Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

19.12.2017
wtorek

Pharrell Williams: Najlepszy w branży [archiwum]

19 grudnia 2017, wtorek,

Obiecałem ekshumować stary tekst o Pharrellu Williamsie, który napisałem 13 lat temu po spotkaniu samego artysty zaaranżowanym w Berlinie, gdy jeszcze Pharrell Williams był – w kategoriach sławy i pieniędzy – ledwie drobną cząstką dzisiejszego.  Opakowałem ten tekst następującym leadem: Podarował przeboje kilkunastu już gwiazdom muzyki. Teraz może je sam zastąpić, bo wszystko potrafi lepiej. W dumie dalej aktualne. I dalej życzeniowe. Proszę pamiętać: mamy rok 2004 i popularny wtedy tygodnik opinii…

Pharrell Williams miał 24 lata, kiedy zadzwonił do swojego idola Michaela Jacksona. Zaproponował mu siedem nowych piosenek – najlepszych, jakie skomponował wraz ze swoim kolegą Chadem Hugo. Specjalnie dla króla popu. Ale Jackson z nich nie skorzystał. Wydał płytę „Invincible”, której sprzedało się dwa miliony. To dużo dla kogokolwiek innego, lecz dla pogrążonego w długach Jacksona – porażka. W Polsce płyta trafiła na wyprzedaże.

Tymczasem Williams i Hugo oddali sześć z tamtych siedmiu piosenek Justine’owi Timberlake’owi, ekswokaliście ‘NSync i ekschłopakowi Britney Spears, który nagrywał właśnie solową płytę. Wynik? Grubo ponad sześć milionów sprzedanych płyt. Na dodatek krytycy obwołali Timberlake’a „nowym Jacksonem”. O The Neptunes, producenckim duecie Williams–Hugo, napisano przy tej okazji, że to największa rewolucja w muzyce pop od czasów współpracy Jacksona z Quincym Jonesem.

W lipcu ubiegłego roku to Jackson zadzwonił do Williamsa. „Interview Magazine” poprosił go o przeprowadzenie rozmowy z młodym producentem. Rozmawiali o darze od Boga, który pozwala wciąż wpadać na nowe pomysły.

Gdzie teraz jesteś, w Nowym Jorku? – pytał Jackson, głos z wielkiego świata.

Jestem w Virginia Beach, sir – odpowiedział skromnie Williams, głos prowincji, która właśnie połknęła wielki świat.

Masoni z Virginii
Co takiego jest w zaściankowym stanie Wirginia, że to stamtąd pochodzą najlepsi producenci, najgorętsze nazwiska współczesnej sceny muzycznej, z The Neptunes, Timbalandem i Missy Elliott na czele? – Chodzi o normalność – mówi Williams. – Nie ma tu żadnej szczególnej tradycji, nie mamy odrębnej tożsamości, historii muzycznej.

Kiedy Williams wchodzi na spotkanie z dziennikarzami do nowego Marriotta w Berlinie, nie wygląda na szarego prowincjusza. Jest niewysoki i szczupły, ale chyba więcej od niego waży jego biżuteria: gruby złoty łańcuch, sygnet z wielkim brylantem, miniaturowa deskorolka w połowie wykonana z platyny, a w połowie ze złota, którą nosi na szyi.

Trudno się dziwić. The Neptunes biorą za jedną piosenkę średnio 150 tysięcy dolarów. Pharrell kiedyś wygadał się, że chciałby uzbierać 500 milionów, a potem szoferowi, który obwoził go po Londynie, dał pięć tysięcy funtów napiwku. Skąd te pieniądze? Jay-Z, Busta Rhymes, Babyface, Usher, Britney Spears, Justin Timberlake, Kelis, No Doubt i Nelly – wszyscy ci artyści (razem pewnie połowa amerykańskiej listy przebojów) zawdzięczają swoje sukcesy Pharrellowi i jego The Neptunes. Ci po prostu piszą piosenki, nagrywają je, a potem dzwonią do wykonawcy, któremu chcieliby je sprzedać. W ten sposób przez kilka lat zyskali reputację ludzi, którzy obracają w złoto wszystko, czego dotkną. Podupadającą Britney, szukającą nowego stylu grupę No Doubt czy wreszcie Ushera – najgorętsze dziś nazwisko list bestsellerów za Atlantykiem. Gdy w ubiegłym roku przeprowadzono badania w najpopularniejszych stacjach radiowych w Wielkiej Brytanii, okazało się, że co piąta grywana aktualnie piosenka powstała w studiu The Neptunes. 20 procent hitów wychodziło z manufaktury dwóch chłopaków z Virginii! Albo wręcz ze studia nagraniowego na tylnym siedzeniu samochodu Pharrella, które służy mu do szybkiego rejestrowania pomysłów w każdych okolicznościach. To dla niego ukuto nowe określenie: superproducent.

Jesteśmy skromni – tłumaczy Pharrell. – Pracujemy trochę jak masoni. To w ogóle grupa, której historia bardzo mnie fascynuje. Budowniczowie. Byli zorganizowaną grupą ludzi i wszystko, co zrobili, oznaczali tak, żeby można było to rozpoznać – dodaje Williams. Produkcje The Neptunes też łatwo rozpoznać. A ich metody również osnute są tajemnicą.

Robimy wszystko we dwóch. Nie zatrudniamy żadnych muzyków sesyjnych. Przychodzi mi do głowy pomysł, znajduję akordy, piszemy, a później gram na perkusji, na fortepianie, na syntezatorze, gitarach i tak dalej – opowiada Pharrell.

Jak to, obaj gracie wszystko? – pytam.

Tak jest.

Uczciwy, gościnny…
Gdy się poznali, Chad dyrygował, a Pharrell grał na werblu – obaj w szkolnej orkiestrze. Spotkali się po raz pierwszy na koloniach dla dzieci szczególnie uzdolnionych pod rodzinnym Virginia Beach. Karierę producentów zaczęli zaraz potem – mieli tani sampler firmy Casio, dwa stare magnetofony i automat perkusyjny, który ukradli ze sklepu muzycznego. „Potem go zwróciliśmy, gdy już zaczęło nam się lepiej powodzić” – mówił Chad Hugo.

Teraz 31-letni Pharrell Williams ma etykietkę najważniejszego człowieka w branży muzycznej. Pharrell, nie Chad – bo to on reprezentuje duet na zewnątrz. To na niego patrzą nastolatki i to on jest wzorem do naśladowania w dziedzinie mody – takim amerykańskim Davidem Beckhamem. Ma tylko więcej talentów niż Beckham. Gra na gitarze, perkusji, fortepianie, śpiewa, komponuje, potrafi wyprodukować w studiu utwór od A do Z, nawet pisze teksty. Robi też za ideologa duetu. Fragmenty tej ideologii czerpie ze swoich ulubionych lektur – ostatnio „Kodu Biblii” i „Kodu Leonarda da Vinci”. Wierzy w Boga, ale i w duchy, stale ogląda „Z Archiwum X”. Za idealne podsumowanie naszej cywilizacji uważa filmy z serii „Star Trek”. – Popatrz tylko – mówi. – Przecież wynaleziono już wszystko, co było w tych filmach od lat 60.: klonowanie, sztuczne satelity, telewizory w zegarkach, nie ma jeszcze tylko teleportacji.

Pharrell uwielbia psy. Biegają przy zachodnim murze jego wielkiej posiadłości. Zachodnim – bo od północy, południa i wschodu malownicza posiadłość graniczy już tylko z oceanem. Tymczasem Missy Elliott zachwycała się: „Pharrell ma w sobie tę niezwykłą gościnność spotykaną tylko w Virginii”.

6 razy 7 dziewcząt
Żaden z wielkich producentów muzyki pop nie był idolem nastolatek. Co innego Williams. Ten występuje w wideoklipach obok Snoop Dogga czy Busty Rhymesa. Nie to, żeby palił z nimi trawkę i popijał drogie trunki na wizji – bo sam nie pije i nie zażywa narkotyków – ale bardzo lubi towarzystwo ładnych dziewcząt. Ostatnio zapowiedział, że szuka żony (napisał nawet dla przyszłej wybranki piosenkę „Wifey”, śpiewaną przez Ushera), a dziewczyny lgną do niego. Słynie jako facet, który ma stałą narzeczoną w każdym większym mieście.

Nie ma mowy o czymś takim – oburza się, kiedy o tym słyszy. – I mogę to udowodnić. Bo jaka wierna dziewczyna pozwoliłaby na to, bym dzwonił do niej tylko wtedy, gdy jestem w jej mieście? Żeby mieć prawdziwą dziewczynę, trzeba przynajmniej dzwonić regularnie. Policzmy. Pięć czy sześć największych miast w samej Ameryce. Ile jest kontynentów? Sześć albo siedem, prawda? To daje nam 6 razy 7, czyli 42. I do tych 42 dziewczyn miałbym dzwonić przynajmniej co tydzień?

Pharrell uparcie utrzymuje, że jest leniwy. Za lenistwo mieli go nawet trzy razy wyrzucać z McDonald’sa, gdzie dorabiał, sprzedając hamburgery. Oczywiście po latach McDonald’s zadzwonił do niego, żeby skomponował im melodię do reklamówki.

Lecz Chad mówi, że to nie lenistwo – to wieczny brak czasu. Nie mogą się opędzić od ofert. „Pharrell nawet nie ma kiedy nauczyć się obsługi nowego sprzętu, więc korzystamy z tego samego” – mówi kolega z The Neptunes.

W samym tylko 2002 roku pracowali przy albumach Toni Braxton, Busta Rhymesa, Ushera, N.O.R.E., Justina Timberlake’a, ich utwory znalazły się na kilku składankach i ścieżkach dźwiękowych, a przede wszystkim zdążyli nagrać pierwszy album swoich własnych piosenek pod szyldem N.E.R.D.

Żeby wychować dziecko, potrzebna jest cała wioska, a nie tylko sami rodzice – tłumaczy Pharrell. – Potrzebowaliśmy więc wszystkich innych projektów, doświadczeń z radiem, MTV i wszystkich błędów, zanim nagraliśmy własną płytę.

Teraz ukazuje się drugi album N.E.R.D. – „Fly Or Die”. To być może ostateczny moment wyjścia z cienia dla Pharrella Williamsa, który potrafi wszystko lepiej od gwiazd, którym sprzedaje hity, który produkuje jednocześnie pięć albumów i komponuje trzy piosenki tygodniowo.

Tego się nauczyłem: być lepszym niż inni – mówi bez przesadnej skromności. – Bo co robić, jeśli nie masz wyboru i musisz skończyć coś, co zacząłeś, a jednocześnie dostajesz propozycję, której nie chcesz odrzucić? Odłożysz ją na później? Ja nie muszę odkładać. Problem jest tylko jeden: taki sposób pracy całkowicie niszczy życie towarzyskie. Pamiętasz te 42 dziewczyny? No to o nich zapomnij.

Pierwotnie tekst ukazał się w numerze 16/2004 tygodnika „Przekrój”.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php