Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

21.12.2011
środa

Światowa loża odrzuconych 2011

21 grudnia 2011, środa,

Siódemka była zmorą roku. Mnóstwo niezłych albumów, na które warto poświęcić kilka godzin, zasługiwało właśnie na tę notę. Siódemek przyznawałem więc dużo, a zostało mi ich do przyznania jeszcze więcej. Większość z albumów, które z różnych powodów nie znalazły się na blogu w czasie minionych miesięcy, dostałaby właśnie taką ocenę. Są to przy tym albumy bardzo różnorodne i prawie każdy z nich przez miłośnika danego gatunku mógłby zostać oceniony wyżej. Prawie żadnej z tych płyt nie znajdziecie w największych prasowych i internetowych podsumowaniach roku, ale warto je sobie przypomnieć, albo poznać w czasie nadchodzących wolnych dni. Kolejność nie jest znacząca.

1. DAVID THOMAS BROUGHTON i jego „Outbreeding” (Brain Love Records 2011) to niezły przykład dość typowego zjawiska: kupujesz płytę wykonawcy, do którego masz słabość, znalezionego w czasach poszukiwań drugiego Antony’ego, i wszystko jest ok, słuchasz jej częściej niż albumów dobrze ocenianych i ważnych, ale jednak mimo całego spędzonego nad nią trudno ci ją zaliczyć w poczet wybitnych płyt roku. Mnie pozostanie z tego albumu przede wszystkim „Staying True” (tu można posłuchać, jeśli ktoś chce), jedna z lepszych piosenek, jakie w tym roku słyszałem. I to mi wystarczy, żeby kupić kolejnego Broughtona.

2. Do albumu HTRK „Work (Work, Work)” (Blast First Petite 2011) podchodziłem ze znacznie większym dystansem, ale pośród różnych albumów, które zarazem odnoszą się do nowej fali lat 80. (niektórzy doszukują się tu wpływów odkrywanego na nowo zjawiska minimal wave) i sceny tanecznej lat 00., była to jedna z ciekawszych pozycji. Na pewno lepsza niż Hype Williams, choć też z pewnością po bardziej romantycznej, emocjonalnej stronie mocy. Żałuję, że na Unsoundzie usłyszałem tylko tych drugich.

3. Z kolei z festiwalem Sacrum Profanum kojarzy mi się trzecia płyta ESMERINE „La Lechuza” (Constellation 2011), czyli kolejny kameralistyczno-rockowy, wyrafinowany projekt z Montrealu. Dlaczego? Bo album dotarł do mnie niedługo przed krakowskim festiwalem, poświęconym w tym roku Steve’owi Reichowi, a koncept muzyczny Esmerine kojarzy się z tym kompozytorem w sposób nieubłagany, ostateczny i jednoznaczny.

4. Chociaż płyta „Bermuda Drain” PRURIENT (Hydra Head 2011) okazała się – w wyniku częstego przenoszenia między pracą a domem – najbardziej zniszczonym pudełkiem roku 2011, to nie zająknąłem się o niej ani słowem (poza radiową emisją w HCH). Może dlatego, że na industrialno-noise’owe, chwilami zahaczające o dark ambient, ponure, bardzo sugestywne nagrania Dominicka Fernowa trzeba mieć nastrój i chociaż podobno jest to jego najbardziej przystępna płyta, trudno było ten nastrój znaleźć w redakcji (rozkochane w innych dźwiękach otoczenie) i w domu (śpiące dzieci za ścianą). Może również dlatego, że gdy tylko zakupiłem album, znalazłem na Rate Your Music opinię „99% of all the reviews are by people who do not listen to noise and have little to no previous exposure to Prurient” i nie chciałem zwiększać tego odsetka. A może tylko dlatego, że nie słuchałem nocą na słuchawkach, jadąc tunelami przez Europę, jak zaleca na pudełku autor płyty?

5. Nie zająknąłem się tym razem o nowym albumie SHARON JONES & THE DAP-KINGS „Soul Time!” (Daptone 2011), może dlatego, że uderzyli w funk i zarejestrowali album trochę bardziej przewidywalny, niż to bywało dotąd. A może dlatego, że w roku śmierci Amy sporo się takiej muzyki słuchało. No i pewnie dlatego, że mimo całego uznania dla Jones wolałbym chyba kolejną sesję The Dap-Kings z Amy Winehouse. Ale rzecz była – i jest – warta wzmianki.

6. JOSH T. PEARSON miał prasy dużo więcej, ba, trafił do podsumowań (i to wysoko!), można by o nim powiedzieć, że świetny materiał na gwiazdę, gdyby nie to, że ta cała euforia wydaje mi się lekko przypadkowa. Owszem, kapitalny wokalista i charyzmatyczna postać offowej części nurtu Americana, jednak płyta „Last of the Country Gentlemen” (Mute 2011) była tyleż klimatyczna, co monotonna (nawet w poświęconym kobietom tekstach). Na pewno ma jakieś drugie dno (może właśnie w tekstach), do którego nie byłem w stanie dotrzeć, ale pozostaję jednak z umiarkowanym entuzjazmem i czekam na nowe nagrania Lift To Experience. Gdzie? Kiedy? Czy w ogóle?

7. Bardzo łatwo było za to przejść do porządku dziennego nad nowym albumem człowieka nagrywającego jako BONNIE ‚PRINCE’ BILLY „Wolfroy Goes to Town” (Domino 2011). Kilka utworów z jego programu byłoby ozdobą każdej płyty BPB („We Are Unhappy”, „Black Captain”). W całości – świetny klimat, Will Oldham znakomity wokalnie, brakuje może trochę świeżości, albo po prostu jeszcze kilku lepszych piosenek. Czy ktoś może mi podpowiedzieć, do czego odnosi się naklejka z napisem „Fuck Birds in the Bushes” dostępna w zestawie z płytą? Bo nie wiem, czy mogę gdzieś nakleić, nie kompromitując się przy tym.

8. To jeszcze raz na folk-rockową nutę. MEG BAIRD z solowym albumem „Seasons On Earth” (Wichita 2011). Styl wydaje się zgrany do znudzenia, zarówno w wydaniu solowym, jak i na płytach jej formacji Espers, ale znowu działa, pod warunkiem, że damy płycie trochę czasu. Jej wunderwaffe pokazuje świetny utwór „Share”. Pół roboty odwalił tu gitarzysta Marc Orleans – znany m.in. z Sunburned Hand Of The Man.

9. Album ANSTAM „Dispel Dance” zasługiwał choć na kilka zdań. Ale ja uparcie szukałem na tej płycie w ciekawych przebiegach perkusyjnych nowego Pantha du Prince i może dlatego szybko rozłożyłem bezradnie ręce, nie potrafiąc zaszufladkować twórczości Larsa i Jana Stoewe, należącej do szeroko rozumianego – ale przecież rzadko występującego w którejkolwiek ze starych, klasycznych postaci – nurtu techno. Pewnie lepiej wyszło to Pawłowi Gzylowi na łamach Nowej Muzyki. Mnie jednak utrata gruntu pod nogami nie przeszkodziła w dobrnięciu do końca i osiągnięciu satysfakcji.

10. Na koniec niemiłe przeoczenie w postaci składanki „Bambara Mystic Soul: The Raw Sound of Burkina Faso 1974-1979” ze świetnej wytwórni Analog Africa. Sporo już było muzyki z dawnej Górnej Wolty na różnego typu kompilacjach, ale nigdy tak dobrze zebranej i opatrzonej tak świetnym materiałem towarzyszącym (tekst, zdjęcia). A przy tym nie tylko o głos odrzuconych tu chodzi – Amadou Ballake i inni to również głos oburzonych. Jeśli wsłuchać się w teksty, znajdziemy w nich dokładnie te same narzekania na trudne warunki ekonomiczne, jakie dziś formułuje europejska klasa średnia.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. Mysle ze stronka wyglada juz duzo lepiej. Dla mnie osobiscie typografia jest nieco fantazyjna i ta fotka jest niepotrzebna. Rozumiem jednak intencje webmastera. Mysle ze mozna jeszcze bardziej, ale juz jest quite cool 😀 Sorry! Nie moglem sie postrzymac 😀

  2. „Soul Time” Sharon Jones & the Dap-Kings to nie tyle nowy album co kompilacja numerów niepublikowanych albo opublikowanych tylko na singlach od 2002 roku, moim zdaniem trzeba brać na to poprawkę i nie mierzyć do regularnych wydawnictw Sharon czy innych sesji Dap-Kings. Ot, ciekawostka z premierą na Record Store Day. A i tak dają radę

  3. @PopUp –> Faktycznie. Ale to dla mnie same nowości, traktowałem to jako zestaw nowych nagrań, chociaż na okładce wszystko tłumaczą.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Moze to bluznierstwo, ale zawsze wolalem Sharon od Amy.

  6. Bermuda Drain to takie 20 Jazz Funk Greats, czy może bardziej Machine Age Voodoo Fernowa. Ortodoksyjnym fanom power electronics się nie podoba, z drugiej strony Prurient wyszedł w końcu z drugiej ligi i to serwując coś świeżego w skostniałym gatunku. Może to przesada, ale na tej płycie słyszę nawet wpływy Suicide.

  7. @pit –> a co było w pierwszej lidzie? No i skąd podejrzenie, że jakiś jest skostniały gatunek. Jestem ciekawy, jaki konkretnie gatunek i dlaczego skostniały?

  8. Poza tym, PRURIENT nigdy nie był uważany za projekt stricte power electronics. Uznanie i popularność zdobył jako noise’owo-industrialny projekt. Na koncie ma chyba ponad 200 różnych wydawnictw, na których zdarzało mu się flirtować z cała masa innych gatunków muzycznych, od black/death metal, przez ambient/drone, klasyczny industrial, eksperymentalny postindustrial po właśnie power electronics. Najwięcej jednak, gdzieś tak w ogólnym rozrachunku 3/4 swojego dorobku, poświecone jest typowemu noise industrial.

css.php