Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

11.06.2015
czwartek

Rakiety mainstreamu i armaty podziemia

11 czerwca 2015, czwartek,

Płyt maja 2015 część druga, tym razem polskie albumy. Oczywiście, było tego więcej, choćby długo oczekiwany koncert Mitch & Mitch i Zbigniewa Wodeckiego (pisałem o nim na łamach „Polityki”), niesamowity album Alameda 5 Duch tornada, albo opisywane na tym blogu i na papierze Ptaki. Ten ostatni album ostatecznie jednak nie ukazał się w maju, ma być gotowy dopiero za kilka dni. Ale jeśli tę wielką trójkę wyciąć, zostanie jeszcze kilka tytułów, z pewnością ciekawszych niż ten sygnalizowany w poprzednim wpisie Big Cyc. Małe spostrzeżenie: krajowi wydawcy nie lubią zbytnio Soundclouda, poniżej więc premiować będę tych, którzy z niego przy promocji swoich tytułów korzystają – jako odrębny, ciekawy przypadek polecam zresztą dziennik dźwiękowy Dominika Strycharskiego.

3275 KG ORCHESTRA 3275 kg Orchestra, Bemowskie Centrum Kultury 2015, 6/10
Dla mnie są grupą z sąsiedniej dzielni. Możecie się śmiać lub nie, ale aktywista warszawskiej sceny Maciej Trifonidis założył ten 30-osobowy zespół jako orkiestrę przy Bemowskim Centrum Kultury, co już w dziedzinie społecznych inicjatyw lokalnych zasługuje na wzmiankę. Nie byłoby jednak tej wzmianki na Polifonii, gdyby nie fakt, że płyta 3275 kg Orchestra, złożona z kompozycji różnych jej członków, jest ciekawa także pod względem muzycznym. Kilka tematów nawiązujących czy to do bigbandowych tradycji, czy okolic sceny klezmerskiej, czy do nowoczesnych formacji typu Jaga Jazzist (niezłe Magic Suite), z pewnością zostanie wam po przesłuchaniu w pamięci. Nie jest to może wielka płyta jazzowa na miarę albumu Kamasiego Washingtona, ani też wyróżniający się album z muzyką improwizowaną (taki jest w tym zestawieniu nieco dalej), ale ilekroć po niego sięgam, zarówno same kompozycje, jak i pełna energii realizacja całego przedsięwzięcia poprawiają mi nastrój.

BEDNAREK Oddycham…, Lou & Rocked 2015, 4/10
Okładka płyty mignęła mi najpierw jako przedmiot podśmiechujek w sieci. Trudno było się zresztą spodziewać innych reakcji – Kamil Bednarek to artysta zbyt znany, by się nie doczekać hejtu. Tyle tylko, że wydaje się ją prowokować zbyt natrętnie jako człowiek-drzewo, idąc przy tym z cytatami z Georgesa Bernanosa, ale i Paulo Coelho na sztandarach (a czasem podążając w stronę tego ostatniego w tekstach piosenek), a zarazem to tu, to tam sprzedając nam jakiś produkt. Nie mam nic przeciwko sprzedawaniu, ale wolę umiar i lubię harmonijny rozwój w każdej dziedzinie, a tu muzyka trochę została w tyle w porównaniu z działem sprzedaży – a pisze to człowiek, któremu się zdarzało przychylnie wyrażać na temat produkcji Star Guard Muffin. Prawie wszystkiego jest tu za dużo, włącznie z gośćmi, co piszę ze smutkiem, bo fajnie jest mieć w chórkach Juniora Kelly’ego. Budżet przerósł tu momentami potencjał artystyczny. A gdy tylko Bednarek wychodzi z estetyki reggae (Spragniony), która pewną słodycz, prostotę i naiwność ma wkalkulowaną, brzmi już bardzo cukierkowo. Żeby docenić miejsce nagrań i jednocześnie oddać rzeczy porządek: studio Tuff Gong w Kingston na Jamajce nagrywało już lepsze rzeczy.

THE FERAL TREES The Feral Trees, Antena Krzyku 2015, 7/10
Pouczające, ciekawe, a nawet imponujące wydawało mi się to, że na Spring Break spotkały się dwie grupy skupiające prawie tych samych muzyków, a grające tak inaczej – Hidden World i właśnie The Feral Trees. O ile ci pierwsi w dziedzinie hardcore’owego, ostrego łojenia zaprezentowali się dobrze, to zdecydowanie większą karierę wróżyłbym drugiemu obliczu kompanii z Puław. Czyli mrocznym folkowo-rockowym balladom, z lekka przypominającym mi budowany na gruzach grunge’u folk The Walkabouts. Choć wokalistka z Ameryki, Moriah Woods, akompaniująca sobie na banjo i na gitarze, stylistycznie idzie raczej w stronę, powiedzmy, Cat Power. Światowa rzecz w polskich realiach, choć niezłe próby grania takiej muzyki już się u nas zdarzały. Słowo więcej w papierowej „Polityce” niebawem.

JACHNA/BUHL Synthomatic, Requiem 2015, 6/10
Ten duet już opisywałem w Polifonii, ale Wojtek Jachna (trąbka) i Jacek Buhl (perkusja), ostatnio obecni też w składzie wspomnianej Alamedy, są naprawdę pracowici. I konsekwentnie stawiają na formułę duetu, który bardziej niż drugim Mikrokolektywem jest polskim odpowiednikiem Chicago Underground Duo. Lubię zarówno pełną skupienia i daleką od przesady grę Jacka Buhla, jak i wszechstronność Jachny, choć mam świadomość, że od znakomitej, chyba najlepszej w ich dyskografii Atropiny, nie minęło jeszcze dużo czasu, a na nowym albumie Ameryki nie odkryli.

JAFIA Ka ra va na, Pomaton 2015, 6/10
Fakt realizowania takich superprodukcji (liczni goście, w tym Kayah i Wojciech Karolak, sekcja smyczkowa, chórki itd.) potwierdza tylko mocny status reggae na polskiej scenie muzycznej. Jeśli wziąć pod uwagę bardzo gładki i popowy charakter brzmieniowy tej płyty – dziś toczy się tu walka o coś więcej niż tylko środowiskową sławę. Co zaskakuje o tyle, że Jafia to przecież zespół z 20-letnią historią i brodą dłuższą niż ta, którą gładzi lider Dawid Portasz na okładce. Być może chodzi nawet o światową ekspansję, bo w anglojęzycznych utworach Portasz czuje się świetnie, a zespół perfekcyjnie podchodzi do różnych wtrętów soulowych czy nawiązujących do nurtu elektro. Nie moja bajka, choć rozmach, wszechstronność i konsekwencja zasługują na szacunek.

LESKI Splot, Pomaton 2015, 7/10
Już Kosmonauta wróżył długodystansowego pewniaka polskiej rozrywki, cała płyta to potwierdza. Leski wydaje mi się nieco bardziej miękką, mniej rockową odpowiedzią na Skubasa. Podobnie prosty, emocjonalny, melodyjny i w miarę bezpretensjonalny, a to już rzadka u nas kompozycja. Dobry wokalista, ciepły głos, piosenki łatwe w odbiorze, w perspektywie sporo okazjonalnych słuchaczy i niemało fanek. Jednak uwagę tych, którzy zastanawiają się nad znaczeniem całego albumu, chciałbym uspokoić: nie dostaną tu wielkiego jakościowego odkrycia, urozmaicanie popowych nagrań o brzmienia w stylu banjo czy ukulele to rzecz sprzed paru sezonów. Co nie zmienia faktu, że warto sobie uświadomić – i to na tej płycie słychać – jak wielkie znaczenie ma dziś w popie myślenie o różnorodności arsenału środków. Dzięki takim atutom w tym miesiącu Leski wygrał z konkurencją wśród rakiet mainstreamu. Zresztą: z jaką konkurencją?

OLIVIA ANNA LIVKI Strangelivv, Pomaton 2015, 6/10
Pamiętam, jak bardzo błyszczała autorka tej płyty w kontekście telewizyjnego talent show. Nic dziwnego, bo Olivia Anna Livki to pomysł na wszystko: kompozycję, tekst, choreografię, klip, szatę graficzną, stroje, nawet przekaz społeczny itd. Mam wrażenie, że z autorki tryska wręcz artystyczna energia, czasem zastanawiam się tylko, czy to muzyka jest dla niej najwłaściwszym polem ekspresji. Funkująca, punkująca, nawiązująca do krzyczącej, zaangażowanej konwencji M.I.A., jest zjawiskiem, którego słucha się z zainteresowaniem, po czym zaskakująco szybko zapomina czysto muzyczne walory. Zostaje wszystko inne, energia właśnie. Może wynika to z tego, że taki styl – bazujący na mocnej warstwie rytmicznej i mocnych, niemal skandowanych wokalach – niezwykle trudno nasycić lekkością szczegółu, który by zachęcał do powtórnego słuchania. Finałowe Subways – pod każdym względem najlepiej napisany fragment płyty – pokazuje, że można. Chętnie obejrzę OAL na Off Festivalu, żeby się przekonać, że może można częściej.

RIMBAUD Rimbaud, Gusstaff 2015, 7/10
Pod względem siły uderzeniowej masakruje ten album całą konkurencję, którą ośmieliłem się z nim zestawić. Mimo że treść to odpowiedzi na poezję Arthura Rimbaud. Zapewne już wiecie, kto trio Rimbaud tworzy: Tomasz Budzyński, Michał Jacaszek i Mikołaj Trzaska. I najciekawsze jest to, że właściwie każdy z nich, podążając za duchem twórczości Francuza, wychodzi ze swojej stylistyki. Budzyński ze stylem śpiewania i produkcją wokali zamienia się na chwilę w kogoś bliskiego Franzowi Treichlerowi (The Young Gods) – i jest to dyktowane siłą ekspresji wokalnej skojarzenie, które przyszło mi do głowy nie przy francusko-, tylko przy polskojęzycznych tekstach. Trzaska gra mocno i siłowo, jak dawno nie grał, dodatkowo pozwalając na granych przez siebie partiach dokonywać różnych studyjnych zabiegów. Z kolei Jacaszek przekracza poziom natężenia dźwięku ze swoich najbardziej agresywnych dotychczasowych realizacji, jednocześnie spajając całość, nadając jako producent charakter brzmieniu płyty. Jestem pod dużym wrażeniem tej płyty, nawet jeśli momentami ta monumentalna, ekspresyjna i bardzo mroczna wizja nieco mnie przytłacza.

ADAM STRUG Mysz, Universal 2015, 5/10
Po świetnej płycie Adieu i poruszającym Requiem ludowym mamy oto wejście Adama Struga w świat jeszcze bardziej otwartej muzyki rozrywkowej. Z własnym (w większości) kompozycjami i tekstami, miłosną (w większości) tematyką i nieco archaicznym (w większości) stylem, który nawet do dawnego emploi Struga pasuje, a tutaj teoretycznie współgra z pojedynczymi tekstami Leśmiana i Przerwy-Tetmajera. Tym piosenkom, mimo niewątpliwych umiejętności wokalnych Struga i aranżacji Wojciecha Waglewskiego na bluesową nutę, brak jednak naturalności znanej z nagrań folkowych. Jeśli coś sprawia, że – mimo początkowego zainteresowania – nie wszedłem w tę konwencję, jest odczucie, że sam autor nie czuje się w niej wygodnie.

DOMINIK STRYCHARSKI, RAFAŁ MAZUR Myriad Duo, Fundacja Słuchaj 2015, 8/10
Nie mam wątpliwości co do zwycięzców dzisiejszych zawodów. Choć to zarazem płyta, która na tle innych wydaje się mało przystępna, to okazuje się nieprzystępna (mówiąc językiem taśm) tylko teoretycznie. Szybko okaże się, że przynosi mnóstwo pozytywnych zaskoczeń. I flety, i gitara basowa, to w wolnej improwizacji instrumenty raczej drugoligowe, mają jednak i w Polsce swoich mistrzów, którzy z ich duetu robią coś tak naturalnego i tak dobrze uzupełniającego się pod względem brzmienia i możliwości artykulacyjnych, że chciałoby się więcej takich zestawień. Myriad Duo to pięcioczęściowa improwizacja z koncertu zagranego w lutym 2013 roku w krakowskim klubie Literki. Grane z lekkością partie uzupełniają się znakomicie, współpraca między oboma muzykami wydaje się wręcz doskonała, nadążają za sobą pod względem tempa i nastroju, wymieniając tylko rolami na czele peletonu – ciekawie wsłuchiwać się w to, kto daje znaki i kto posuwa do przodu utwór, ale przyjemnie tej rozmowy inteligentnych i wrażliwych instrumentalistów słuchać też tak po prostu. Jeśli gdzieś w racjonalnie postrzeganym świecie pojawia się telepatia, to w takich sytuacjach. Jest to zarazem druga część dobrze się zapowiadającej i ładnej edytorsko serii Fundacji Słuchaj.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 7

Dodaj komentarz »
  1. Zdecydowanie RIMBAUD jest numerem jeden. Moim zdaniem jedna z najlepszych płyt polskich (i nie tylko) ostatnich lat.

  2. Dla mnie również Rimbaud to jedna z mocniejszych pozycji polskich w tym roku, choć wokal niezbyt mnie przekonuje. Instrumentalnie jednak rewelacja. Trzaska plus bardzo mocna i zaskakująca w kontekście ostatnich płyt elektronika Jacaszka świetnie brzmi.
    Po Kapitalu i Alamedzie 5 jedna z ciekawszych tegorocznych pozycji bez podziału na Polska i Reszta Świata nawet. W ogóle z okołoelektronicznych brzmień, to reszta świata na tle Kapitala i Alamedy 5 brzmi w tym roku wyjątkowo nieodkrywczo i miałko. Oczywiście elektronika to tylko część brzmień i sukces tych projektów to głównie spotkanie różnych estetyk i instrumentów, ale chyba większość słuchaczy obu grup wywodzi się bardziej z elektronicznych nurtów niż gitarowych, stąd też moja nie całkiem pasująca szufladka. Tu w ogóle trudno o szufladkę i bardzo dobrze.

  3. @RobertK.

    Ja nie mam nic przeciwko wokalom zawartym na tej płycie. Postawiłbym jednak drugorzędne pytanie – na ile ich ekspresja faktycznie oddaje estetykę liryczną francuskiego poety? Miałbym tu wątpliwości, ale nie ma to znaczenia. Znaczenie ma to, że głos uzupełnia i co najważniejsze – wzbogaca tkankę dźwiękową, stając się jej immanentną częścią na tym albumie.
    Poza tym, warto zwrócić uwagę na bardzo dobrą jakość techniczną brzmienia płyty, czyli efekt pracy studyjnych warsztatowców.
    Wprawdzie nie śledzę specjalnie nowości płytowych z tzw. okołoelektroniki, ale z tego, co zdążyłem poznać już, to nie jest aż tak źle, jak piszesz. Widocznie poznajemy tę muzykę w różnych miejscach.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @Rafał

    Dla mnie również warstwa tekstowa jest drugorzędna w tym przypadku, po prostu są momenty, w których wokal jest słabszym punktem. Całościowo pasuje dobrze.

    Nie pisałem też, że okołoektroniczne pozycje tegoroczne są złe. Być może źle to ująłem i lepiej napisać, że to obie (albo nawet wszystkie 3) grupy są bardzo dobre i wybijające się na tle konkurencji z zagranicy. Jakoś tak się przyzwyczaiłem przez lata, że (jak większość osób) dzielę płyty na dobre polskie i dobre reszta świata. W tym roku jednak doszedłem do wniosku, że i przy K. i przy A5 nie ma to po prostu żadnego sensu. Nie jest to odkrywcze, ale po tylu latach słuchania muzyki przełamanie tego schematu myślenia wymagało naprawdę dobrych płyt. Już od kilku lat poziom polskiej muzyki jest wysoki i ciągle rośnie, a bydgosko-toruński kolektyw jest w wybitnym gazie twórczym i z ciekawością czekam na kolejne propozycje z tego kręgu.

  6. dobra. mam braki w krajowej muzyce, chociaż mocno dociera do mnie, że wielu artystów myśli innymi kategoriami w nagrywaniu & produkcji, niż kiedyś (doganianie Zachodu). zachęcony wrzucam podlinkowany utwór Rimbauda [bo kto nie lubi Rimbauda – myślę o poecie – chyba wszyscy go lubią?]. Bartek używa słowa „masakruje”. rzeczywiście: po odsłuchu czuję się intensywnie zmasakrowany emocjonalnie… ale ta „siła uderzeniowa” ostro przeciwstawia się mojemu leniwo-„buddyjskiemu” nastrojowi ostatnich tygodni. ok, chcę więcej tego stafu, tylko kiedy indziej. w innym czasie. i okolicznościach. tak, produkcja trzyma poziom. ale też w punkt zadane pytanie: „na ile ich [wokali] ekspresja faktycznie oddaje estetykę liryczną francuskiego poety?” [Rafał Kochan]. słuchając nagrania, jakoś nie mogę wyobrazić sobie prawdziwego Rimbauda. ani nawet jego portretu. coś się nie klei…

    jestem pod wrażeniem, jakie kwestie porusza Rafał Kochan. ciekawy sposób myślenia. naprawdę. bez lizodupstwa. 😉

  7. RIMBAUD wymiata! Bardzo dawno nie slyszalem tak intensywnej płyty! Intensywnej w sensie muzyki, brzmienia, przekazu …. Wszystko do siebie idealnie pasuje, wszystko sklada sie na te apokaliptyczne, mroczne wizje! Nie zgadzam sie absolutnie, ze warstwa tekstowa jest drugorzedna! Jest rownie wazna, jak sama muzyka! Mysle, ze Budzynki doskonale czuje tworczosc Rimbaud i doskonale oddaje jej klimat poprzez to, jak spiewa i co spiewa! „Tarczo wlochata … Armato … ” Juz po jednym przeslachaniu nie wyobrazalem sobie innych slow w tym miejscu … Trzeba naprawde wsluchac sie w teksty, w te wszystkie strzepy poezji, w te slowne repetycje, zeby obraz byl naprawde pelny. Bo choc mowimy o muzyce, to rownie wazne sa tu obrazy.

  8. @RobertK / tech-no-logic

    Nigdzie nie pisałem, że dla mnie warstwa tekstowa ma drugorzędną rolę na tej płycie. O jedynej „drugorzędności” pisałem w aspekcie stawiania przeze mnie pytania, które dotyczyło nie tyle samych tekstów, co adekwatności partii wokalnych, a raczej ich ekspresji w stosunku do „estetyki lirycznej francuskiego poety”.

css.php