Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

12.07.2011
wtorek

Retrowtorek: Płyta bezpieczeństwa

12 lipca 2011, wtorek,

Folklor człowieka ery przemysłowej – tak mi się to teraz będzie kojarzyć. Z racji obowiązków redakcyjnych cały przedłużony weekend spędziłem z Marshallem McLuhanem, przeglądając między innymi jego książeczkę „The Medium is the Massage” (tak, błąd celowy), która składa się z wyciągu najważniejszych tez kanadyjskiego filozofa bogato ilustrowanych obrazkami – tak aby uczynić za dość jego najważniejszej tezie o przejściu z kultury druku do nowej obrazkowej kultury mediów elektronicznych. Mniej więcej pośrodku całej publikacji jest rozkładówkowe zdjęcie z koncertu z podpisem „History as she is harped. Rite words in rote order”. Nie próbujcie tego nawet odszyfrować – to fragment „Finnegans Wake” Jamesa Joyce’a, najsłynniejszej chyba książki, której nikt nie przeczytał (no, może poza McLuhanem – choć i co do tego, jak i co do integralności cytatu są kontrowersje – patrz komentarze). Zdanie brzmi, nie powiem, ciekawie, ale ważne jest, kto pojawił się na obrazku. A jest to moim zdaniem wczesne zdjęcie Joni Mitchell (znowu ci Kanadyjczycy!).

Kiedy więc przyszło odsapnąć na chwilę i skoncentrować się na blogu, postanowiłem, że przypomnę – w ramach rozpoczętego niedawno wtorkowego cyklu – jedną z płyt bezpieczeństwa, bez których staram się nie ruszać. „Płyty bezpieczeństwa” można rozumieć jako albumy, które posiadam na każdym dostępnym nośniku (na wypadek, gdyby zepsuł się któryś z odtwarzaczy), trzymam w domu, ale też w pracy w postaci mp3, a z odtwarzacza przenośnego staram się nie kasować nawet wtedy, gdy brakuje miejsca na nowości. I wcale nie jest tak, że to moje ulubione płyty od dzieciństwa, nic z tych rzeczy. Moje uwielbienie dla albumu „Ladies of the Canyon” datuje się na początek fascynacji serialem „Sześć stóp pod ziemią”, w którego odcinku „Back to the Garden” piosenka „Woodstock” gra dość znaczącą rolę. Owszem, wcześniej ją słyszałem, ale nie miałem serca dla Joni – być może trzeba jej słuchać po trzydziestce, a może po prostu zraziłem się płytą „Chalk Mark in a Rain Storm” – pierwszą, jaką słyszałem, jeszcze w latach 80. Ale przy „Sześciu stopach…” coś mnie pacnęło po krzyżu i tak już mam przy każdym kolejnym przesłuchaniu.

Poza tym, że jest kopalnią odniesień dla współczesnych wokalistek w typie Joanny Newsom czy Marissy Nadler, „Ladies…” to pełen relaks. Bo „płyta bezpieczeństwa” spełnia jeszcze jeden warunek – doskonale odpręża w każdej sytuacji i bez względu na liczbę odtworzeń. Nie bardzo nadają się do tego albumy o silnie zarysowanej warstwie rytmicznej i twardych podziałach, wrzynające się w głowę po całym dniu słuchania. A jedna z największych zalet Joni Mitchell, szczególnie w tym wczesnym folkowym wydaniu, polega na niezwykłej swobodzie. Te piosenki nie wychodzą z żadnej stylistyki, Joni jako bardzo wcześnie dojrzała autorka piosenek tworzy swoją własną. Jej piosenki, choć bardzo poukładane rytmicznie i w większości utrzymane w metrum 4/4, mają niezwykłą płynność rytmiczną – tempo nadaje pojedynczy instrument akompaniujący, gitara, fortepian lub piano Rhodesa, perkusja praktycznie się nie pojawia, poza ekologicznym hitem „Big Yellow Taxi” i jego zapowiedzią, bliźniaczą pod wieloma względami piosenką „Conversation”. Ta sama swoboda dotyczy przechwytywania przez Joni elementów jazzu czy bluesa, wykorzystywania nietypowych harmonii, strojenia – ale pod tym względem w dyskografii artystki znajdą się jednak ważniejsze płyty (zdradzę tylko, że w moim zestawie bezpieczeństwa ta nie jest jedynym albumem JM). To jest zwykły zestaw piosenek folkowych, lecz w tej dziedzinie jeden z najlepszych, jakie znam.

Żeby nie być gołosłownym, proponuję koncertową wersję klasyka ery hipisów – a właściwie nostalgiczny hymn za odchodzącą epoką, w której Mitchell uczestniczyła duchem – nie dojechała na oryginalny Woodstock, ale nie wiem, czy ktokolwiek lepiej oddał ducha imprezy:

A oto świeżutki cover – wersja Austry, Kanadyjki, o której pisałem niedawno, bardzo zdolnej, która podejmując temat rozbija się o delikatność, kruchość materii stworzonej przez Joni Mitchell. Są piosenki, które z komputerem nie polubią się nigdy:

Austra – Woodstock (Joni Mitchell Cover) by Webzine Obstacle

No proszę, gdy tylko wyłączam moją płytę bezpieczeństwa, wraca mi do głowy temat dnia, czyli McLuhan. Tym razem jednak w bardzo adekwatnej myśli dotyczącej homogenizacji świata, zamiany wszystkiego na wartości dyskretne. Kanadyjski autor pisał, że przed wynalezieniem zegarków czas składał się ze świtu i zmroku – zegarki zamieniły go w szereg ustandaryzowanych interwałów godzinowych. A muzyka z wykonywanej na wyczucie po wprowadzeniu zapisu nutowego stała się szeregiem nut na papierze. Można do tego dodać, że po wprowadzeniu elektroniki stała się bezwzględnie shomogenizowana. Lubię to czasem, ale kiedy mnie zmęczy pozostają tylko „Ladies of the Canyon”.

JONI MITCHELL „Ladies of the Canyon”
Reprise 1970
10/10
Trzeba posłuchać:
„Woodstock”, „Big Yellow Taxi”, „Ladies of the Canyon”, „The Circle Game”.

PS Notka poniedziałkowa z wrażeniami z Malty będzie w środę.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 16

Dodaj komentarz »
  1. ha! u mnie jedną z płyt bezpieczeństwa jest „Blue” tej samej artystki 🙂

  2. więc może to czas, by odkryć Joni ??? //trzydziestka tuż tuż

    🙂

    klasyk mawia, że od niej nikt nie stroni, ale Ona jest pod naszą szerokością geograficzną postacią jeszcze (chyba) mniej znaną (jeśli się mylę – proszę o skarcenie) niż Neil Young

    do odtwarzaczy marsz

  3. Moją płytą bezpieczeństwa jest Declaration of Dependence Kings of Convenience…To w ogóle fajny termin. Joni Mitchell jakos już dla mnie zbyt spatynowana, wybieram Joannę Newsom…

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @Bartek,

    Lubie Joni Mitchell, moze „10” za retro. Zgoda. Tym, ktorzy chca zapoznac sie z Joyce´em, polecam tez Kanadyjczyka a mianowicie niezjacego juz profesora z Trent University Donalda F.Theall´a (1928-2008)….wydaje mi sie, ze znal lepiej Joyce´a anizeli wspomniany media- guru McLuhan, o ktorym zreszta Theall napisal ciekawa rozprawe „The virtual Arshall McLuhan” (McGill-Queens Press, 2001). W Polsce zas, chyba Jacek Malicki cos ma do powiedzenia o dziele Finnegans Wake. Szkoda, ze Joyce´em
    nie pasjonowal sie Stanislaw Baranczak. Jego Szekspir na polski jest kongenialny.

  6. Errata

    oczywiscie Marshall a nie Arshall :

  7. Blue!

  8. dla mnie płytą ratunkową jest „hissing of summer lawns” w pierwszym rzędzie, potem „hejira”. W ogóle Joni jest dość ratunkowa…

  9. Miał i McLuhan tezy, delikatnie mówiąc, głupie jak but. Pamiętam jedną taką, z której wynikało, że modne wówczas falowane fryzury są próbą naśladownictwa falowania obrazu telewizyjnego (kineskopy, jak wiadomo, nie były wtedy najwyższej jakości).

  10. @Pablo Renato –> Bo on często mówił szybciej niż myślał. Snuł, jak to się mówi, rozważania. Szczególnie w wywiadach tv.

  11. Cytat: „History as she is harped. Rite words in rote order”. Nie próbujcie tego nawet odszyfrować.

    Żeby odszyfrować, trzeba najpierw znaleźć.
    Autor powtarza McLuhana, który Joyce’a nie doczytał. Powyższych zdań nie ma w Finnegans Wake obok siebie. Co więcej, powyższych zdań w Finnegans Wake nie ma nigdzie. (Chyba że przyjąć, że np. „Bartek Chaciński” i tegoż deformacja „Car Bek Chan Chiński” to to samo.)

  12. @sheher –> No proszę. Ktoś zadał sobie trud przewertowania „Finnegans Wake” na tę okoliczność. 🙂 Ja nie wertowałem – cytat pochodzi z „The Medium is the Massage”. Być może sam McLuhan zaingerował w cytat. A McLuhan może Joyce’a nie doczytał, ale go wykładał. Żeby podrążyć (bo robi się ciekawie) mogę odpowiedzieć pytaniem na ten komentarz: w którym z wydań „Finnengans Wake” (z tego, co wiem, były różne) nie ma tego cytatu, bo sam się chętnie dowiem? A może raczej: w którym z wydań elektronicznych (bezbłędnych chyba nie ma) nie ma tego cytatu? Wydaje mi się, że to ćwiczenie będzie bardziej twórcze niż zabawa czyimś nazwiskiem, hę?

  13. @Bartek,
    tak to jest jak sie czyta McLuhana….
    polecam rozwiazanie problemu nastepujaco:
    oto adres, chyba najlepszego znawcy w swiecie(?) dziela Finnegans wake
    profesora Finna Fordahama (polecam tez jego dzielo „Lots of Fun at Finnegans Wake. Unravelling Universal, 2008)
    Finn.Fordham@rhul.ac.uk
    (bedzie to casus typu Roma locuta)

  14. No cóż, „the Medium is McLuhan”. Podejrzewam, że McLuhan chce puścić przekaz „znam FW”. Licząc na to, że nikt nie powie ‚sprawdzam’. No, ale sprawdziłem. McL podaje cytaty z Joyce’a, które nie są Joyce’a, strzela seriami błędów, cytując FW, aż zęby bolą (mnie, bo inni czytelnicy mają pewnie inną wrażliwość). Ma Pan rację, domyślając się, że można FW wykładać, wiedząc o książce mniej niż by wypadało wykładowcy FW.

    Co do szczegółu:
    Nie trzeba wertować. Proszę wpisać w google „fweet”, znajdzie się dość zacna maszyna z różnymi opcjami wyszukiwania. Jak trzeba, pokaże różnice między głównymi wydaniami FW (Faber&Faber, Viking, Penguin, Revised Manuscript).

    Wyniki:
    1) FW s. 486 wers 06 „History as her is harped” (nie: „History as she is harped.”) Tu McLuhan gubi kontrast his-tory/her-story, aliterację i jedno „h” (inicjał pierwszego imienia głównego bohatera FW).

    2) FW s. 167 wers 33 „the rite words by the rote order!” (nie: „Rite words in rote order.”) Tu McLuhan gubi rodzajniki określone, a także nawiązanie do Coleridge’a definicji poezji: „the best words in the best order”.

    Oba cytaty są odległe od siebie o te 300+ stron (w FW to ma znaczenie). Pozdrawiam

  15. @sherer –> Z tym wertowaniem to był naturalnie żart.
    Dziękuję w imieniu swoim i czytelników za szczegóły dotyczące cytatu. Ciekawe, że znalazłem już naukowców, którzy cytują za McLuhanem. W sumie miło wiedzieć, że kogoś bolą zęby przy przekręcaniu cytatów z FW.

  16. @Bartek

    jeszcze troche o Finnegans Wake; ten cytat jest bardzo mylacy. McLuhan, znany jako tez mediewista, bardzo solidny zreszta, nie powinien byl popelnic bledu.Znany jest z pecyzyjnosci i dokladnosci, ktory cechuje filologow i szperaczy zrodel. Nie ma roznych wydan Fineganns Wake. Sa tylko dwa wydania Ulyssesa, jedno z 1922 i pozniejsze w cwiercwieku Hansa Waltera Gablera (wydanie tzw krytycznoliterackie). W moim wydaniu, ktore mam w domu z 1939, na stronicy 167 jest nastepujacy tekst „The ring man in the rong shop but the rite words in the rote order”
    Pozdrawiam sheher 🙂

  17. @ozzy
    Na pewno nie „BY the rote order”? Zazdraszczam egzemplarza z 1939!

    Co do wydań, cytat za (pod)stroną fweet.org: […] three major editions of Finnegans Wake, being Faber and Faber 1975 [FnF], Viking 1959 [Vkg] and Penguin 1992 [Png], as well as Joyce’s list of Corrections of Misprints in Finnegans Wake [JCM] […] variants found in Transition issues [Tr#], British Museum manuscripts [BMs], and unidentified sources

    A jeszcze jest FDV (First Draft Version), jest skrócone FW Burgessa, jest wersja „holenderska” itd. Przekład polski jest w wersji „penguinowskiej”.

    Przepraszając za offtop, pozdrawiam.

css.php