Niebezpieczny poziom
Ilekroć słuchałem ostatnio nowej płyty Eiko Ishibashi na słuchawkach, tylekroć musiałem poświadczać, że tak, owszem, zgadzam się na podwyższenie głośności powyżej bezpiecznego poziomu. Bezpieczne poziomy głośności mają to do siebie, że nie dotyczą Japończyków. Ci od noise’u zepsują Wam słuch bez względu na ustawienia, a ci od piosenek go nigdy nie nadwereżą (o bliskości jednych i drugich świadczy natomiast fakt, że Ishibashi ma na koncie współpracę z Merzbowem). Piszę z taką pewnością, ale tegoroczna próbka jest przecież ograniczona i należą do niej Eiko Ishibashi oraz prawie anagramowo nazywająca się Ichiko Aoba, które nowe płyty opublikowały w odstępie miesiąca. Same autorki dzieli kilkanaście lat – pokolenie, różni je też podstawowy nurt, w którym ucieka ich piosenka: w wypadku Aoby zbaczamy w stronę folku, u Ishibashi mamy raczej rejony jazzu. Mimo to zostaje ogólne wrażenie muzyki pełnej delikatności, cichej, niby łatwej, a jednak wymagającej uwagi.
Ishibashi i Aoba to opowieść o muzyce pop z innego świata, spranej całkiem z wyścigu na głośność i atrakcyjność. Słuchając Luminescent Creatures, niedawnego albumu tej drugiej, miałem wrażenie, że ktoś tu przeszarżował z delikatnością i że nie jestem w stanie słuchać ciągiem więcej niż kilku utworów, zanim nie zacznę oczekiwać mocniejszych bodźców. Prawdopodobnie słuchanie mocno skompresowanej i intensywnej muzyki tak bardzo zmieniło moją percepcję w tej dziedzinie jak odbiór mediów społecznościowych zepsuł uwagę. Na nowym albumie Aoba ciągle prowadzi melodie na podobieństwo japońskiej muzyki ilustracyjnej z gier i anime, ze studiem Ghibli jako jasnym i nieukrywanym punktem odniesienia (przebojowe Tower brzmi jak wyjęte z jednego z soundtracków). Jest przy okazji coś fantazyjnego w utworach autorki Windswept Adan, choć najbardziej odrealnione, ambientowo-folkowe 24° 3′ 27.0″ N, 123° 47′ 7.5″ E okazuje się jedynym w zestawie utworem tradycyjnym. Cała reszta – już mniej amorficzna – to kompozycje autorki, która jest przy okazji multiinstrumentalistką i wokalistką. Aranżacje, bardziej minimalistyczne niż na poprzednim albumie, wydają się zarazem bardziej kruche, jak gdyby ta inspirowana morskim archipelagiem i nurkowaniem opowieść była skomponowana z piany morskiej. Jeden ruch i cała ta misternie zbudowana atmosfera pryska, wszystko znika.
No właśnie. Pitchfork Aobę zestawił właśnie razem z Lady Gagą w tym samym podsumowaniu najlepszych (jak dotąd) płyt roku. Nie pasują do siebie w ogóle, a w tym zestawieniu już wyjątkowo: wydaje się, że startują nie tylko w innych gatunkach muzycznych, ale wręcz w innych dziedzinach sztuki. Gaga nagrała jedną z najlepszych płyt w życiorysie, wtórną, ale momentami niezłą muzykę towarzyszącą, do tańca czy do prowadzenia samochodu. Aobę nawet szum elektryka zagłuszy, spalinowca w kontekście tej ekologicznej muzyki nawet sobie nie wyobrażam, a z tańców to raczej bezruch dance. Ten współczesny japoński art-pop – choć znajdziecie przy nim często etykietkę ambient – jest po prostu ukrycie absorbujący. To jedna z najbardziej nieznoszących dźwiękowej konkurencji muzycznych sfer.
Także w wypadku Ishibashi, która z kolei niby usypia, ale za to zmienia akordy jak najęta, zwodzi, nie pozwala muzyce odpłynąć w tło, odbiera sens jej biernego odbioru, utyka setki drobnych szczegółów aranżacyjnych w coś, co wydaje się dużo większym zaskoczeniem w jej dorobku niż Luminescent Creatures w dyskografii młodszej koleżanki. Antigone jest – mówiąc wprost – najbardziej przystępną jak dotąd propozycją Ishibashi, która wydaje się jakby uskrzydlona popularnością soundtracku do filmu Drive My Car. Nowy album Japonka nagrała zresztą w podobnym do znanego z muzyki do filmu Hamaguchiego składzie, tyle że nieco poszerzonym w sekcjach smyczkowej i dętej (wspaniale grającej w wyróżniającym się przy pierwszym odsłuchu utworze Mona Lisa), ciągle po producencką opieką swojego życiowego partnera, Jima O’Rourke’a. Słychać tego ostatniego szczególnie w budowaniu napięcia repetycjami wyjętymi jakby żywce z minimal music (tu choćby w The Model). Ale cały album, promowany singlem Coma i spuentowany balladowym utworem tytułowym wydaje się czarnym koniem różnego typu kolejnych zestawień. I złodziejem uwagi, który przestaje znaczyć cokolwiek, zepchnięty do roli muzyki tła. Jego autorka odbyła ostatnio trasę koncertową z wykonywaną na żywo muzyką do Zła nie ma. Trudno uwierzyć, że można takie know-how przekuć w piosenkową formułę, ale wszystko wskazuje na to, że z tym mamy do czynienia.
EIKO ISHIBASHI Antigone, Drag City 2025
ICHIKO AOBA Luminescent Creatures, Hermine 2025