Rynek muzyczny dalej w górę, co może mieć bolesne skutki

Światowy rynek muzyczny dalej się podnosi. Powoli, ale w rosnącym tempie – już nie 3,2 proc. w górę, jak przed rokiem, tylko 5,9 proc. na plusie w ciągu roku 2016, jak mówią opublikowane właśnie dane IFPI.* Ostatni raz takie wzrosty notowano 20 lat, choć wtedy wartość całego rynku była wielokrotnie wyższa. Dokładnie połowa wpływów pochodzi dziś ze sprzedaży cyfrowej (coraz mniej ściągnięć, coraz więcej streamingu), przychody z tytułu sprzedaży fizycznych nośników (winyl nie został oddzielnie wyszczególniony, choć wiemy, że akurat tu rośnie) stale maleją – w zeszłym roku o 7,6 proc. Choć są kraje – ważne przykłady to Japonia i Niemcy – gdzie przywiązanie do nośnika jest znacznie wyższe. Przychody ze streamingu wzrosły na całym świecie o 60,4 proc., w dużej mierze dzięki płatnym subskrypcjom, na które zdecydowało się już 112 milionów osób na świecie. Dlaczego zatem sytuacja jest tak niebezpieczna, skoro jest coraz lepiej?

Przede wszystkim w tym, co mówili dziś podczas światowej konferencji IFPI szefowie dużych koncernów muzycznych, ciągle słychać ślady dużej niepewności. Opowiadają o możliwościach, jakie stwarza dystrybucja cyfrowa (Michael Nash z Universalu wskazywał nowe formy konsumpcji poza płytą długogrającą i piosenką, czyli bliżej nieokreślone formy audiowizualne albo VR), z uznaniem rozprawiają o fanowskich akcjach w serwisach społecznościowych (Stu Bergen z Warnera podawał przykłady hashtagów poświęconych Edowi Sheeranowi w różnych krajach), a wreszcie odnotowują fenomen hitów, które w świecie streamingu mogą się narodzić dosłownie wszędzie (znów Stu Bergen), konkludując, że mamy szeroki dostęp do muzyki dobrej jakości. I w tej konkluzji słowo „jakość” pojawiło się po raz pierwszy. Częściej – jak to zwykle przy okazji biznesowych raportów – padały słowa „konsumpcja” i „konsumenci”, zwykle połączone z nowymi sferami, w których muzykę można sprzedawać – np. bezpośrednio na poszczególne urządzenia. W opublikowanym jednocześnie raporcie (Global Music Report 2017 – dane dostępne na stronie IFPI) znalazły się wszystkie powyższe cyfry i kilka ciekawych tabelek przedstawiających te konsumenckie zachowania w stosunku do poszczególnych gwiazd:

ifpi2017

Cała ta niepewność, o której wspomniałem, ma dość głębokie uzasadnienie: wzrosty sprzedaży muzyki w streamingu nie będą trwały w nieskończoność, bo albo rynek abonamentowy się nasyci, albo artyści będą mieli dość niejasnego systemu wypłat honorariów – czy wręcz opóźnień w ich wypłacie. A co wtedy zostanie przemysłowi muzycznemu? Gwiazdy lat 60. zdążą wymrzeć, wszystkie reedycje winylowe i kompaktowe płyt z lat 70. zdążą czterokrotnie zawalić rynek, gwiazdy MTV z lat 80. ograniczać będą jeszcze bardziej działalność koncertową i wydawniczą. I pozostanie pytanie, gdzie następni. A na to pytanie może nie odpowiedzieć – jak widać z powyższej tabelki – jednorazowy sukces w cyfrze. Bo może odpowiedzią na wzrosty na rynku powinna być inwestycja w artystów, zamiast w sposoby dystrybucji? Powrót do źródeł, do sytuacji sprzed pół wieku?

Wywieszanie flagi „Misja zakończona” byłoby największym możliwym błędem – komentuje dane Michael Nash, specjalista od strategii cyfrowych w Universalu. Ma rację. Dobrą odpowiedzią na te jego słowa jest duecik, który wywindował aż dwie piosenki do tabelkowej pierwszej dziesiątki najchętniej odtwarzanych cyfrowych singli w roku 2016: The Chainsmokers. Nie znacie? To posłuchajcie, na YouTube singlowe Closer ma 1,5 mld odsłon (tak, w miliardach – jesteśmy w krainie wielkich liczb):

Sytuacja byłaby zabawna, gdyby nie była poważna. Piosenka brzmi, jak gdyby chłopaki skleili ją w 30 minut z motywów i barw demo jakiegoś współczesnego keyboarda. Ma teledysk przypominający reklamówki biur podróży, z „przebłyskiem kreatywności” w postaci wykorzystanego pliku zdjęć zrobionych jakimś modnym Instaxem i namazanymi na ekranie (co dalej modne i ułatwia przyswojenie prostej liryki) grafomańskimi linijkami tekstu, który dodatkowo zawiera kryptoreklamę (So baby pull me closer / On the back seat of your Rover) – bo jedyny komunikat, który młody odbiorca tego nagrania pochłania razem z nim, to zachęta do zakupu samochodu marki Range Rover i aparatu fotograficznego Fujifilm Instax Wide 300. Obejrzyjcie do końca. Poważnie, słuchacze The Chainsmokers, co z tego zapamiętaliście? Klikacie na słabą reklamówkę.

Dwaj cwaniacy, którzy stworzyli utwór, to didżeje Andrew Taggart (27 lat) i Alex Pall (31 lat). I zgadnijcie, co się stało dalej… Columbia właśnie wydała im dużą płytę. Co zrozumiałe o tyle, że inwestuje się w hity sezonu. Ale co potwierdza, że branża muzyczna niewiele się w trakcie tego wieloletniego kryzysu nauczyła. W szczególności nie nauczyła się inwestować w jakość, podążać za decyzjami zdolnych producentów, menedżerów, kreatorów, wyszukiwać osobowości, prowokować i stawiać publiczności jakieś wyzwania. Taka była, a przynajmniej bywała Columbia w latach 60. Najwięksi sceptycy nie zaprzeczą. Mechanizm streamingowy jest mechanizmem – prędzej da się z jego pomocą ukręcić bańkę ekonomiczną niż ulepić osobowość. Ilustracją tego są The Chainsmokers. Świetnie wykorzystują barwowe i dynamiczne możliwości głośników we współczesnych smartfonach – ta atłasowa średnica, głębokie basy, przejrzyste wysokie tony.

Ciekawie to doświadczenie brzmi w powiązaniu z taką formacją jak Coldplay – znaną z choćby deklaratywnego przywiązania do jakości. Członkowie tej brytyjskiej grupy wzięli udział w nagraniu Something Just Like This, przyduszonego brzmieniowo singla o finezji cepa, i jedyne, czym mogę to sobie wytłumaczyć, to fakt, że nie znali być może słynnego powiedzenia o muchach. Albo są aż tak bardzo zdeterminowani. Albo ich management ma gdzieś myślenie w kategoriach dalszej perspektywy. Albo wreszcie – że wytwórnia płytowa postanowiła eksperymentalnie skrzyżować bohaterów tabelki po lewej stronie (autorzy jednego z najlepiej sprzedających się albumów, czyli bohaterowie twardego muzycznego elektoratu) z bohaterami z prawej (szybki i spektakularny sukces w streamingu). W każdym razie debiutancki album The Chainsmokers zrobił na mnie wrażenie wydmuszki, która jest uosobieniem realnych problemów, jakie przeżywa przemysł muzyczny: budowania na doraźności, bez patrzenia dalszą perspektywą, fascynacji badaniami i statystyką, a do tego schlebiania najtańszej walucie internetu, czyli lajkom.

Za 10 lat płyta zatytułowana – nomen omen – Memories… Do Not Open duetu The Chainsmokers będzie tak potrzebna i tak szeroko wspominana jak 30 lat temu debiut Ricka Astleya czy debiut Britney Spears niecałe dwie dekady temu. Poza tym, że oczywiście zestarzeje się znacznie gorzej, bo przynosi nieporównywalnie bardziej wysilony i mizerny kompozytorsko repertuar niż tamte albumy. I jeśli za 10 lat, gdy skończą się wzrostowe trendy streamingu, a sensownych pieniędzy – poza reklamowymi – nie da się z niego wydłubać, raporty IFPI znów mogą być mniej pocieszające. O ile jeszcze cała organizacja nie będzie mało znaczącą przybudówką zrzeszenia telekomów i producentów urządzeń mobilnych, którzy wykupią nie same koncerny, tylko ich cyfrowe kanały dystrybucji. Bo stawiając na innowacyjne metody dystrybucji i powiększając zespoły o analityków rynku cyfrowego, duże wytwórnie stawiają na The Chainsmokers.

THE CHAINSMOKERS Memories… Do Not Open, Disruptor/Columbia 2017, 2/10

* International Federation of the Phonographic Industry