektrum zainteresowań Albarna i jak zwykle mamy jednak lekki przechył w stronę rapu i grime’u. Ważną postacią jest ponownie Remi Kabaka Jr. – współproducent materiału i współautor większości piosenek. Do tego, że albumy Gorillaz to często spięty kilkoma cechami i timbre’em głosu lidera Blur groch z kapustą, też zdążyliśmy się już chyba przyzwyczaić. Szczegóły gubią się trochę w tej masie, lepsze tuszuje gorsze, gorsze przesłania lepsze. I jak zwykle w przypadku tej formacji – jeśli nie sama muzyka jest nowatorska, to przynajmniej styl prezentacji. Małpy małpują więc same siebie, ale z małpią zwinnością, trzeba przyznać. I choć dotychczasowa kariera fikcyjnego zespołu oznaczała przecież dokładnie to samo i udawało się raz lepiej, raz gorzej, to rzadko po zsumowaniu wychodziło na takim poziomie. I – tu na chwilę zamienię się w recenzenta serialowego – pewnie już wiecie, że stacja zamówiła kolejny sezon? 

GORILLAZ Song Machine, Season One: Strange Timez (Deluxe), Parlophone 2020, 7-8/10 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php