Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

11.09.2015
piątek

Brzydkie słowo na „i”

11 września 2015, piątek,

Fajny film wczoraj widziałem. No, może nie do końca, ale momenty były. Jeśli rzecz brutalnie uprościć, pół filmu oparte jest na suspensie: czy miss universum obnaży się przed dwoma starszymi panami w drogim szwajcarskim uzdrowisku? Ale ponieważ zdradza to plakat filmu, suspens jest tak naprawdę czekaniem na nieuniknione. Tak naprawdę jednak w filmie Młodość Paolo Sorrentino zamiast w ścieżkę dialogową warto się wsłuchać w dźwiękową. Włoski reżyser bywa dość pretensjonalny w swojej obsesji opowiadania o kontrastach między starością i młodością, ale słucha dobrej muzyki. Do tego stopnia, że pojęcie nowej klasyki zyskuje u niego nowy wymiar.

Nie mam tu na myśli Marka Kozelka, który gra w Młodości maleńką (własną) rólkę i którego piosenkami Sorrentino emocjonalnie łata swój film z gracją godną miss universum. Choć bardzo mi się ta strona filmu podoba i byłem zaskoczony, jak dużo tych piosenek Kozelka w filmie (są w sumie trzy, motyw z jednej się powtarza). Na pewno nie jednak nie bardziej zaskoczony niż sam artysta, który na Universal Themes śpiewał: How the hell did I end up playing myself in an Italian film / Set in a ski town in Switzerland?

Pisząc o nowym wymiarze „nowej klasyki” (nazywanej też „neo-classical”, ale to określenie tępi u mnie kolega z HCH, a jako muzykolog ma swoje powody – neoklasycyzm w muzyce już był) mam na myśli Davida Langa i jego ścieżkę dźwiękową, która stanowi spore wyzwanie, bo główny bohater jest kompozytorem i trzeba mu było doszyć twórczość, która w wiarygodny sposób zilustruje zamożnego człowieka sukcesu, a jednocześnie schowanego pod starczą maską romantyka. Balansujący fenomenalnie na granicy lekkostrawnej klasycznej melodyki, tanich rockowych patentów, muzyki dawnej, minimalizmu i konceptualizmu Lang, jeszcze z tą wyestetyzowaną oprawą wizualną (bo momentami filmy Sorrentino przybierają formę wideoklipów) wyrasta na guru wszystkożernych i dobrze wykształconych Muhlych, Arnaldsów czy Dessnerów. Czyli generacji przed 40-tką, która potrafi docierać do różnych typów publiczności naraz, bo zgłębiła tajemnicę wszystkożerności swoich rówieśników. Uświadomiła sobie i innym, że część wykształconych muzycznie odbiorców ostatecznie przestała się brzydzić muzyką rockową, taneczną czy folkową, odkąd zaczęto ją pakować pod postacią alternatywnego rocka, folku czy elektroniki. A druga część nie brzydziła się nią nigdy.

Pojutrze początek imprezy dla takich wszystkożerców, czyli krakowskiego Sacrum Profanum (program tutaj). W tym roku bardzo spójnego od strony programu, bo Dessnerowie grający Dessnera albo Richarda Reeda Parry’ego, a wcześniej These New Puritans w powiększonym składzie E-X-P-A-N-D-E-D budują coś jak nowo-klasyczna międzynarodówka. Będą wreszcie drony Jóhanna Jóhannssona i nieobraźliwy na pewno dla znawców tematu projekt chopinowski Ólafura Arnaldsa. Wszystko unurzane w aurze, nie wahajmy się użyć tego słowa, młodości. Bo młodość nie jest kategorią z Sorrentino, tak samo jak starość (na szczęście) nią nie jest. Jedyna przewaga młodości w tym wypadku polega na tym, że ci młodsi twórcy nie boją się pewnych rozwiązań, nie boją się łatwych nawiązań do świata zewnętrznego, fuzji gatunków, ryzyka, krytyki, ani nawet kompromitacji. I mam wrażenie, że Lang, który już w programie SF gościł, pokazał młodość jako kategorię pozametrykalną. Jego nowy utwór Just (After Song of Songs), który brzmi jak stary utwór z młodości wiekowego kompozytora, ma szansę wypłynąć na Młodości Sorrentino. Mógłby coś takiego napisać Muhly, może nawet i Dessner, ale Lang bez względu na wiek okazał się lepszy. Hit. Nie mówiąc już o finałowym Simple Song #3, poruszającym, choć zawieszonym w pół drogi między łzawym przebojem festiwalowym a operą. Sacrum i profanum w jednym.

Mariusz Herma wyprzedził mnie właśnie (co nie dziwi, bo pisuje stale o tej sferze) w próbie diagnozowania języka pojęć tej nowej sceny. Hasło „garażowa muzyka kameralna” mi się podoba. Indie – jak być może dało się odczuć – nie lubię. Nie sceny alternatywnej jako takiej, tylko słowa. Więc i zestawienie indie classical brzmi dla mnie naprawdę kuriozalnie. Zresztą niczego za pośrednictwem tej etykietki nie osiągamy, jak pisał Nico Muhly, jedna z czołowych postaci nurtu reklamowanego czasem jako indie classical. Oczywiście Muhly się mylił. Są rzecz jasna niezależne wytwórnie wydające muzykę poważną, ale przecież nie o to chodzi: Parry, Dessner, Greenwood czy Richter nagrywają dla największej z wielkich, czyli Deutsche Grammophon, a to nie jest indie w żadnym razie. Muhly się mylił, bo używając najbardziej absurdalnych pojęć typu haunted chamber czy hipster klasyka (teraz wymyślam) coś jednak osiągniemy: opis fajowości. Podkreślenie, że jedni artyści są fajowsi od innych, co jest dość głupie w ostatnim bastionie muzyki, która wydawała się odporna na spory dotyczące fajności. I głupie w kontekście Davida Langa z filmu Sorrentino. I niepotrzebne w kontekście samej muzyki, która – jako rzecz przystępna – przy takiej dynamice naprawdę opanuje za chwilę świat „poważki” i zmieni porządek, wprowadzi jakieś nowe, nieobecne tu wcześniej masowe hierarchie. Mnie na przykład zespół Copenhagen Phil – występujący na jednej z płyt z muzyką Dessnera – i filmowe skojarzenia z Sorrentino podsunęły kolejne pojęcie, tyle że niełatwe do przełożenia na polski: phil music. Wszystko lepsze niż indie.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. …….
    a juz niebawem
    LANA DEL REY z „Honeymoon” /Polydor
    na okladce siedzi wokalistka w minibusie-cabriolet Starline Tours (firma, ktora obwozi
    ciekawskich turystow z Hollywood Bouelvard czyli sightseeing do willi zyjacych i tragicznie zmarlych gwiazd hollywoodzkiego kina – atak serca, wypadek samochodowy, przedawkowanie heroiny czy tez, jak w przypadku Peg Entwistle – skok ze slynnego szyldu HOLLYWOOD.
    Na okladce minibus z numerem tel. z informacja poetycka od Lany Del Rey:
    „Time present and time past. Are both perhaps present in time future. And time future
    contained in time past”. Ale to nie Lana Del Rey: to T S ELIOT z jego „Czterech kwartetow” (chyba jest przeklad Baranczka?) Ten laureat Nobla (katolik) niegdys mowil, ze jego najwazniejszym zrodlem-inspiracja byl: „gin and drugs, my dear, gin and drugs”.
    Moze tez na albumie, nie bez przyczyny, jest „Burnt Norton”?
    Na Lany Del Rey answer-machine jest takze wyklad Elona Muska, IT-miliardera, ktory uklada plany kolonizacji Marsa a takze krotki tekst Lawrence´a Kraussa autora „Wszechswiata z niczego”, ktory mowi o fotografii galaktyk oddalonej od nas o 4.5 mld
    lat swietlnych.
    Jeszcze w 2012 Miley Cyrus twittrade: Jestescie pylem gwiezdnym. Nie bylibyscie tutaj, gdyby gwiazdy nie wybuchly, bowiem podstawowe pierwiastki (wegiel, azot, tlen tak konieczne w ewolucji) nie powstaly w czasie Big Bangu. Powstaly gwiazdy. Zapomnij o Jezusie. Gwiazdy umarly, bys mogl zyc”. Wowczas Miley Cyrus byl idolem dziaciakow i miala wielu wierzacych fanow, ktorzy oburzyli na te wypowiedz gwiazdy.
    Lana Del Rey w doborowym towarzystwie TS Eliota, Kraussa spiewa: „Hollywood legends will never grow old”.
    Poki co nie jest legenda jeszcze a mieszanka z roznych gwiazd obecnych idolow.

  2. Z gieldy plyt w sztokholmskim Trash Palace

    LED ZEPPELIN album debiutancki „Led Zeppelin” sprzedano dzisiaj w/w sklepie plytowym za…. 30 000 SEK. Nie byly wowczas zachecajace recenzje ale wsrod sluchaczy plyta znalazla uznanie. Sa dwa wydania tej plyty z nazwa grupy w kolorze turkusowym i pomaranczowym – ma byc turkusowy napis LED ZEPPELIN.
    Inna plyta, ktora poszla za 50 000SEK to album grupy LEAF HOUND „Growers of Mushroom” (1971) – grupa przestala istniec tegoz samego roku, pozniej w 2004 byl reunion.
    BLACK SABBATH, „Black Sabbath” (1970), pierwsze wydanie, z blednym napisem wokalisty „Ossie Osbourne” a takze ma byc napis „Copyright subsists in all Stereo Recording” – na etykietce plyty: „A Philips record product” 10.000 SEK
    DEEP PURPLE, „Shades of Deep Purple” (1968) 4500 SEK a w zapieczetowanej kopercie
    10 000 SEK, oryginal brytyjski, etykietka na plycie czarna z zoltym tekstem „Parlophone”

    Oczywiscie, ze najdrozsze sa nieodgrywane winyle/zapieczetowane a uzywane maja byc w stanie bardzo idealnym. Pamietam, ze niegdys w latach 80-90 kupowano dwa egz – jeden do grania drugi do kolekcji. Niegdys kupilem na jakiejs gieldzie kilkanascie nowych winylow zagr. (fr., ang) Brygady i Brygady Kryzys za doslownie kopiejki.
    W Skandynawii „kopalnia zlota” winylow sa bezsprzeczniealbumy hardrocka, death metal czy black metal , jak np. Morbid, Burzum, Bathory, Mercilles czyDark Funeral.

    ****** 🙂
    18 wrzesnia
    —–Keith Richard z nowym albumem „Crosseyed Heart”
    a na NETFLIX https://www.youtube.com/watch?v=NHh24Y9LrY0
    dokument „Under the Influence”

css.php