Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

25.01.2018
czwartek

Niepospolita Polska

25 stycznia 2018, czwartek,

Dużą przyjemność w ostatnich dniach sprawiało mi wyobrażanie sobie min kolegów recenzentów zagranicznych magazynów, którzy dostają do recenzji egzemplarz nowej płyty Jakuba Lemiszewskiego. Nie żebym był jakoś szczególnie nacjonalistyczny czy ksenofobiczny (choć oglądam właśnie La Casa de Papel/Dom z papieru – serial o bandzie złodziei, w którym okazuje się, że jedynym prawdziwym łachudrą był jakiś gangster z Polski, który gnębił jednego z nich – za to facet o pseudo Moskwa okazuje się milutkim miśkiem), ale odpocząłem w ładnym miejscu starej Unii i złośliwość wróciła mi do normalnego poziomu, nie mogę się więc pozbyć obrazka krytyka z Zachodu, który próbuje wymyślić jakiś termin dla muzyki Lemiszewskiego. I kiedy ten hipotetyczny krytyk jakiś termin wymyśla, ja się tak nad nim pastwię, bo przecież krytyka polska nie przejmie żadnego nieanglojęzycznego terminu. No i kupiliśmy bez zgrzytania zębami ten juke i footwork, które przegniły, zanim zdążyliśmy je do końca spolszczyć, i nawet jeśli zeszłoroczny, jeszcze stosunkowo taneczny materiał Lemiszewskiego (znanego też z – opisywanej również na Polifonii – grupy Złota Jesień) zatytułowany Nielegal był jak na polskie warunki świetny, to pozostawiał za sobą cień pretensji. A moja złośliwa przyjemność bierze się stąd, że wraz z ukazaniem się Bubblegum New Age dokonać można na zagranicznych sprzedawcach terminów zemsty, bo teraz oni będą sobie musieli do tego wymyślić termin. Tak oryginalna, albo raczej niepospolita (składnik poli-jeszcze się przyda) jest to płyta.

Najkrócej mówiąc: jeśli szukacie czegoś nowego, musicie się przy tym na moment (rzecz trwa krótko skądinąd, jakieś pół godziny) zatrzymać. Bo o ile poprzednie znane mi nagrania Lemiszewskiego na swój sposób odnosiły się do modnych nurtów, te prezentują fascynującą muzykę, która przekracza barierę zagranicznych trendów, wyzwala się z modnej footworkowej rytmiki, stopniowo porzuca linie perkusji na rzecz pulsujących arpeggiów syntezatorowych (choć oczywiście w syntezie dźwięku granica między dźwiękami perkusyjnymi/niemelodycznymi a melodycznymi jest raczej trudna do wyznaczenia), a do polirytmii dorzuca polimetrię. Co nie ma nic wspólnego z politechniką – proszę mi wierzyć, zaznałem – bo chodzi o to, że do prowadzenia kilku niezależnych linii perkusyjnych, stale obecnego we współczesnej muzyce elektronicznej, Lemiszewski dorzuca prowadzenie partii w różnym metrum, a już zawsze w różnym tempie. Jasne, nie jest to rewolucja w muzyce. Szczególnie XX wiek przetestował rzecz na różne sposoby – od Strawińskiego i Nancarrowa, po Frippa i Zappę. Ale w obrębie tej postklubowej konwencji robi wrażenie.

Pomysł, który spaja abstrakcyjną momentami, chwilami odwołującą się do nagrań ze studiów eksperymentalnych, ale przy tym bardzo klarownie konstruowaną muzykę Lemiszewskiego, jest dość prosty – każdorazowo mamy przynajmniej dwa niezsynchronizowane ze sobą plany – zazwyczaj jeden z nich to utrzymane w wysokim tempie arpeggio, a drugi to snujący się powoli motyw rodem z ambientu. Najprościej to usłyszeć w rewelacyjnym skądinąd i dobrze wprowadzającym w klimat tej płyty utworze (wszystkie tytuły to różne co bardziej egzotyczne znaki kodu ASCII, względnie Unicode) albo w zapowiadającym album . Momentami tych poziomów jest więcej (posłuchajmy , gdzie łatwo stracić rachubę). Zarazem jednak jeden z tych poziomów zwykle bywa oparty na bardziej maszynowych, technologicznych repetycjach, drugi – jest swobodniejszy. Tak jest w kończącym płytę (po chińsku znaczy to odwrót lub powrót – o ile Lemiszewski próbował pod tym znakiem ukryć jakiś dodatkowy komunikat), rozbudowanym nagraniu, które zapewne można odbierać jako sumę wszystkiego, co tu warszawski kompozytor powymyślał. Lemowskie pulsomotory grają podkład do fantomatycznych podróży, żeby tak zostać przy rodzimej terminologii.

Całe to liczenie planów i opisywanie komplikacji nie miałoby zapewne większego sensu, gdyby nie to, że Bubblegum New Age składa się przy okazji w atrakcyjną całość, w którą nurkuje się każdorazowo z poczuciem, że spotka nas coś przyjemnego i odświeżającego. Coś jak masaż mózgu – przy czym obie półkule symultanicznie dostają masaż w innym wariancie. A myśli w tym czasie błądzą wokół min zagranicznych recenzentów, którzy wcześniej czy później powinni się z tym materiałem zmierzyć.

JAKUB LEMISZEWSKI Bubblegum New Age, Trzy Szóstki 2018, 8-9/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Ciekawy jestem co masz na myśli pisząc, że Nielegal pozostawiał za sobą cień pretensji.

  2. @Bartosz Nowicki –> pretensji do bycia jednak polską wersją czegoś, w tym wypadku. Nic groźnego, a nawet dość powszechne, „dżuki” przez „dż”, te sprawy. 😉

  3. „A myśli w tym czasie błądzą wokół min zagranicznych recenzentów, którzy wcześniej czy później powinni się z tym materiałem zmierzyć.”

    Kompleksy? Chęć „wstawania z kolan”? 🙂

  4. „serial o bandzie złodziei, w którym okazuje się, że jedynym prawdziwym łachudrą był jakiś gangster z Polski,”

    Mam pokrzepiające wiadomości jeśli chodzi przynajmniej o złodzieji samochodów.
    W niemieckim radio (SRW1) podano, że miastem niemieckim gdzie najwięcej na tysiąc mieszkańców jest kradzionych samochodów to Frankfurt nad Odrą. Sprawdziłem ile ginie po drugiej stronie
    Odry, w Słubicach. Okazało się, że zdecydowanie mniej. Wiadomo więc po której stronie granicy jest więcej złodziei. 🙂

css.php