Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

10.12.2020
czwartek

Nowa muzyka saloonowa

10 grudnia 2020, czwartek,

Chyba każdy szanujący się gatunek ma już jakąś kosmiczną albo psychodeliczną wersję. Albo chociaż wersję ambientową. Każdy naturalnie rozwijający się i żywy nurt – tym się niestety różni na przykład disco polo od country, przynajmniej na razie, że to drugie obrosło w różne artystyczne prądy. Pisałem jakiś czas temu o tym kosmicznym, przy okazji kompilacji Wayfaring Strangers wytwórni Numero. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że „Cosmic American Music” – jak to nazywają twórcy składanki –  mogło być nurtem aż tak szerokim. Dziś oczywiście łączenie country czy folku z syntezatorami i psychodelią to działanie na pograniczu banału. Ale to, co w ostatnich tygodniach wydarzyło się wokół ambientowego country, to jakiś wysyp kreatywności, którego nie można tak zostawić. Tym bardziej że prowadzi go niezwykle udany album – z tych, co to pewnie w poważnych plebiscytach przebiją się w okolice czołówki roku. A, zaraz! Tu szybki rzut oka na „poważne plebiscyty”. Nie, nie przebił się! A to szkoda. Będzie więcej dla nas. 

Trudno pewnie wylecieć w kosmos starym pickupem albo drewnianą rakietą na paliwie z gnojówki. Chyba że mamy czarną dziurę za ścianą, jak w filmie Interstellar. Ale country ma swój odpowiednik syntezatora – elektryczną gitarę hawajską. Ten stosunkowo młody instrument, niewiele starszy od takiego choćby MiniMooga, ma swój rozpoznawalny i kojarzony z country charakter brzmieniowy, ale zarazem szerokie możliwości związane z modulacją tej barwy. No i zmusza gitarzystę do grania w pozycji klawiszowca, więc i postawa podobna. A dobrze wykorzystany potrafi ekspediować w najbardziej zaskakujące kierunki. W wypadku duetu North Americans (Patrick McDermott na gitarze akustycznej i Barry Walker na pedal steel guitar, czyli elektrycznej hawajskiej) jest to kierunek szlachetnego, minimalistycznego ambientu, który – jeśli zwrócicie uwagę na to, co leci (w końcu ambient – wszelkie sposoby słuchania są uprawnione), bardzo zmienia perspektywę. Od strony takiego Greetings from a Distant Friend stylistyka Floydów tuż po rozstaniu z Barrettem staje się nagle zaskakująco bliska country. W Run Down subtelnie wprowadzona harfa Mary Lattimore zamienia prosty, leniwy countrowy jam w rodzaj nieziemskiego impresjonizmu dźwiękowego.  W Rivers That You Cannot See jesteśmy bliżej korzeni, ale w Memory of Lunch dzięki gościnnemu wejściu trzeciego gitarzysty, znanego ze składu Lambchop i solowych dokonań Williama Tylera z jego chropowatymi barwami, brodzimy już w świecie dronów. Ale najbardziej klasyczną, pocztówkową wizją stylistyki North Americans wydaje się American Dipper. Z tą płytą jest jak z krajobrazem – to, co na horyzoncie, wydaje się tylko namalowaną na niebie dekoracją, dopóki się nie zbliżycie na tyle, żeby poczuć wymiar i masę. Ciężar gatunkowy tego, co zrobili twórcy Roped In, też tak ma.

NORTH AMERICANS Roped In, Third Man 2020, 8/10 

Sam William Tyler jak zwykle nie próżnował – opublikował muzykę do dobrze ocenianego filmu First Cow o chińskim kucharzu i grupie traperów z Oregonu, napisaną jeszcze w ubiegłym roku. Ale w marcu, wraz z lockdownem, wrócił do Nashville, by – jak pisze – być bliżej swoich rodziców. Wrócił zarazem do świata dzieciństwa, posłuchał starych kaset i przeniósł się w czasy nieco innego odbioru brzmienia, z szumem i zniekształceniami, a przy tym cykadami za oknem nierzadko zagłuszającymi muzykę. Miało to wpływ na charakter nagrań na niedługiej płycie New Vanitas. Oczywiście solowej. 

Z Tylerem jest tu trochę tak, jak gdyby grał nie przy otwartym oknie na amerykańskim Południu, ale na zagraconym strychu, a może i w starej fabryce, wśród rezonujących blach. Muzyka wydaje się, jak na niego, dość surowa, a przy tym bardzo zbrudzona, ale brzmi stopniowo – im bliżej końca – coraz atrakcyjniej.  Wyróżnia się Four Corners z automatem perkusyjnym. Ale warto polecieć dalej, bo 12-minutowe Slow Night’s Static to fantastyczna rzecz już zdecydowanie w nurcie ambientu, dużo lepsza niż ten bardziej banalny początek płyty.

WILLIAM TYLER New Vanitas, Merge 2020, 7-8/10

Najbardziej otwarcie ambientowa z całej trójki jest jednak płyta nowojorskiego kwartetu Jonathana Gregga, Gary’ego Leiba, Boba Holmesa i Pata Irwina. Już samo pochodzenie składu SUSS, który nagrywa dla nowojorskiej wytwórni Northern Spy, określa jego pozycję. Jesteśmy tu już o dobre kilka parseków od Nashville, unosimy się swobodnie w kosmosie, a brzmienie wypreparowuje ze stylistyki country głównie ową elektryczną gitarę hawajską i dodaje elementy z kręgu instrumentów klawiszowych, a nawet syntetycznych. To taka salonowa wariacja na temat country, w której więcej jest już Satiego niż Casha, ale przede wszystkim – która leci w kosmos, gdzieś w ślad psychodelii lat 60., ale też minimalizmu syntezatorowego kolejnej dekady. Nie jest to podróż przebiegająca w szybkim tempie, nie należy też do najbardziej nieprzewidywalnych. W najlepszym na płycie finałowym utworze Nightlight znajdziemy się najbliżej Kraftwerk, jak tylko można się znaleźć, jeśli się nie porzuci do końca estetyki country i pozostanie sobą. 

SUSS Promise, Northern Spy 2020, 6-7/10 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php