Czas wyprowadzić hip hop spod klosza

Dyskusja o seksizmie w polskich tekstach hiphopowych? To skomplikowane. Przynajmniej z mojej perspektywy. W ciągu niewiele ponad tygodnia najpierw zostałem zrugany przez fanpage Krytyka Holistyczna za to, że podobnie jak inni recenzenci nie podejmuję w recenzjach wątków mizoginii i homofobii w polskim hip hopie, po czym oberwałem od serwisu Newonce właśnie za to, że je podjąłem, atakując zjawisko w zasadzie niegroźne. Kalinowski spakietował mnie w nim z Krytyką, ale też, o dziwo, z Przemkiem Guldą i Filipem Szałaskiem (który w wywiadzie dla Screenagers ostatnio uznał, że gdybym nagle umarł, to i tak nie polepszyłoby to sytuacji polskiej krytyki muzycznej – w czym mu wierzę, bo bywa, że się zgadzamy). Nieco wcześniej raper Sokół – jeden z bohaterów dyskusji – zwrócił mi dyplomatycznie uwagę, że z tym swoim idealizmem to muszę chyba żyć pod kloszem genderyzmu, savoir-vivre’u i poprawności politycznej. Zostałem więc trochę wywołany do odpowiedzi, choć ostrzał wygląda na groźny, bo prowadzony z dużą przypadkowością.

Zaczęło się od owej, tajemniczej dość, Krytyki Holistycznej, która przejechała się po wyimkach z tekstów Tedego, O.S.T.R.-a i Sokoła, zarzucając im bardzo dużo (choć wprowadzając pewne niuanse) i rzucając wspomniane wyżej wyzwanie, które podchwyciłem, odpisując, że uwagi są cenne, bo w polskiej krytyce często ceni się Sokoła czy O.S.T.R.-a już choćby za to, że nie zejdą w seksizmie na poziom Firmy czy Popka. Dodałem, że podejmuję wyzwanie i warto coś zrobić, żeby to zmienić. Co może się udać, jeśli wpis Krytyki uwrażliwi na ton hip hopu także specjalistów od tej muzyki i część publiczności, która konwencję (a wiele z tego, co zacytowała KH, to żelazna konwencja gatunkowa) kupuje czasem bez większej refleksji.

Nieco później ukazał się w „Czasie Kultury” tekst Filipa Szałaska o nowej płycie Sokoła – na tle m.in. O.S.T.R.-a i Tedego. Tekst miał znamiona polemiki z Krytyką, dość, jak przystało na autora, erudycyjnej i dygresyjnej. Część argumentów do mnie przemawia, a część nie. Jak to w życiu – nie ma na to jednego emotikonu (kto by się zresztą twardo opowiadał, jeśli nagła śmierć leży w polu rozważań).

Pojawił się też ostry ton, strzał ze śrutówki właściwie, Przemka Guldy z „Gazety Wyborczej” w sprawie płyty duetu PRO8L3M: Czuję się bardzo niefajnie z tym, że firma, dla której pracuję od dekad i która wydaje gazetę, której „nie jest wszystko jedno”, opublikowała dziś płytę jednego z najbardziej mizoginistycznych zespołów w Polsce, grupy która na swoim poprzednim albumie miała piosenkę jawnie nawołującą do gwałtu i gloryfikującą go, duetu którego członkowie na kobiety nie mówią w piosenkach inaczej niż „dupy” albo „kurwy”. To stanowisko uznaję z kolei za wyrażone w dobrej wierze i doceniam odwagę (pracodawca, jakkolwiek na to spojrzeć!), ale przestrzelone. Sam w recenzji nowej płyty Pro8l3mu wyraziłem swoje znudzenie ich konwencją, ale też zrozumienie dla tej konwencji, stałej w ich wypadku filmowości albumu – bo to nie oni są bohaterami tej historii i do niczego nie zachęcają wprost, prędzej już pozwalają na drobne filmowe katharsis klasie średniej. Mam więc wrażenie, że tutaj znaleźli się zdolni panowie z PRO8L3Mu pod ostrzałem też trochę przypadkowo.

Nie minęły trzy strzały znikąd i trafiłem na cel serwisu Newonce, do linkowanego już wyżej tekstu – jako ten autor z „Polityki” co to przyklaskuje fanpejdżom i Przemkowi Guldzie. Wprawdzie nie przyklaskiwałem wszystkim, tylko jednemu (KH), i w jednej, bardzo precyzyjnej sprawie, która mnie dotyczyła, ale znalazłem się w pakiecie tych autorów o różnorodnych poglądach, którzy – jedni ostrzej, drudzy słabiej (pozdrawiam wszystkich mimo różnic) – ośmielili się zaatakować podstawę rapu (podstawę, bez której – dodajmy – rap radził sobie przez pierwsze lata, ale to już szczegół). Choć skomplikowanie natury ludzkiej powoduje, że nie zajmuję się w życiu tylko klaskaniem i akurat w tej sprawie, jak zresztą wszyscy wymienieni, mam osobny i własny pogląd. Jasno go wyraziłem w komentarzu na KH: dobrze, że zaczęliśmy tę dyskusję, a teraz bierzmy ten argument pod uwagę w recenzjach. A to, co mógłbym powiedzieć artystom, można sprowadzić do następującego apelu: piszcie po prostu dobre teksty, w których o coś chodzi, a suka i dupa mają uzasadnienie inne niż tylko popisy przed gimnazjalistami albo przypadkowy rym.

Filip Kalinowski z Newonce zagroził jednak – w dużym skrócie – nadejściem Nowego wspaniałego świata z Huxleya, jeśli nie damy się zdrowo i szczerze wypowiedzieć raperom. Ocenę seksizmu w tekstach Pro8l3mu (jeszcze raz podkreślam: moim zdaniem są dość przypadkowymi bohaterami tej afery) pozostawił bliskiej współpracowniczce tej formacji, która przy okazji zapewniła, że chłopaki są grzeczni na co dzień. Dbają też o parytety, czemu mogę generalnie przyklasnąć. Mnie tam w ogóle ani przez sekundę nie trzeba było przekonywać. Ale rozumiem, co się za takimi deklaracjami kryje: jeśli nas, twórców hh, rozlicza się dziś z tego, jak mówimy, to za moment zaczną się czepiać tego, jak się zachowujemy. Taki rodzaj strachów i przewrażliwienia ery #metoo.

Mnie w oczywisty sposób nie chodziło o rozliczanie raperów z tego, jak się zwracają do swojego otoczenia. Co więcej, podejrzewam, że od samego początku tej dyskusji nikomu z biorących w niej udział – zaryzykuję – nie chodziło nawet o ograniczanie wolności wypowiedzi. To nie ten problem. Nie zauważyłem zresztą, żeby ktoś odbierał wolność wypowiedzi Popkowi z jego pizdą nad głową, ani nawet małolatom, którzy uczą młodszych małolatów tego jakże kształcącego refrenu znanego jak Polska długa i szeroka. Pod jednym względem z Filipem Kalinowskim się zgadzam – że przesada i wprowadzanie w tej artystycznej dziedzinie ograniczeń to zło. Tylko kto to zaproponował? Jesteśmy na razie kilometry od przesady, dopiero zaczęliśmy rozmowę. A prowadzimy ją w czasach, gdy naklejkę „Parental Advisory Explicit Content” w rapie nosi się z dumą jak order. A dodatkowo w kraju, gdzie nikt nie każe tego naklejać, artyści robią to z własnej woli. Nie mam pojęcia, dlaczego Kalinowski uważa, że to, kiedy różnorakie wytwory artystyczne zaczną być stemplowane hasłem Politically Corrected, wydaje się być jedynie kwestią czasu. Rynek już dawno zajął stanowisko w tej sprawie: explicit się sprzedaje, a nie politically corected. Rozmawiamy w tygodniu, gdy duża wytwórnia z namaszczeniem ogłasza premierę klipu rapowego na Pornhubie. I w czasach, kiedy wciąż mizoginia bywa w Polsce – jak zauważył Szałasek – dźwignią handlu.

Znów zacznę od „mnie”, ale to po to, by podkreślić, że poza pakietem jesteśmy jednostkami, które mają własny pogląd na sprawę. Otóż mnie tu chodzi właśnie raczej o wolność… oceniającego. Prawo do powiedzenia, w którym momencie wersy z sukami albo pedałami są jego zdaniem tylko tanim sposobem na wyciągnięcie od tych małolatów kasy, bez jakiejś dodanej wartości mocnej metafory, bez dowcipu czy choćby dystansu, względnie literackiego ciężaru. Powtarzanymi jak mantra, żeby tylko szacunek na youtube’owej dzielni nie zniknął, bo jak zniknie, to będzie bieda. Bo czasem także w rapie sprawdza się memiczne zawołanie, że niby Smarzowski, a trochę jednak Vega. Tylko o to mi chodzi – o ocenianie hh na podobnych z grubsza zasadach, jakie stosuje się do innych tekstów kultury. Właśnie dlatego, że jest już dużym chłopcem (co zgrabnie autor Newonce udowadnia) – i same uwagi z tekstu KH dotyczyły, proszę zauważyć, grupy starszaków polskiego rapu.

Dobrą metaforą całego problemu byłby ten transparent powieszony ostatnio na Legii. Jeśli nie pamiętacie, przypomnę: Warszawa wolna od pedalstwa. Wybuchła po nim dyskusja, w której nie chodzi tylko o piętnowanie idiotycznego pomysłu, co obrońcy „wolności słowa” zaczęliby przerywać „dość tej politycznej poprawności” albo „taka kibicowska konwencja”. Otóż ja raczej szanuję tych, którzy nie boją się odezwać w tej sprawie w krytycznym tonie, a raczej nie szanuję tych, którzy przekalkulowali swoją pozycję dziennikarzy sportowych albo kibiców z sąsiedniej ławki i postanowili siedzieć cicho. W tym sensie – tak, Gulda, Szałasek i Krytyka Holistyczna, którzy się odezwali, są pod tym względem w porządku, choć mamy różnice stanowisk. Skąd się wziął nagle taki podział? Oczywiście są dwie możliwe wersje. Pierwsza to perspektywa wewnętrzna: pretensje do hh mają ci, którzy go nie opisują na co dzień (w podtekście – znają się na nim słabiej), a bronią go ci, którzy stale pisują o rapie. Druga to perspektywa zewnętrzna: pretensje do hh mają ci, którzy nie są od niego w żaden sposób zależni, bronią go ci, którzy z jakichś powodów jadą na tym samym wózku. A jest to wózek fałszywie undergroundowy – od paru lat wiemy, że doszło w Polsce do rynkowych przewartościowań i hip hop nie jest w żadnym razie podziemiem, tylko gatunkiem rynkowo dominującym, wyznaczającym ton, a nie przeciwstawiającym się lub dostosowującym się do panującego tonu. I jako taki musi być przygotowany i otwarty na krytykę. Pod tym względem (co pokazywał kolejny wątek dyskusji, bodaj na FB fight!susan) okazało się obie strony – także Kalinowski – są w stanie się zgodzić.

A teraz ten z szanownych polskich twórców hip hopu, wychowanych w twardej i szczerej konwencji, kto chciałby do dyskusji dołączyć, niech zamiast tego napisze kawałek o tym, jakimi idiotami są ci „twardziele”, którzy w roku 2019 transparentem skrojonym na szablonie rodem z brunatnej propagandy wyrzucają homoseksualistów z miasta. Albo opisze kobietę w trzech wersach, nie używając ani razu słowa dupa (wiem, są tacy, ale staram się tu lecieć bez nazwisk). Może już czas wyprowadzić spod klosza hip hop? Czasem trzeba się narazić własnej publiczności, a zgodzić z tymi, z którymi zwykle się polemizuje. Czasem trzeba przyjąć perspektywę kogoś, kim się nie jest – nie czekając na głosy ze strony środowisk LGBT czy kobiet. Co proponuję jako ten, który naraził się już pewnie większości zainteresowanych.