Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

12.10.2020
poniedziałek

Ćwiczenia z roztrzęsienia

12 października 2020, poniedziałek,

Zmarł wczoraj Paweł „Kelner” Rozwadowski, czyli drugi po Robercie „Maxie” Brylewskim muzyk słynnego duetu Max i Kelner, wokół którego skupia się tak wiele wątków relacjonowanej tu w sobotę książki Rafała Księżyka. Kiedy spotkaliśmy się przy okazji radiowej rozmowy, ten ostatni wiózł nawet egzemplarz książki Kelnerowi. Muzyk leżał w szpitalu. Przyjechał tam z zapaleniem płuc, by po dwóch tygodniach umrzeć na raka. Kelner (1962-2020), o rok młodszy od Brylewskiego, nie miał może tak potężnego wpływu na brzmienie muzyki lat 80. i 90., nie ma też na koncie równie potężnej dyskografii pełnej rozpoznawalnych nagrań, ale pojawiał się w momentach kluczowych. I jego dotknięcie było niesamowicie ważne. Współzakładał Izrael, grał i śpiewał na jego debiutanckiej płycie. Współtworzył wspomniany duet Max i Kelner, którego historię Rafał Księżyk w Dzikiej rzeczy relacjonuje równolegle z historią rapującego Kazika. To dwa fenomeny nowego, rapu, muzyki klubowej, które rodzą się na łonie dawnej sceny punkowej. Był też oczywiście Kelner przez lata liderem punkowego Deutera, kluczowej grupy warszawskiej sceny alternatywnej od 1980 r.    

W książce Księżyka okazuje się też Kelner jednym z najbardziej bystrych obserwatorów, jego wspomnienia dotyczące sposobu pracy Brylewskiego, krajobrazu transformacji czy dziwnych zderzeń alternatywnych muzyków i gangsterskiej publiczności są kluczowe dla narracji.  Co szczególnie nie dziwi, biorąc po uwagę, że Tehno terror Maxa i Kelnera składająca się głównie z obserwacji zmieniającej się Polski jest kluczem do zrozumienia tego okresu. Poza tym, że jest – razem z Nie ma ciszy w bloku z płyty 1987 Deutera – prawdziwym polskim rapowym oldskulem. 

Miałem z Rozwadowskim dwa problemy: odkrywałem jego muzykę albo za wcześnie, albo za późno. 1987 był jedną z moich ulubionych polskich płyt już w latach 80., na etapie podstawówki. Wiedzieliśmy, co to Beastie Boys, słyszeliśmy Run-DMC, Nie ma ciszy w bloku było więc w pełni zrozumiałym hitem do szczeniackiego skandowania, który wyrósł tylko na nieco innej pożywce kulturowej niż Fight For Your Right. Później na wiele lat te dziecięce fascynacje zapomniałem. Z kolei płytę Tehno terror zignorowałem, gdy wychodziła – było wtedy dość prawdziwych opowieści o gangach, dość przemocy w życiu, dość dziwnych kontrastów okresu zawieszenia, żeby nie zauważyć, jak dobrze je zbiera ten album. Z kolei produkcja Brylewskiego, choć kompletnie zaskakująca w polskich warunkach, wydawała mi się wtórna wobec samplowanej muzyki na Zachodzie, gdzie urządzenia, możliwości i pomysły były już zupełnie gdzie indziej. Z perspektywy czasu i prowadzonej dziś, także na kartach Dzikiej rzeczy, dyskusji o polskiej transformacji, oba aspekty płyty wydają się fascynujące. 

Po kilku typowo pandemicznych przedsięwzięciach o kameralnym charakterze kolejny duży i naprawdę istotny album wydała dwa tygodnie temu amerykańska poetka (brzmi dobrze w kilka dni po Noblu dla Louise Glück) i wokalistka Moor Mother, czyli Camae Ayewa. Kilka dni temu goszcząca wirtualnie z innym projektem na tegorocznej edycji Unsoundu. Płyta Circuit City to muzyczna część przedsięwzięcia, na które składa się sztuka teatralna i choreografia. Cykl afrofuturystycznych pieśni oddających obecny klimat – jak pisze autorka. W moim odbiorze: czyste roztrzęsienie przeniesione na akustyczny improwizujący skład poszerzony o elektronikę.  

It’s been so much trauma… – już ten nerwowy początek Working Machine podpowiada charakter owego „obecnego klimatu”. Od czego zacząć? – zdaje się zastanawiać poetka. Ten cykl to niepewność, zagrożenie, śmierć – powracające w tym roku wątki. Moor Mother trzęsie się w nerwach, ale płynie dalej. Zespół – ze znakomitym jak zwykle Keirem Neuringerem na saksofonie i instrumentach perkusyjnych – nie wychodzi ze stanu kulminacyjnego drżenia. Nie ma tu budowania napięcia – jest utrzymywane przez ponad 40 minut szczytowe napięcie. Nie najłatwiejsze do zniesienia w swojej intensywności, ale – szczególnie w częściach pierwszej i ostatniej – pokazującej niezwykłą siłę nowego spiritual jazzu czasów dużych i w większości złych emocji. Wszystko inne wyda się nagle lekkie, łatwe i banalne.  

MOOR MOTHER Circuit City, Don Giovanni 2020, 8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Mam jakies stare egz. „Lampy i Iskry Bozej”
    a w nich czesto goscili niezyjacy juz Max i Kelner …pamietam band Pidzama Porno.

  2. Cholera , Z mojej półki już biorą:(
    Kiedyś trochę grałem, ocierając się również o punk i regge , znałem wielu muzyków tzw sceny alternatywnej. To jest moje pokolenie . Kelnera akurat osobiście nie znałem. Niech spoczywa w pokoju…

  3. Centrala nas nie ocali…

  4. Może widziałem kiedyś Kelnera z Izraelem, ale nie zwróciłem uwagi. Pamiętam go za to z koncertu Brygady Kryzys sprzed kilkunastu lat. Był wtedy chyba menadżerem zespołu. Wszedł na scenę i przejął mikrofon na jeden utwór. Rapowany. Został wygwizdany.
    Jego nowy projekt, Nie Cierpiące Zwłoki, zapowiadał się ciekawie.

css.php