Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

28.05.2019
wtorek

Czarnobyl po Czarnobylu

28 maja 2019, wtorek,

Strażacy gaszący pożar dachu elektrowni jądrowej w serialu Czarnobyl – jeszcze nieświadomi znaczenia katastrofy – zwracają uwagę na to, że coś metalicznego unosi się w powietrzu. Czują metal w ustach. Na płycie Michała Turowskiego mamy metaliczną aurę wyczuwalną cały czas, choć już raczej zmysłem słuchu. I to właściwie wystarczyłoby za rekomendację płyty Wormwood and Flame, która – tak się złożyło – ukazała się niemal jednocześnie z premierą superprodukcji HBO (dokładnie 10 dni wcześniej), choć na skutek pewnych nierówności promocyjno-dostępowych pozostaje w jej głębokim cieniu. Warto je dziś powiązać, żeby się zastanowić nad prawdą plastycznie wykreowanego dźwięku i prawdą ekranowej kreacji. Kiedy było łatwiej polecić szorstką i momentami nieprzyjemną muzykę elektroniczną?

Różnica jest oczywista. Serial Czarnobyl – robiący skądinąd duże wrażenie – niesie w sobie element mocno rozpraszający, jeśli ktoś kojarzy fakty, i naprowadzający jednak na przemysł rozrywkowy. Jego reżyser, Johan Renck, to nikt inny tylko Stakka Bo, szwedzki producent acid jazzu i hip-hopu, którego powinni pamiętać z lekkiego repertuaru ci, którzy kojarzą fakty z lat 90. (choć od razu dodajmy, że również ceniony twórca klipów, m.in. pamiętnych ostatnich teledysków Bowiego). Z kolei scenarzysta serii Craig Mazin zasłynął jako autor dwóch części filmowej serii Kac Vegas. Znając te fakty, łatwiej zrozumieć, że bardzo istotną rolę odgrywa jednak w tym opisie wydarzeń z kwietnia 1986 r. zmyślenie wychodzące od faktów, ale wykorzystujące też w twórczy sposób przeróżne przyklejone do katastrofy legendy – jak ta o Moście Śmierci, na który ludzie wyszli, by zobaczyć łunę nad elektrownią, a później cierpieli na chorobę popromienną. Łatwo oczywiście wybaczyć autorom, że filmują czarny dym (którego na miejscu nie było – polecam relacje ludzi żywo zainteresowanych wydarzeniem, których w Polsce z oczywistych względów nie brakuje), gdy chcą pokazać radioaktywną chmurę unoszącą się nad okolicą. Same ujęcia mają nie tyle dokładnie opowiadać prawdę historyczną, co robić wrażenie, no i kreślić obraz tego, co widać, a nie tego, czego widać nie było. A w wysokobudżetowych produkcjach telewizyjnych, jak się co rusz przekonujemy, HBO nie ma sobie równych (choć trudno nie omieść tej kapitalnej scenografii wzrokiem w poszukiwaniu kubka ze Starbucksa). Choć ja tam nie mogłem się oprzeć snuciu historii alternatywnej: jak by to wyglądało, jaka byłaby perspektywa, gdyby to Polacy kręcili ten serial?

Muzyka Hildur Guðnadóttir do oryginalnego serialu HBO to niezła ścieżka dźwiękowa utrzymana w duchu Jóhanna Jóhannssona, co specjalnie nie dziwi, szczególnie zważywszy na długoletnią współpracę obojga. I jest to pełna niuansów muzyka do fantazji na temat katastrofy. Podpisujący się tym razem własnym nazwiskiem (a nie nazwą Gazawat) Turowski – nie po raz pierwszy inspirujący się ponurą rzeczywistością, właściwie stale pozostający blisko niej – nagrał raczej soundtrack do nieistniejącego dokumentu. Mniej efektowny w pierwszym kontakcie, jest jednak wystarczająco surowy, by wykreować obraz nieco siermiężnej technologii epoki późnego ZSRR. Świetnie gra pogłosami, rysuje więc plastycznie opustoszałe przestrzenie w Prypeci i wokół miasteczka, które stało się swoistym skansenem postapokalipsy. Wizją Fallouta wcielonego w życie – pozostaje tylko wypuścić mutanty. Ale jest ta muzyka też wizją wstrzemięźliwą na tyle, by nie wziąć jej za fantazję. Elementy nagrań terenowych tylko dodają utworom Turowskiego realizmu, a Azure Swimming Pool, jeden z moich ulubionych fragmentów, mógłby dokumentować występ jakiegoś Tima Heckera w słynnym basenie. Ale powiąże się – jak to rzecz o postindustrialnym charakterze – z dźwiękami robót drogowych za oknem. Na podstawowym poziomie Wormwood and Flame wydaje się po prostu opowiadać o ingerencji człowieka w przestrzeń.

Wormwood… opowiada też to, na co ekranowa wersja idąca w stronę intrygi i kłamstwa nie może sobie pozwolić: pustkę. Wyrwę po katastrofie. Okropną, ale też dostojną i na swój sposób piękną, jak ten spokojny pejzaż w Life After People. Dlatego gdybyście mieli ochotę po emocjach scenariusza kolejnego odcinka serialu chwilę ochłonąć i zastanowić się nad tym, co i jak wam pokazano, wiecie, gdzie szukać. Lepsze okoliczności trudno by było sobie wyobrazić.

MICHAŁ TUROWSKI Wormwood and Flame, Mozdok/Positive Regression 2019, 7-8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Wspaniale jak to można się litować nad sobą i użalać nad wrednymi Rosjanami. A ja proponuję dla odmiany posłuchać aktualnej muzyki, która jest twórczym przełożeniem analizy aktualnych programów szpiegowskich, które – niestety – siedzą chyba w każdym komputerze. I pochodzą głównie z USA i Izraela – niekoniecznie państwowe bo sprzedawane na życzenie kolejnych rządów. Według Amnesty International korzystają z nich rządy takich krajów jak Chiny, Mexiko, Bahrain, Pakistan, Marokko czy Emiraty Arabskie do szpiegowania krytycznych obywateli, nie tylko dziennikarzy. Analizy spektralne takich programów jak „Pegasus” (w WhatsAppie) czy „FinSpy” dają ciekawe informacje nie tylko o ich pochodzeniu i przeznaczeniu ale i dają się twórczo wykorzystać w muzyce.
    Na życzenie służę linkiem.

  2. @Vera –> Link zawsze mile widziany. 🙂

css.php