Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego
Pewnego razu w... Hollywood

29.08.2019
czwartek

Tarantino mocno przepakował

29 sierpnia 2019, czwartek,

Filmy Quentina Tarantino są playlistami. Pomijając już fakt, że reżyser słynie z tego, że najpierw dobiera sobie muzykę, a dopiero później kręci, to same filmy pełnią zwykle rolę wehikułu dla odseparowanych scen, które z łatwością zyskują charakter memów. I jest to jedyny aspekt filmów twórcy Pulp Fiction, który można uznać za nowoczesny. Dla nas oczywiście Pewnego razu… w Hollywood miało do niedawna wagę pierwszego kroku polskiego aktora w kosmosie. W roli Hermaszewskiego wystąpił Rafał Zawierucha, który jednak – jak się okazało – rolę ma dość zredukowaną, główną kwestię wypowiada do psa*, a jego postać zostaje opisana jako (cytuję z pamięci) polski kutasina, więc chyba jednak lekko poniżej narodowych oczekiwań – chyba że doliczymy makabryczny dość (zważywszy na okoliczności) żarcik z tego, że Wojtek Frykowski – gość Sharon Tate feralnej nocy z 8 na 9 sierpnia 1969 – oglądał telewizję i nie mógł się nadziwić, o ile lepsza jest amerykańska od polskiej. Ale zacząłem o playliście, więc skończę.

W skali Tarantino jest to soundtrack niezły, ale niewybitny. Najlepsze i najbardziej odkrywcze pozostają w mojej opinii Jackie Brown, Kill Bill vol. 1 i Pulp Fiction. Za to muzyki na ekranie w ciągu baaardzo długiego filmu (główna cecha kojarząca film z Pewnego razu… Sergia Leone to długość) jest rekordowo dużo. Na płycie – ani, co gorsza, w wersji cyfrowej – nie udało się zmieścić całości. Niestety, nie ma jednej z kluczowych piosenek: Out of Time Stonesów. Tego szkoda. Odnajdziemy tu jednak kilka wyróżników nowego filmu – choćby przeboje zapomnianych, ale przyjemnych garażowo-rockandrollowych gwiazd z Ameryki, czyli Paul Revere & The Raiders (zespół istnieje do dziś!), którzy towarzyszą, o ile dobrze pamiętam, scenom w domu Polańskiego. I parę ciekawostek, choćby The Circle Game, szlagier Joni Mitchell, w którym wszystko się zgadza, dopóki nieco natrętne wibrato nie zacznie wskazywać na to, że śpiewa ktoś zupełnie inny. W tym wypadku Buffy Sainte-Marie, jak się okazuje – pierwsza wykonawczyni słynnej piosenki. Spójność tej wersji płytowej zapewniać mają powtykane tu i ówdzie reklamy z epoki – choćby spot piwa albo ogłoszenie związane z Człowiekiem ilustrowanym Raya Bradbury’ego. Czyli jeszcze szczypta retromanii w postaci rekonstrukcji radia z epoki. Zabieg zgrany, ale przykłady ciekawe.

Film jest długi, postaram się więc, żeby ta recenzja dla odmiany była nieco krótsza. Jak pewnie zauważyliście, ogólnodostępna wersja soundtracku z najnowszego Tarantino na Spotify zawiera wszystko, co znajdziecie na CD (z kilkunastoma bonusowymi fotosami z filmu w książeczce) – z wyjątkiem tajemniczej wersji cudownego coverowego klasyka You Keep Me Hanging On w wykonaniu Vanilla Fudge, utworu z kluczowej sceny filmu – tu z tajemniczym dopiskiem „Quentin Tarantino Edit” i w wersji 5-minutowej. Otóż i tę wersję można z łatwością uzyskać prostą metodą: dostępną w streamingu wersję 7-minutową puszczamy od 28. sekundy i zatrzymujemy na 5’26”. I nasza playlista staje się kompletna.

Cały ten zabieg jest skądinąd dokładnie tym, co robi Tarantino z kinem od samego początku – w każdym filmie zręcznie przepakowuje to, co było, dodając trochę keczupu (no, zwykle jeszcze trochę chili) i doklejając swoje nazwisko. W filmie najnowszym jest to już nie tyle przepakowywanie tego, co było w starym kinie, tylko tego, co było w filmach Quentina Tarantino z przepakowanymi wątkami ze starego kina. Zakładam, że pewnie nieźle się bawiliście, przeżuwając kino już raz przetrawione, podobnie zresztą jak ja (no, przynajmniej momentami), ale jestem przekonany, że na filmach Tarantino zawsze najlepiej bawi się Tarantino. Dlatego playlistę możecie jednak złożyć sobie – albo odtworzyć – w streamingu, gdyż jest tylko przepakowywaniem tego, co było.

RÓŻNI WYKONAWCY Once Upon a Time… in Hollywood, Columbia 2019, 6/10 (film: mocna siódemka)

* I nawet w rankingu kwestii wypowiadanych do psa w tym filmie rzecz ląduje daleko.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Owszem jeden zawistny nic nie znaczący typ nazwał Polańskiego Polskim Kutasiną. Ale w innej scenie Leo DiCaprio i Brad Pitt rozchwytują go jako najlepszy reżyser w Hollywood itd. Nie chcę spojlerować więcej. Może i Zawierucha się nie nagrał w tym filmie ale postać Polańskiego była bożyszczem dla głównych postaci, więc proszę nie pisać bzdur.

  2. @MaxUnited –> Ten nic nieznaczący typ to był filmowy Steve McQueen, którego prawdziwy życiorys inspirował sporą część całej fabuły. Swoją drogą – cichy podziw nie wyklucza tu głośno wyrażanej niechęci, więc proponowałbym się zanadto nie rozpędzać.

  3. Nawet jeśli Rafał Zawierucha (filmowy Roman Polański) wypowiada w filmie tylko kilka słów to warto zaznaczyć, że powiedział o kilka słów więcej w hollywoodzkiej produkcji od znacznej większości polskich aktorów. Proszę zwrócić uwagę na to o czym opowiada film. To nie był film o Romanie Polańskim, więc nie było potrzeby wprowadzania bardziej rozbudowanej roli. Była natomiast potrzeba wykreowania postaci należącej do elity, do której główny bohater Rick Dalton (grany przez Leonardo DiCaprio) pragnie się dostać. Po nakręceniu filmów takich jak: „Wstręt”, „Nieustraszeni pogromcy wampirów”, czy „Dziecko Rosemary” Polański miał wśród części środowiska opinię osoby tajemniczej, zajmującej się okultyzmem i czarną magią, więc uzasadnione było pokazanie postaci właśnie w taki, a nie inny sposób. Oczywiście czasami film to sukces poszczególnych aktorów, ale czy po to się go kręci, żeby pokazać aktora i spełniać „narodowe oczekiwania”? Może jednak chodzi o to, żeby za pomocą aktorów zaprezentować widzowi spójną, kompletną i najlepiej ciekawą historię. Szkoda, że w naszym kraju zamiast cieszyć się z sukcesu, jakim niewątpliwie można uznać samo pojawienie się na planie wielkiej produkcji polskiego aktora, szczytem ambicji jest znalezienie powodu do narzekania. Osobiście mam nadzieję, że zredukowana, ale dobrze zagrana rola Rafała Zawieruchy da mu przepustkę do dalszego rozwoju i większych ról.

    W swojej autobiografii Roman Polański napisał, że często nazywany był w Hollywood pogardliwie „Polaczkiem” lub ewentualnie „pieprzonym Polaczkiem”. Wprowadzenie tej wypowiedzi dobrze obrazuje jaki był do niego stosunek środowiska w latach, o których opowiada film. O Polańskim wyrażano się w taki sposób, ponieważ dał się poznać jako reżyser trudny, wymagający i nieprzewidywalny. Jednocześnie był i nadal jest reżyserem, u którego zagranie roli daje przepustkę do wielkiej kariery. W jakim celu została ta kwestia przytoczona w powyższym artykule? W celu pokazania, że rola Rafała Zawieruchy jest za mała i nie spełnia „narodowych oczekiwań”?

    Odnosząc się do samej muzyki tworzy ona przyjemny klimat dobrze korespondujący z opowiadaną historią. W szczególności warto zwrócić uwagę na znany utwór „California Dreamin’ ” (w filmie wersja wykonywana przez José Feliciano). Utwór opowiadający o tęsknocie za sielankowym życiem w Kalifornii („I’d be safe and warm if I was in L.A. // California dreamin’ on such a winter’s day”) został napisany przez członków The Mamas & The Papas, którzy byli przyjaciółmi i częstymi gośćmi Polańskiego. Wydarzenia związane z „Rodziną” Mansona, do których nawiązuje film spowodowały, że życie w Kalifornii właśnie takie przestało być, więc tęsknota za bezpieczną i ciepłą Kalifornią znajduje uzasadnienie.

    Polecam wszystkim ten film, jak również zachęcam do własnej opinii na jego temat po seansie, a nie po przeczytaniu recenzji. Nawet jeśli widziałem w nim znane motywy, słuchałem znanych piosenek oraz oglądałem aktora, który nie spełnia „narodowych oczekiwań” to uważam, że to dobry film i cieszę się, że powstał.

  4. W scenie z psem nie chodziło o Romana tylko o psa; to jest inside joke Tarantino bo pies nazywa sie dr. Saperstein i w prawdziwym życiu tak sie wabił; Polański nazwał go po postaci z Dziecka Rosemary -doktorze Sapersteinie który opiekował się Mia Farrow ; The Mammas i Pappas nie byli przyjaciółmi Romana tylko Sharon i wokalistka wita sie z Sharon na imprezie Playboya; W wywiadzie Tarantino powiedział że nie chciał robić ścieżki the best of 60′ s tylko takie numery które znane były wtedy np tylko lokalnie czyli np tylko w Los Angeles tak jak Rick Dalton mógł być kojarzony tylko w el ej i to głównie przez ludzi z branży bo wielkiej kariery nie zrobił

    Z wątków muzycznych: pewnie autor tego bloga wie ale może ktoś nie wie , że Beach Boys ukradli jeden numer Mansonowi; zmienili tekst i umieścili go na płycie 20/20 jako Never Learned to Love; jak.dla mnie najlepszy numer na tym albumie; producentem był Tery Melcher o którego Manson pyta Sebringa; od Melchera Polański kupił dom przy Cielo Drive

  5. John Phillips z The Mamas & The Papas w swojej autobiografii twierdził, że przyjaźnił się zarówno z Sharon Tate jak i Romanem Polańskim. Opowiada też, że był zaproszony do domu Polańskiego w noc morderstwa. Doprowadziło to do późniejszych podejrzeń o związek z wydarzeniami w domu Polańskich. Motywem miała być zemsta za romans Romana Polańskiego i Michelle Phillips (wokalistka The Mamas & The Papas i żona Johna). Może słowo „przyjaźń” nie najlepiej opisuje relacje Polańskiego z członkami zespołu, ale trochę się znali.

    W filmie faktycznie pokazana jest tylko krótka scena w której Michelle Phillips i Cass „Mama Cass” Elliot (wokalistki The Mamas & The Papas) pojawiają się na imprezie Playboya i spotykają Sharon Tate.

css.php