Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

12.07.2012
czwartek

Późne osiemdziesiąte

12 lipca 2012, czwartek,

Miałem zespół. Najlepsza była (ośmielam się uznać) nazwa: Psujnerwy. Pisane razem, literami z heavymetalowego wzornika. Inspirowany Beastie Boys, Van Halenem, Venomem i jeszcze paroma wpływowymi zespołami. Ale nie brzmiał nigdy jak żaden z nich. Właściwie w ogóle nie brzmiał. Zespół istniał w drugiej połowie lat 80., nagrał kilka kaset, które później stały się rozchwytywanym przedmiotem fascynacji i obiektem żartów w liceum, do którego poszedł współtwórca kapeli, starszy ode mnie o trzy lata brat cioteczny. Ja miałem wówczas 12-13 lat, więc podchodziłem dość poważnie do swoich partii wokalnych, nagranych częściowo jeszcze przed mutacją (inspirowana wiadomo czym „Pieśń młodego Ewoka”), i konceptów w rodzaju utworu na brzęczyki akwariowe pod tytułem „Bitwa o Anglię” (nie wiedziałem wtedy o La Monte Youngu!) czy słuchowiska muzycznego „Jak myszy oszamały króla Popiela”. Potem wiek nieco nas rozdzielił, ja skoncentrowałem się a całe lata na słuchaniu muzyki, a mój brat cioteczny zaczął na poważnie grać w stylu Van Halen.

Piszę o tym, żeby podkreślić, że mam dużo wyrozumiałości dla półamatorskich zespołów z tego okresu. Wystarczyło choć trochę przypominać Van Halena, cedzić słowa jak Brian Johnson z AC/DC, mieć parę oryginalnych kaset zespołów metalowych i jeszcze jakiś miejscowy wzorzec (Oddział Zamknięty). Kopiowanie nie było uznawane za nic zdrożnego – chodziło właśnie o to, żeby jak najbardziej przypominać wzory z Zachodu. Dlatego również rozumiem Azyl P. Andrzeja Siewierskiego, grupę jednego przeboju, w najlepszym razie dwóch-trzech, której pierwsza studyjna płyta „Nalot” (Klub Płytowy Razem/Polskie Radio 1985/2012, 4/6) właśnie wyszła w reedycji nakładem Polskiego Radia. Album zestarzał się ogromnie – i brzmieniowo, i pod względem spojrzenia na rockową formę trąci myszą. Sama jakość nagrania szwankuje zarówno na oryginalnym albumie, jak i w dużo mocniejszych pod względem kompozytorskim bonusach (jest „Mała Maggie”, no, jeszcze nieco późniejszy „I znowu koncert”). I dla tych ostatnich warto tego posłuchać – mimo zastrzeżeń cieszę się, że album doczekał się kompaktowej reedycji. Pozwala ona potwierdzić tezę o tym, że nawet najczęściej słuchane piosenki lat 80. pamięta się po latach w wyidealizowanej formie – z „Małej Maggie” pamiętałem przebojową linię refrenu, ale już nie katastrofalne brzmienie. Na tym tle współczesne zespoły – a mam na świeżo ósemkę wczorajszego finału konkursu „Zrób Głośniej!”, w którym jurorowałem – naprawdę nie mają się czego wstydzić.

W tym samym czasie ukazała się (kolejna już) reedycja drugiej płyty Rezerwatu, „Serce” (Wifon 1987/Polskie Radio 2012, 5/10). Okres ten sam, stylistyka syntezatorowo-gitarowo, z płaczliwą manierą wokalną Andrzeja Adamiaka, która – choć dla mnie odstraszająca – była przecież bardzo charakterystyczna. Tu realizacja Rafała Paczkowskiego sprawdza się po latach całkiem nieźle, choć spodziewałem się, że nie będę w stanie tego słuchać. Brakowało wówczas na polskim rynku producentów, co świetnie słychać tutaj – nawet jeśli jest jako tako zbalansowane brzmienie, pod względem pomysłów dźwiękowych jest jednostajnie. Przyciąga kilka naprawdę niezłych piosenek, ale w rozdzierających wersjach Rezerwatu są kompletnie nie do zaakceptowania, „Zaopiekuj się mną” mogłoby być hitem pod każdą szerokością geograficzną, ale w tej stylistyce przekracza barierę kiczu z takim trzaskiem jak wojskowe odrzutowce barierę dźwięku.

I znów prawie ten sam moment w historii polskiego rocka – wznowienie „Mordoplanu” (Polskie Nagrania 1988/Rita Baum 2012, 5/10) Klausa Mit Focha, czyli kontynuacji zespołu Janerki bez Janerki. Pustka, jaka powstała w wyniku jego nieobecności, świeci jak lej po bombie pośrodku średnio oryginalnej (wbrew opinii pewnego krytyka przytaczanej w książeczce) nowofalowej zawartości muzycznej i bardzo jednostajnego tempa – w stosunku do wybitnej płyty „Klaus Mitffoch”. To, co zostało z dawnego Klausa, to kliniczne brzmienie perkusji Marka Puchały. Cała reszta udaje, że nic się nie stało, a trend obejmuje, mam wrażenie, również teksty, które są nieudaną podróbką liryki Lecha Janerki z kompletnie nieczytelnym dla mnie balansowaniem między powagą a żartem. O ile dobrze pamiętam, płyta spotkała się w swoim czasie z dość krytycznym, ale mimo wszystko jeszcze ciepłym odbiorem. I przy tym bym pozostał. Dodatek do archiwum. Żadnej z tych płyt nie jestem zresztą w stanie wysłuchać dziś od początku do końca bez zgrzytania zębami.

Zestawienie polskich piosenek wszech czasów Screenagers, o którym już parokrotnie wspominałem, proponuje zupełnie inne spojrzenie na drugą połowę lat 80. – przez pryzmat nagrań Anny Jurksztowicz i Papa Dance. Czyli tej kolorowej zasłony, którą kreował późny PRL, żeby się wydawało, że jest dobrze. Może i słusznie, ale przydałaby się seria porządnych wznowień również nagrań z tej sfery, przyzwoity remastering, bo wersje, które są dostępne, wymagają zaangażowania przy słuchaniu najgłębszych pokładów wyobraźni. W dostępnych edycjach z trudem w ogóle pozwalają na odbiór. Poza tym są skażone kompletnym lirycznym brakiem zaangażowania, są w porównaniu z każdą powyższych płyt (nawet Rezerwatu) wyabstrahowane z rzeczywistości – poza peweksowskim umeblowaniem zwrotek Jurksztowicz. Ale proszę pamiętać, że pisze te słowa współtwórca jednego z najgorszych zespołów tamtego okresu. Wiem, co to znaczy złe nagranie, ale z drugiej strony znam pewnie i smak frustracji, uczucia – mam nadzieję, że młodsi czytelnicy uwierzą mi na słowo – najbardziej powszechnego w późnych osiemdziesiątych.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Odnośnie Klausa.
    Ten krytyk to ten plastyk (P.J.) czy ten plastyk cytuje tam innego krytyka?
    I jeszcze za stroną „Rity Baum”: „Album ukazuje się w limitowanym nakładzie 500 egzemplarzy, z czego tylko 350 jest przeznaczonych do sprzedaży. (…) To pierwsze wydanie albumu na cd po 23 latach od rozwiązania grupy”. Dużo zgrzytania zębami nie będzie 😉

  2. To cytat z jeszcze innego krytyka. Tak czy owak te 350 egz. to i tak na korzyść kultury narodowej, przynajmniej jest okazja, żeby tego posłuchać.

  3. Mordoplan jest straszny, mam to na vinylu i tego nie da się słuchać, fakt istotny jest tu kontekst wybitnej jedynki ale to jest po prostu żadne imho są ważniejsze (nawet późniejsze) rzeczy do wznowienia

  4. Bylo nie bylo. channel ORANGE rzadzi, dzisiaj.

css.php