Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

27.01.2016
środa

Czas postapokalipsy

27 stycznia 2016, środa,

Postapokalipsa to jest to, co przychodzi po apokalipsie. Pod każdym względem oczywiście, także postnym, bo typowe wizje końca świata w kulturze nie przewidują ani tego, że będzie szczególnie przyjemnie, ani tego, że będzie wszystkiego pod dostatkiem. Za to niezmiennie ciekawe jest to, co będzie po. Mam wrażenie, że do pewnego momentu sama apokalipsa wydawała się dla kina czy literatury kluczowa – te wszystkie wojny, głód i wybuchy – aż przyszedł taki czas, kiedy koniec świata przestał być fascynujący. W erze nuklearnej sam koniec trwa za krótko. I dla kultury odcinkowej zdecydowanie mało to obiecujące. Bum, bum, parę efektów specjalnych i po robocie. Wybuch trwa krócej niż dogasanie i agonia. Coraz trudniej nabrać na to publiczność kinową, czytelników, graczy, a słuchaczy – jak się okazuje – też coraz trudniej. Bo czymże są drony, doomy i dark ambienty dla metalu czy noise’u? Tym samym, czym długi ogon zagłady dla niszczycielskiego wybuchu. Żyjemy – już całkiem długo – w epoce fantazji postapo. Między Falloutem a Mad Maxem wypada więc znaleźć czas i na Roly’ego Portera.

Portera znamy z duetu Vex’d, którego muzykę – mieszczącą się gdzieś w granicach dubstepu – można było też od biedy zaliczyć do postapo, jako taneczny odpowiednik ścieżki dźwiękowej do filmu grozy. Solowe działania producenta z Bristolu – który zdążył już wydać pod własnym nazwiskiem trzy albumy – to taki rodzaj Fuck Buttons w dziedzinie ambient. Muzyka doprowadzona do ekstremum zagęszczenia, brzmieniowo potężna, choć teoretycznie wciąż pozostająca ambientem, tłem. Porter bardzo skupiony jest na stopniowym budowaniu napięcia i nagłym rozładowywaniu go (jest w tym geście dużo więcej ognia niż np. w pejzażach dźwiękowych Tima Heckera), lecz tylko na chwilę, bo całość nowej płyty Third Law to jednostajnie ponura dźwiękowa opowieść o charakterze mocno katastroficznym i głęboko klaustrofobicznym, stworzona z dźwięków syntetycznych i wszystkiego, co się przykleiło po drodze przez postapokaliptyczne pustkowie. W pewnym sensie jest to muzyka, na jaką – przy całym swym technicznym wyrafinowaniu – nie zasłużył najnowszy Mad Max. Ślady dawnej rytmiki się tu pojawiają – w utworze Mass – ale nie decydują o charakterze całości. Delikatna barwa syntezatora w finale staje się nieoczekiwanym prześwitem nadziei. W ogóle cała ta końcówka – utwory Departure Stage i Known Space – wydaje mi się najlepsza.

Porter w jednym z wywiadów ujawnia się jako miłośnik fantastyki (co zaskakujące, również jako fan soundtracku do Diuny nagranego przez Toto z udziałem Briana Eno – to a propos poprzedniego wpisu), ale też Drogi Cormaca McCarthy’ego – książki-matki dla współczesnego, wylewającego się daleko poza fantastykę nurtu postapo. Mam zły nawyk angażowania się emocjonalnego tylko w sytuacjach ekstremalnych – mówi w rozmowie z „The Quietus” o Drodze. – Dlaczego czuję związek z historią tego kolesia i jego dziecka tylko dlatego, że umiera cały świat? Jest w tych ekstremalnych sytuacjach coś takiego, że potęgują osobiste zaangażowanie.

Roly Porter odpowiada tu na jedno z podstawowych pytań postapo. W opowieściach o końcu świata nie liczy się morał, pocieszenie, ani wydźwięk społeczny. Ważna jest dla nich immersja, cecha sztuki pożądana w XXI wieku, szczególnie w odniesieniu do filmu czy gier wideo. Najprościej ujmując: potencjał dzieła pozwalający na zanurzenie się przez odbiorcę w jego świecie na dłużej. A trudno się zanurzyć w świecie jednorazowego kataklizmu – dajmy na to: wybuchu bomby atomowej. Łatwiej w uniwersum, które następuje po katastrofie. Postapokalipsa daje twórcom świat idealny, bo z dramatem rozłożonym na raty – można to filmować i opowiadać o tym w nieskończoność. Najkrócej mówiąc, wielu artystów ta moda na postapo uchroniła przed postem.

W Ameryce ktoś wymyślił już nawet syndrom depresji postapokaliptycznej. To uczucie, które miałoby nas ogarnąć, gdy już pożegnamy się ze wszystkimi wokół i rozdamy nasz dobytek, a świat ciągle jeszcze się nie skończy. Mniej więcej to samo czuję za każdym razem, gdy wyłączam Third Law. Dlaczego właśnie tego słuchałem tyle czasu? Przecież świat rysuje się mimo wszystko w bardziej pogodnych barwach. Jest ciepło, mam co jeść i jeszcze dostęp do kultury. Dużo do stracenia. Cóż, zdaniem mistrza Stephena Kinga to właśnie wystarczające kwalifikacje do tego, żeby rozsmakować się w horrorze.

ROLY PORTER Third Law, Tri Angle 2016, 8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Zbyt wzniosła jest ta płyta by móc się z nią identyfikować. To jednak spektakularne, dumne „bum i parę efektów specjalnych”. Dla kontrastu słucham ostatnio materiału Micromelancolie „Leaving Hades”, również w kontekście postapo i ta obskurna intymna muzyka wydaje mi się jednak bardziej adekwatna dla „postapokaliptycznej depresji”.

css.php