Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

11.08.2010
środa

Arcade Fire jako kanadyjski Pulp

11 sierpnia 2010, środa,

Polski podział na tych, co pod krzyżem, i tych, co z daleka, czeka na pierwszego wykonawcę, który podejmie trudny, ale nieprawdopodobnie ciekawy społecznie, wręcz rewolucyjny temat. Amerykańskie przedmieścia z ich lękami, chorymi ambicjami skazanymi na klęskę, bylejakością, szablonowością, tekturowością znalazły takich wykonawców sporo. Arcade Fire nie meldują się więc pierwsi na pustej ziemi, ale za to podchodzą do tematu – jak to oni – niesamowicie poważnie, dociążając go osobistymi przeżyciami Wina Butlera (i zapewne także jego brata Williama) i wyciskając do ostatniej kropli.

W zasadzie napisałem już krótką recenzję trzeciej płyty Arcade Fire na łamy „Polityki”, ale ukaże się ona (recenzja, płyta już jest) dopiero w przyszłą środę, a to jeden z takich albumów, nielicznych w ciągu całego roku, które wywołują dyskusję od razu. Status kanadyjskiej grupy jest taki, że teraz formują się dwa obozy: jeden odrzucający grupę (właściwie za cokolwiek – najczęściej za domniemane sprzedanie się), drugi – zmierzający w stronę dziennikarza z BBC, który ogłosił, że płyta detronizuje „OK Computer”. Nie będę polemizował z tym drugim skrajnym poglądem, bo nie ma płaszczyzny, na jakiej można by było sensownie porównywać te dwa albumy. Ciekawa jest pierwsza. Arcade Fire to zespół, który dojrzał błyskawicznie, pozornie konserwując wiele parametrów swojego stylu (emocjonalne wokale, symfoniczną oprawę, prostą budowę piosenek i dość bogatą instrumentację). Piszę „pozornie”, bo – co uważam za wielką zaletę – nie porzucając swoich cech wyróżniających zespół cały czas się zmienia. Na „The Suburbs” wydaje się znacznie bardziej powściągliwy niż na „Neon Bible” (należę do tych, którzy wyznają wyższość płyty „Funeral” nad dwójką), Butler zmienił nawet sposób śpiewania, mnóstwo jest nawiązań do lat 80., które kapitalnie komponują się ze wspomnieniami z dzieciństwa na przedmieściu – i to wszystko gra. Zarzuty dotyczące komercjalizacji można sobie zachować na jakieś hipotetyczne nowe czasy, kiedy zmęczony stadionem zespół zboczy na manowce jak ich starsi koledzy z U2.

Głowiłem się, pisząc tę krótką recenzję na łamy papierowej gazety, z czym najłatwiej zestawić twórczość Arcade Fire. Neil Young – wiadomo, epickie opowieści z życia Ameryki. David Bowie – wiadomo, nie dość, że fani, to jeszcze słychać to było nieźle w liniach wokalnych. Ale olśnieniem dla mnie są analogie do brytyjskiej grupy Pulp. Słychać je w niemal każdym aspekcie muzyki, jeśli oczywiście wziąć poprawkę na to, że AF to brzmienie z natury bardziej amerykańskie. Osłuchanie Butlera nie ustępuje temu, które prezentował zawsze Jarvis Cocker. Artystowskie zacięcie przy jednoczesnej postpunkowej prostocie… Damsko-męski skład, klawisze, dęciaki, skrzypce… A teraz dochodzi jeszcze ta obsesja przedmieść. I wizja kariery w stylu Pulp – to moja odpowiedź dla tych, którzy już wróżą koniec kariery AF – może mieć zastosowanie w tym wypadku. Wzloty, upadki – ale nigdy poniżej pewnego poziomu – i zaskoczenia w późnym „wieku” zespołu, a wreszcie świadome i dojrzałe panowanie nad swoją karierą. „The Suburbs” jest wystarczająco dojrzała, a zarazem chwyta jakiegoś ducha epoki, włącznie z wyblakłymi przebłyskami dzieciństwa słyszalnymi u artystów z różnych najmodniejszych nurtów (zwróćcie uwagę na _fanowskie_ wideo poniżej!). Ma coś, co sprawia, że nie trzeba wielu przesłuchań, żeby przestać sobie wyobrażać rok 2010 bez tej płyty. Jak dla mnie jest raczej powrotem do formy niż jej utratą, i może wcale nie być jeszcze szczytem ich możliwości. No ale tu kończy się dywagowanie o płycie, a zaczyna przepowiadanie przyszłości, w które możemy się równie dobrze zabawić w komentarzach.

ARCADE FIRE „The Suburbs”
Merge/Mercury 2010
9/10
Trzeba posłuchać:
jak leci.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 13

Dodaj komentarz »
  1. Mam jedno pytanie. Po czym poznać że wokalista jest osłuchany. Proszę o ewentualne wyjaśnienia na bazie Cocker’a, bowiem twórczość Pulp jest jednak bliższa mojemu sercu. Dzięki z góry.

  2. Chodzi o ogólne osłuchanie w muzyce. Jarvis Cocker, oprócz tego, że jest muzykiem, jest też fanem muzyki, kolekcjonerem, didżejem, prezenterem radiowym. Słowem: zbiera wpływy dość szeroko. Butler wygląda mi na podobny typ. A przynajmniej daje wyraz pewnemu osłuchaniu, np. w latach 80., na tej nowej płycie.
    W każdym razie nie chodziło mi w tym wypadku o dobry słuch.

  3. Aha! Czyli wszystko jasne. To co Jarvis Cocker robi w wolnym czasie można wyczytać. Ale bynajmniej nie w książeczce dołączonej do płyty, nie mówiąc już o tym że nie bardzo to słychać- chociaż głowy nie dam (tu jest punkt w którym oczekiwałem wyjaśnień). A to, że po Butlerze widać co ustawia sobie na półce w sypialni, to już całkiem w mojej głowie się nie mieści. To już prędzęj na płycie można usłyszeć. „Pomijając szablonowe typy i rożne inne ogólniki. Wróćmy do baranów: Cocker sam nie komponował w Pulp, więc gdzie to niby słychać po wokaliście że jest osłuchany o ile nie naśladuje czyjeś maniery wokalnej. Jarvis ma w sumie dość oryginalny wokal. O balecie nie wspominając. Stąd wniosek, że nie słychać co słyszał ale troche widać co widział i co przy okazji pewnie słyszał. Hmm… Czyli w kwestii tego Butlera trochę zjadłem ogon, ale dość tego bo gubię wątek.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. aj to taki dojrzały album..dopracowany, solidny i spójny (jezu kolejny dojrzały album AF yeah). tym razem bez skrzeków i krzyków butlera, śpiewa wręcz nudno, ale jest w tym coś fajnego (trójka najmocniej kojarzy się z bowiem – mi to daje dużo frajdy). teksty! zawsze ważne w przypadku AF, które spajają całość. świetna płyta (a bez fajerwerków i zwrotów stylistycznych)!

  6. recenzja i wnioski naprawdę interesujące.

    a tu proszę:

    krzyż stoi na gruncie Kancelarii Prezydenta, która może poprosić o interwencję Straż Miejską, nie musi rzeczywiście rozmawiać z fanatykami i zniżać się do tego poziomu. HGW ma wszelkie instrumenty prawne, jak w przykładzie pacyfikacji KDT. to władze muszą wykonywać prawo i dbać o porządek, nie JK, który może użyć tylko swojego wadliwego autorytetu, nie prawa, jest jedynie opozycją, nie władzą. dlaczego Miasto i Prezydent nie chcą przeprowadzić akcji do końca, jak ze wspomnianym KDT? boją się krzyża czy straty punktów w wyborach samorządowych i parlamentarnych? w KDT spacyfikowano nawet kobiety z dziećmi, bo takie było prawo. a przecież też 10000 obecnych na manifestacji przeciwników krzyża powinno dać do myślenia. chyba, że władzom nie spodobał się poziom tego elektoratu. jednocześnie wiadomo, że autorytet Kościoła w Polsce jest już rzeczywiście bardzo osłabiony (od dawna). może w istocie „jak jest krzyż, jest impreza”? naprawdę strasznie dziwne to wszystko, kuriozalne.

    nie wiem skąd ci ludzie biorą jeszcze tyle żaru na różnych forach? PiS i PO pokazują, że razem ze swoim jałowym, ambicjonalnym sporem nadają się do wystrzelenia w kosmos. obydwie partie są pomieszaniem pokazowych idei i czytelnego kunktatorstwa, przypominają naparzających się przedszkolaków. PO zwyciężyła nie dzięki świadomemu elektoratowi, ale ludziom, którzy są przeciwko PiSowi, nie mając najmniejszego pojęcia chociażby o programie PO. to jest modelowy przykład manipulacji tłumem (np. „Psychologia tłumu” Le Bona), którego ideą jest tylko: jesteśmy przeciwko. o ten procent elektoratu „dbają” różne media. PiS zapędził się w kozi róg – nawet gdyby wygrał nadchodzące wybory parlamentarne, zostanie osamotniony, przy mocno okrzepłym układzie procentowym głosów Polaków. uniemożliwia to jakąkolwiek możliwość właściwego zarządzania państwem.

    jestem zniesmaczona, że takie ugrupowania są (były czy mogą być) menadżerami Polski. to jakieś jajka, nie kierowanie ponad 40 milionowym społeczeństwem.

  7. akurat dziś miałem odsłuch „this is hardcore”/ „the suburbs” , porównanie AF/Pulp do głowy by mi nie przyszło. przede wszystkim AF są strasznie serio, a Pulp to była wieczna zabawa konwencją i puszczanie oka do słuchacza. może to nie jest jakiś muzyczny argument, ale jakże istotny. Pulp to Roxy Music lat 90-tych, w AF słyszę wpływy folku i Spingsteenowej estetyki. naprawdę nie widzę aż tak wielu punktów stycznych, nawet użycie elementów orkiestracji jest inne i z innych źródeł raczej. nie wiem, mi się to nie klei

    a co do albumu – ani to lepsze ani gorsze od Neon Blible, podobnie jak ty najbardziej poważam debiut, potem jest już tylko przyzwoicie (inna sprawa że ten zespół ma zdolność wywoływania skrajnych emocji u słuchaczy, od pogardy do bezrefleksyjnego uwielbienia)

  8. @pszemcio –> Zestawiać z „This Is Hardcore” bym nie próbował, to dla mnie mało reprezentatywna próbka. Ale już „Different Class” sam słucham w tej chwili, żeby wyłapać analogie i wyobrażam sobie, jak by to brzmiało w wykonaniu AF 🙂 Niby bezpośredniego związku nie ma, ale podobnie jak tamci na skraj egzaltacji wydobyli rzeczone Roxy Music, tak Pulp przetwarzali Springsteena. Wspólny korzeń mają na etapie Bowiego. To też coś. Poza tym kapitalne zespoły koncertowe jak na takie bandy jajogłowych. AF na koncercie też łapie dystans – o wiele większy moim zdaniem niż na studyjnych albumach. Chociaż – tu się zgadzam – wciąż jeszcze daleko od Pulp pod względem poczucia humoru. A zatem istnienia pewnych analogii, równoległości życiorysów, bym się trzymał, choć nie posunę się do obrony krzyża w tym względzie.

  9. Piszę tu, bo o Arcade Fire, ale też trochę na temat formatów.
    Lata temu kupowałem kasety (został dobry magnetofon), później płytę CD (dobry kompakt), a od kilku lat też winyle (inwestycja w gramofon). I jak teraz wychodzi Arcade Fire, to mam straszny zgryz – NA CZYM to kupić?
    Więc na razie przesłuchałem dwa razy Suburbia z pirackich flaków i dojrzewam do decyzji – kompakt, czy winyl.
    Co ciekawe, w wałbrzyskim empiku płyta jest sprowadzana na zamówienia! Nr 1 w tylu krajach, a u nas spod lady.

  10. To dość tragiczna diagnoza polskiego rynku płytowego.
    A propos – winyl podobno pięknie wydany. No i zawiera kupon z kodem do darmowego ściągnięcia mp3. 🙂

  11. w empiku zwrot ‚na zamówienie’ zazwyczaj oznacza ‚płyty w tej chwili nie ma na stanie w salonie bo zostały wykupione/brak dostawy/czekamy na dostawę/nie było automatycznego zamównia [dodatkowego] na salon a nasz kierownik działa opieszale. to ‚zamówienie’ to ściągnięcie z innego salonu z polski. małe salony dostają znikome ilości (1 – 5 sztk) premierowych płyt ‚alternatywnych’ (inaczej jeśli okaże się że była sprzedaż…po 2 tyg.). a arcade fire dla statystycznego klienta empiku jest raczej nieznany.
    sprzedaż muzyki w empikach jest strasznie słaba, wręcz nieopłacalna prawie, już od jakiekoś czasu słychać głosy, że ten dział zlikwidują.
    to tyle o ‚pełnej kulturze’.
    suburbs nadal słucham i cały czas daje radę. jak puściłam funeral to zupełnie inny rodzaj emocji, niezaprzeczalnie najlepsza ich rzecz, ale kurde, to teraz mój ulubiony ‚mainstreamowy’ już zespół 😛 a ich koncert transmiotwany z NY (pocięty na yt) robi smaka – zabawa, taniec i z przymrużeniem oka ale jak trzeba to i odpowiedni nastórj zrobią! win jest najprzystojnieszym&najfajniejszym rockmanem!
    uff..

  12. a jeszcze to ‚zamówinie’ oznacza też – zamawiamy ze strony www w pana imieniu teraz lub może pan zrobić to w domu i odbiera pan u nas w salonie czyli przesyłka za free…wyczerpany temat 🙂

  13. Nowe płyty National i Arcade Fire sprawiają, że czuję się starym, zgorzkniałym fanem rockowych brzmień. Polscy spece od alternatywy z wiadomych serwisów wyszukują swoich nowych herosów piętnując wszystko co gitarowe i wyżej na Pitchforku ocenione od Toro, budując swoje gry słowne z przekładów zagranicznych serwisów, a tutaj taka miła odmiana. Nie napiszę, że mam podobne przemyślenia co do płyty. Ona po prostu mi się podoba. Gratulacje za fajny tekst. Wielką siła tego albumu jest spójna różnorodność i odłożenie do kąta wcześniejszego, antemicznego patosu.

  14. Pingback: Polifonia » Archiwum bloga » 33 płyty roku 2010

css.php