Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

26.03.2019
wtorek

Uwaga, zmarli robią muzykę

26 marca 2019, wtorek,

Wczoraj byłem kompletnie nieprzygotowany na śmierć Scotta Walkera. Dziś nie jest lepiej. Ale słuchałem These New Puritans i to mi podsunęło pewną myśl. Przydatny był także trzeci sezon Pozostawionych, który nadrabiałem ostatnio, dziwiąc się nagromadzeniu tych wszystkich pozagrobowych wizji z głównym bohaterem wpasowującym się w rolę mesjasza, ale też zmieniającym po śmierci. Pomyślałem, że wprawdzie dziś dyskutujemy, czasem nawet płaczemy po zmarłym właśnie w wieku 76 lat Walkerze, tymczasem on – tak jak ten bohater z serialu – w istocie rzeczy przeżył już dawno własną śmierć. W latach 90. ostatecznie pogrzebał własną karierę piosenkarza pop (jednym z jej ostatnich akcentów był jeden z pierwszych utworów Walkera, jakie w życiu usłyszałem: Man From Reno nagrany z… Goranem Bregoviciem i wydany po latach na składance Ederlezi – dziś niezłe kuriozum), doprowadził do własnej śmierci za życia – bo słuchacze jego albumów od Tilt w górę to jednak nisza w porównaniu z masowym odbiorcą nagrań z lat 60. Jeśli więc 7 lat temu pisałem o człowieku, który sam sobie potrafił założyć nelsona, to dziś muszę dodać: ze skutkiem śmiertelnym.

To oczywiste, że bez artystycznej śmierci pierwszego Walkera, który odrzucił stary styl i nie chciał słuchać swoich dawnych piosenek, nie byłoby tego drugiego Walkera, którego przez ostatnie ćwierć wieku oklaskiwaliśmy, a przede wszystkim – traktowaliśmy jako punkt odniesienia. Weźmy ostatnią recenzję z Pitchforka – tuż przed śmiercią Walkera pisali o nowym albumie These New Puritans, w ramach starego recenzenckiego triku opierając swoją recenzję na gdybaniu: a co gdyby to, a co gdyby tamto. A co, gdyby James Blake i Scott Walker współprodukowali solową płytę Olivera Sima? – piszą, trochę jednak nie doceniając albumu zatytułowanego Inside the Rose. Sam powiedziałbym, że bracia Jack i George Barnettowie są w nieco innej sytuacji – brzmią tu raczej, jak gdyby grupa Depeche Mode po albumie Violator zupełnie odrzuciła swoje ówczesne brzmienie i oddała się pod opiekę producencką Walkerowi. Byłby to skądinąd gest rodem z Walkera.

Bo przecież chodzi o gest. Awangardowość w muzyce rozrywkowej to w gruncie rzeczy kwestia odpowiednio odważnego, czasem wywrotowego gestu.

Inside the Rose ma w sobie niedzisiejszy element muzyki tworzonej na przełomie lat 80. i 90. (czyli z grubsza w czasach, gdy Barnettowie przyszli na świat) – niesie echa fascynacji muzyką szkicowaną jeszcze trochę na piechotę, a trochę w MIDI, muzyki ciągle pochłoniętej gonitwą za formą, a nie za brzmieniem, która nie opiera się na pracy w edytorze komputerowym i nie zachęca do ciągłej repetycji, która zmusza za to do starannego przepracowania całości, postawienia wszystkich kropek nad „i”. Taką poukładaną, ale fascynująco dobrze przemyślaną całość tworzy nowy album These New Puritans. Przynosi świetne single, ale żaden z nich nie opowiada do końca, czym jest całość, nie wyczerpuje tematu. To album, który idealnie godzi gesty rodem ze współczesnych produkcji orkiestrowych, fascynację awangardą i przegięte zabiegi na granicy kiczu (chórki w Into the Fire – to ten utwór z Davidem Tibetem, co każe przypomnieć niezły koncert Current 93 z Jackiem Barnettem w składzie na Unsoundzie), z pełną otwartością wobec szerokiego słuchacza. Utwory są melodyjne, a zestaw brzmień tym razem pozostaje w kręgu tych dobrze oswojonych, elektronicznych, z fortepianem i akustyczną perkusją. Choć te ciężkie galopady perkusji to coś, co regularnie wracało na współczesnych płytach Walkera.

Gdybyśmy się cofnęli do poprzedniej płyty TNP Field of Reeds – tej, której fragmenty duet wykonywał z powodzeniem z orkiestrą na krakowskim Sacrum Profanum – i posłuchali tych wszystkich misternych aranżacji sekcji dętej, przypomnielibyśmy sobie, jaka nazwa padała wtedy najczęściej jako punkt odniesienia w prasie brytyjskiej. Talk Talk. Mark Hollis był przywoływany jako patron artrockowych eskapad uzdolnionych młodych braci bliźniaków – i uduchowiona końcówka płyty Inside the Rose (krótki, ale potężniej zaaranżowany Lost Angel, syntezatorowy A-R-P, elegijny Six) to już coś zarazem ze świata Talk Talk i Walkera. Więc gdyby tak wspólnie, Hollis z Walkerem, wyprodukowali płytę… cóż, można tak w nieskończoność. A przy tym współprodukował ten album ponownie Graham Sutton z Bark Psychosis, związany kiedyś z muzykami Talk Talk nie tylko duchowo, także z nimi współpracujący. Nie bez powodu interesujący artyści tak masowo oddają hołd Walkerowi, a wcześniej tak chętnie powoływali się na Hollisa. Żyli w świecie jednego i drugiego.

Zmienianie świata po własnej śmierci to – o ile mi wiadomo – główna idea naszej napędzanej religią chrześcijańską cywilizacji. Nie wiem, czy Walker i Hollis kierowali się jakąś wiedzą, jak to sprawić, ale ciągle robią muzykę. I to całkiem dobrą.

Niczego nie ujmując Barnettom.

THESE NEW PURITANS Inside the Rose, Infectious 2019, 8-9/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Ciekawe, miałem bardzo podobne skojarzenie z alternatywnym rozwojem Depeche Mode.
    Piękna płyta. Kojarzy mi się jeszcze z The Blue Nile i łagodniejszymi momentami Coil (Tibet to w końcu gość z ekipy), co już samo w sobie jest intrygującym zestawieniem.

    Co do Walkera – nie wiem, czy była jakaś śmierć „pierwszego” Walkera, to raczej nie było nagłe zabójstwo, a raczej stopniowe przewiercanie się na jakąś drugą stronę muzyki (jak u Hollisa). Ten tytuł z „Guardiana” jest trochę clickbaitowy, bo z artykułu wynika, że on nie tyle nie słuchał swoich starych kawałków, co w ogóle unikał własnej muzyki, bo słyszał tylko błędy.
    Ja poznałem Walkera via Bowie, jak pewnie wiele osób. Swoją drogą to ciekawe, jak Bowie zmitologizował SW (choćby przy pomocy filmu dokumentalnego), tworząc z niego niemal awangardowego proroka, któremu nie godzien był ran całować. Tymczasem sam Amerykanin twierdził w którymś wywiadzie, że to m.in. „Low” dodało mu animuszu do odważniejszych eksperymentów.

    A Goran w tamtych czasach był chyba całkiem ok. Choć ten kawałek rzeczywiście cudaczny.

  2. @fripper –> Zgoda, to był jeszcze ten moment, kiedy Bregovicia słuchało się jako świeżego głosu w muzyce europejskiej. Co do Walkera – było kilka stadiów, ale „Tilt” jednak mocno tego starego Walkera odrzucało.

css.php