Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

27.11.2015
piątek

Mainstreamowe zboczenie

27 listopada 2015, piątek,

Tym razem ani słowa o polityce. Chociaż ostatnio twitterowy czytelnik, który reagował wcześniej na wpisy o polityce, zaczepił mnie, dlaczego właściwie nie koncentruję się tylko na muzyce. Wyobrażam sobie, że na tej zasadzie wszyscy moglibyśmy się trącać, nawet nie wychodząc ze świata muzyki. Tych, którzy dotąd pisali o Konkursie Chopinowskim zaczepiano by, dlaczego niby piszą o jazzie. Tych, co słuchali muzyki tanecznej trącałby ktoś, po co w ogóle wypowiadają się o muzyce rockowej. A hiphopowcom zmywano by głowę, że odważyli się szepnąć słowo opinii o płycie Behemotha. Żaden z nas nie jest jednak tylko jedną podgrupą jednej dziedziny zainteresowań. Owszem, miewamy specjalizacje, ale jesteśmy z reguły jakąś wielością, mozaiką. Internet społecznościowy jest świetną ilustracją tego, że w sposób naturalny spotykamy się w innych rejonach tematycznych w grupach o różnym składzie. Czasem jednak okazuje się, że w paru różnych grupach o odmiennych specjalizacjach mówi się o tym samym. Kilka osób wspominało mi na przykład o tym samym projekcie: Floating Points. Nowej płyty jeszcze nie znałem (słyszałem tylko przymiarkę sprzed lat – singiel Floating Points Ensemble), ale posłuchałem. I dlatego właśnie tydzień na blogu kończę mainstreamowym zboczeniem.

Odłożyłem więc wszystkie płyty, o których chciałem napisać, i fenomeny, o których pisać muszę (jak ten tutaj), bo nie sposób ich ominąć. I postanowiłem rzutem na taśmę opublikować w piątek parę słów o płycie, która jest z pewnością pomoże się spotkać wielu obywatelom różnych nisz, czyli w swojej istocie jest mainstreamem. Choć zarazem przecież nim nie jest – Floating Points, projekt Anglika Sama Shepherda, nie ma tradycyjnych cech tejże muzyki środka. Zawiera muzykę, która nie jest oparta na wokalach. Niepiosenkową. Ba, nietaneczną. Dość w sumie abstrakcyjną i – jeśli spojrzeć na to trzeźwo – odartą nawet z melodii, choć pozornie opartą na jasnych, prostych skojarzeniach. Bo jej język brzmieniowy jest znajomy. Mamy tu z jednej strony szablon nujazzowy (pianino elektryczne, środki harmoniczne, leniwe tempa), z drugiej – syntezatory, pętle, środki wyrazu muzyki klubowej itd.

Ale muzyka klubowa? Nie bardzo. W dwóch momentach brzmi dokładnie tak, jak gdyby skład grający na żywo utwory The Cinematic Orchestra z ich salonową elegancją i szerokimi smyczkowymi aranżami zapomniał się i zagalopował w stronę zapamiętania rodem z co lepszych nagrań Radiohead. Jak to teoretycznie kolejny odcinek poszukiwań jazzowych wychowanego w Detroit Carla Craiga (kto pamięta Innerzone Orchestra?) – ale nagrany z czystą kartą, z zupełnie innym wyczuciem emocji, bez napięcia, z umiejętnością operowania ciszą (w tym słyszę z kolei główny wpływ Talk Talk, o którym sam Shepherd wspomina). Jest duch nagrań Pata Metheny’ego, gdy do głównego instrumentalnego motywu Silhouettes dołącza wokaliza. Jak gdyby w przystępnej współczesnej muzyce elektronicznej, która teoretycznie słabo operuje taką wartością jak dynamika, Shepherd znalazł dodatkowy magiczny przełącznik, albo raczej pokrętło. I w każdym utworze precyzyjnie nim kręcił, sterując nastrojem najpierw delikatnie, a potem wykręcając nagle w końcowym Peroration Six postrockowych rozmiarów crescendo, które wreszcie demonstracyjnie zerwie, wywołując zapewne okrzyki zdziwienia, pukanie się w czoło i podejrzliwe spojrzenia na odtwarzacz.

W kilku utworach to budowanie przestrzeni i dynamiki wspomaga skład tradycyjnych instrumentów – jest kwartet smyczkowy, żywy perkusista, nawet gitarzysta się tu pojawia (Alex Reeve z grupy Hejira). Ale są takie momenty – wcale nie jakoś wyraźnie gorsze – gdy Shepherd zostaje sam. I co wtedy? W Argenté pomagają syntezatorowe arpeggia. A gdzie indziej pianino Fender Rhodes okazuje się ostatnią nadzieją na emocje w świecie syntezatorów. W sumie – dlaczego nie? Przy całej prostocie tych partii elektrycznego pianina Elaenia – ze swoją pozytywną, jasną, kosmiczną i uduchowioną formułą – może być hymnem na cześć geniuszu rhodesa. Poza tym, że jest hymnem na cześć szukania wspólnoty słuchania w dzisiejszym pokawałkowanym świecie i pozostaje dla mnie zdecydowanie jednym z najmilszych zaskoczeń tego roku.

FLOATING POINTS Elaenia, Pluto 2015, 8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. To jest dobry album, to prawda.

css.php