Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

25.07.2016
poniedziałek

Unikanie kłopotów prowadzi do kłopotów

25 lipca 2016, poniedziałek,

Koniec wakacji jest z natury zdarzeniem niemiłym. Tym bardziej, jeśli wakacje (spędzone jak zwykle u mnie na przemierzaniu tysięcy kilometrów – w tym roku więcej nawet niż poprzednio) wydawały się udane i w miarę wolne od niemiłych niespodzianek. W miarę – bo trudno dziś tak zupełnie bez niemiłych niespodzianek objechać Europę. Dokładnie w tym samym czasie, gdy uczestniczyłem w wiejskim festynie na 14 lipca w gościnnym francuskim departamencie Charente Maritime, w departamencie Alpes-Maritimes ktoś wjechał ciężarówką w tłum. A dokładnie tego dnia, gdy jadłem kolację w Niemczech, w Monachium ktoś otworzył ogień do ludzi. Francuzi i Niemcy powtarzają, że trzeba żyć. Trudno się zresztą jakkolwiek zabezpieczyć na wypadek takich wydarzeń. Dziś krótka opowieść o tym, że próby zabezpieczenia się przed wszystkim często nie tylko nie działają, ale same doprowadzają do kłopotów.

Kiedy wyjeżdżamy – a śmiem twierdzić, że mamy to już w rodzinie nie najgorzej dopracowane – zabieramy dwa zestawy kluczyków do samochodu. Drugie jeszcze nigdy się nie przydały, ale wiadomo – wypadki chodzą po ludziach. Jedne jeździły więc jak zwykle w stacyjce, a drugie, identyczne – w torbie trzymanej w miejscu noclegu, a na czas podróży pakowanej do bagażnika, wraz z jakimiś drobiazgami, do których co i raz trzeba było zajrzeć. Służyły więc przez dwa tygodnie głównie do tego, żeby raz na jakiś czas na nie spojrzeć i upewnić się, że gdyby pierwsze wpadły do morza albo przepadły w jakichś mniej dramatycznych okolicznościach, te drugie są i czekają. Po raz ostatni zaglądałem do nich podczas pakowania ostatnich bagaży na ostatnim postoju przed wjazdem do Polski, wyjmując z torby polskie drobniaki, a odkładając drobne euro. Trzymałem w rękach ten pierwszy zestaw kluczy, gdy wtem okazało się, że nadjeżdża ciężarówka i chce nam na chwilę zablokować wyjazd, odruchowo odłożyłem więc kluczyki na ich miejsce i zatrzasnąłem kufer, machając kierowcy, żeby nie wjeżdżał, że już, einen Moment bitte, że dosłownie w tej sekundzie wyjeżdżamy.

Wtem (to trzeba zacząć jak w „Tytusie”) zdałem sobie sprawę, że w małej kieszeni torby zostawiłem tym samym DWA komplety kluczyków. Torba była w kufrze, kufer był zatrzaśnięty, drzwi – jak to we współczesnych, bezpiecznych samochodach – automatycznie zamknęły się już wcześniej, po 30 sekundach mojego grzebania w kufrze. Rodzina stała już przy samochodzie, gotowa, by wejść do środka. Kierowca ciężarówki stał i czekał, żeby przejechać. A ja stałem jak wryty. A właściwie – jak zaorany własną przezornością.

Ten, kto już zatrzasnął w samochodzie kluczyki (dla mnie to był ten pierwszy raz), zna pewnie ciąg dalszy. Telefony, długie oczekiwanie na najbliższego wiejskiego mechanika z zestawem narzędzi, a potem przypatrywanie się z ulgą – niczym w jakiejś absurdalnej komedii albo na kwasie – jak włamuje się wam do samochodu. Bez finezji, za to z niemiecką solidnością, poważną, brandenburską muskulaturą i nieodzownym kolczykiem w uchu. Wystawiając się zresztą na komentarze moje i małżonki, którzy dyskretnie uznaliśmy, że Polak mógłby być jednak szybszy, a być może nawet zręczniejszy.

Zmęczony, zestresowany i zubożały (taryfa w euro) całą sytuacją, musiałem sobie to wszystko jakoś skompensować, dostrzegając wśród banału chociaż jakiś cień głębszego sensu. No i dostrzegłem nawet pewną historię narodowego pojednania. Może nie od razu list biskupów, obrazek bardziej przyziemny, przy czym jednak tyleż głupi, co symboliczny. Oto brat tych, którzy przyjeżdżali do Niemiec włamywać się do samochodów (a mam prawo tak pisać jako człowiek urodzony w Wołominie, który do najbliższej „dziupli” miał bliżej niż do kiosku), przyjeżdża do Niemiec właściwie tylko po to, żeby mu się włamali do samochodu. I jeszcze – jak gdyby sama symbolika wyrównywania rachunków nie była wystarczająca – za to płaci.

Nie będę więc dziś nikogo namawiał do wożenia dwóch kompletów kluczyków. Ale do wakacji nie zniechęcam. Ma to-to swoje zalety – choćby w postaci oderwania się na pewien czas od tematyki, którą zamęczamy na co dzień. A płyty oczywiście też zabraliśmy – nie obeszłoby się bez tego. Przebojem turnusu stała się nieoczekiwanie piosenka norweskiego artysty Sondre Lerche Track You Down, za którą głośno opowiadały się dzieci. Chyba nawet singlem nie było w swoim czasie. Mamy ją za to na pewnej żelaznej kompilacji, która leży w samochodzie i czeka na wakacje:

W topowym zestawie zmieściła się też Neko Case z tą piosenką, co mi przypomina, że słuchaliśmy także parokrotnie płyty zaskakującego kobiecego tria Neko Case, k.d. lang i Laury Veirs. Tu zwrócę uwagę na jeden drobny, lecz też symboliczny fakt: Zanim jeszcze Case i Veirs zaczęły razem nagrywać, były już razem na Polifonii. Ale żeby jeszcze Kanadyjka k.d. lang, trochę ostatnio zapomniana, miała z nimi nagrywać? Cóż, dla mnie istotne jest, że jedyna chyba działaczka LGBT, którą mógłby poważać Wojciech Cejrowski (ma przeszłość na scenie country i piękny głos lubiany w tych rejonach) prezentuje się tu w pierwszej kolejności jako świetna wokalistka. Wprawdzie wszystkie trzy panie udzielają się i jako wokalistki, i jako autorki, a potencjalne hity (singlowy Atomic Number, a przede wszystkim majestatyczny Delirium) to wspólne dzieło, mam wrażenie, że to jednak w pierwszej kolejności ważna płyta dla Veirs.

Napisała tu sama cztery rewelacyjne piosenki, z których przynajmniej trzy – Song For Judee, Greens of June i rewelacyjny Best Kept Secret – decydują o klimacie tej płyty. Folku wpadającego w szlachetne, popowe, ale bogato zaaranżowane (smyczki, świetna produkcja Tuckera Martine’a, męża Veirs) songi o momentami lekko hipnotyzującej, repetycyjnej formie. Co ważne, kompozytorsko Veirs dotknęła każdej z piosenek na płycie, co sprawia, że nie idzie ona ani na minutę w stronę bardziej przyziemnego folku czy alt-country, zabawa odbywa się w świecie, który – mówiąc językiem RPG – ma jednego Mistrza Gry. A to powoduje, że album jest nie tylko lekki i urokliwy, nie tylko dobrze sprawdza się w podróży, ale i układa w jedną spójną opowieść.

Każdemu bym życzył, żeby mu się tak układało. W szczególności wszystkim, którzy dopiero się szykują do drogi. Ja tymczasem wracam na drogę regularnego pisania.

CASE/LANG/VEIRS case/lang/veirs, Anti- 2016, 7/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php