Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

25.02.2013
poniedziałek

6 powrotów Rodrigueza

25 lutego 2013, poniedziałek,

Koledzy narzekają na Oscary. Nie moja bajka, ale muszę przyznać, że nie było tak dobrej piosenki z Bonda od prawie 50 lat, a dla odkrycia Sixto Rodrigueza przez reżysera filmu „Sugar Man” oczywiście warto przymknąć oko na przewidywalność tych nagród. Warto jednak również przypomnieć, że ten powrót filmowy nie jest jedynym w historii amerykańskiego barda z Detroit. Ba, nie jest nawet drugim i trzecim. Cały pożytek z przemysłu filmowego polega więc na tym, że dopiero ten oscarowy come back przynosi niezłym piosenkom, jakie pisał i nagrywał na początku lat 70., światową popularność.

Powrót 1. Najważniejsze przemilczenie filmu Malika Bendjelloula, bez którego jednak (tu rozgrzeszam reżysera) nie dałoby się zbudować takiej dramaturgii – czyli fakt, że główny bohater zaliczył już wcześniej jeden triumfalny come back – pod koniec lat 70. w Australii, gdzie nagrał płytę koncertową „Alive”. Wszystko wskazuje na to, że jego sława w Australii i Nowej Zelandii nie była w latach 70. dużo mniejsza niż ta w RPA. Koncertował m.in. w towarzystwie grupy Midnight Oil.

Powrót 2. Wielki powrót w RPA relacjonowany w filmie to – nie zapominajmy – już rok 1998. To wtedy Rodrigueza sprowadzono do Południowej Afryki i wtedy nagrano kolejny album koncertowy, z którego zysk wpływał już po bożemu na konto artysty. Popularności w USA ciągle nie było, ale w tym miejscu kończy się romantyczny mit faceta od rozbiórki domów. Jak mówił później w wywiadzie dla pisma „Alarm”: I wrote 29 tunes back then and thanks to the South Africans, I’m finally making a living..
(Napisałem wtedy 29 piosenek, a dzięki mieszkańcom RPA w końcu zarabiam nimi na życie.)

Powrót 3. Niezłomny poszukiwacz ciekawych staroci David Holmes – przy okazji twórca soundtracków do serii „Ocean’s 11” – wydaje w 2002 roku, na fali popularności filmu Soderbergha, świetnie ocenianą i wielokrotnie recenzowaną kompilację „Come Get It I Got It”. „Sugar Man” Rodrigueza ją otwiera, ale statusu artysty meksykańskiego pochodzenia na Zachodzie to nie zmienia.

Powrót 4. W roku 2006 do kin wchodzi film „Candy” z Heathem Ledgerem, który otwiera [EDIT: tu są wątpliwości – komentarze sugerują, że jednak nie rozpoczyna, ale nie mam filmu pod ręką – bch] ta sama piosenka Rodrigueza. Niestety, film zdobywa wprawdzie parę nagród (w tym za oryginalną muzykę), ale nie polepsza statusu wokalisty.

Powrót 5. Mała wytwórnia Light In The Attic specjalizująca się w muzycznych starociach wydaje w 2009 roku reedycje dwóch płyt studyjnych Rodrigueza i jak zwykle w wypadku swojego katalogu odnosi, powiedzmy, umiarkowany sukces. W wywiadzie udzielonym Robowi Hughesowi (ale nigdzie wówczas nieopublikowanym, co świadczy o podejściu mediów do Rodrigueza w roku 2009 – do zlokalizowania przez Rocksbackpages) bohater „Sugar Mana” mówi tak:
I still feel like I’m not worthy. Everything’s happening, but I asked for it and I wanted it. And here it is. It’s groovy. Things are really taking off. I’m kind of curious to see how it’s going to work out. I mean, I did one recent gig and just 75 people showed. It’s not like I’m knocking them dead just yet!

Powrót 6. Czyli wszystkie dotychczasowe działania przyciągnęły na koncert w USA 75 osób? Spokojnie, Oscar tę publiczność przemnoży, w skali światowej pewnie przez co najmniej 10 tysięcy, o ile znam się na rzeczy. Nawet w Polsce mamy już płytę – kompilację „Searching For Sugar Man” z podtytułem (nieco mylącym) „All Songs By Rodriguez”. To muzyka z filmu opublikowana przez koncern Sony z małym znaczkiem wytwórni Light In The Attic, dla której ten moment jest szczególny. Sam widziałem stosy winyli z dwiema reedycjami LITA w Niemczech, sprzedają się jak świeże bułeczki po 25 euro. A to dopiero początek. Wreszcie zacna firma ze Seattle, która od lat konsekwentnie wydaje reedycje takich właśnie zapomnianych artystów (polecam rzut oka na katalog – paru innych Rodriguezów się tu znajdzie!).

O innych fascynujących historiach zagubionych muzyków już w środę w papierowej „Polityce”.

RODRIGUEZ „Searching For Sugar Man – Original Motion Picture Soundtrack”
Light In The Attic/Sony 2013
Trzeba posłuchać: żelazne klasyki pod numerami 1-6.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 15

Dodaj komentarz »
  1. Na pańską dziennikarską rzetelność można zawsze liczyć!

  2. Film „Candy” otwiera wykonanie piosenki „Song to the Siren”.

  3. „muszę przyznać, że nie było tak dobrej piosenki z Bonda od prawie 50 lat” – podzielam w zupełności. Ale za nisko Bartku oceniłeś sam film 🙁

    A propos zapomnianych, kiedy film o Billu Fayu? Tweedy by gadał, a moment świetny, bo w tamtym roku wydał uroczą płytę. A sam Rodriguez mnie nie porywa, choć ma swój urok. Związany głównie z okresem, w jakim pisał te pieśni.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @hmmm –> Dzięki za uwagę, sprawdzę, gdzie to dokładnie było w filmie – na razie zaznaczyłem w tekście wątpliwość.

    @Kamil –> Prócz Billa Faya są jeszcze m.in. Karen Dalton i Michael Chapman (tu by gadał Thurston Moore), przydałby się też film o Catherine Christer Hennix, ale tutaj takiego ludzkiego zrywu nie będzie. Przy okazji: Rodriguez koncertował z Chapmanem w zeszłym roku: http://blogs.seattleweekly.com/reverb/10YearAnniversary_Web.jpg
    Co do Bonda – jak już wspomniałem, nie podobał mi się ten ostatni film, ale w tej materii to ja sam do siebie nie miałbym zaufania… 😉

  6. Jeszcze troche o

    Tak sie skonczyl rok z „Searching for Sugar Man”, czyli po 30 roznych nagrodach ukoronowany Oskarem a rezyser Malik Bendjelloul entuzjastycznie przyjety w Hollywood.
    Sixto Rodriguez bohater dokumentu Malika Bendjelloula nie przybyl do Dolby Theatre w Hollywoodzie. Wystepowal w RPA.
    W Detroit, w Motor City, jak nazywa sie to miasto, w pubie Old Miami bylo odbylo sie party na czesc Sixto Rodrigueza. Nie obylo sie bez butelek szampana w tym przedziwnym pubie, ktory jest niejako kwintensencja miasta Detroit. Typowy dive bar, stol bilardowy, jukebox a takze egzotyczni goscie – podstarzali hippies, weterani wietnamscy. Przy pubie przybity szyld: Hue 45 km, Khe Sanh 120 km, Saigon 400 km.
    To bylo srodowisko Sixto Rodrigueza. Detroit po swoich licznych przemianach, mniej lub bardziej tragicznych – zamieszki rasowe 1967 r wowczas zginelo 40 osob. Przestepstwa kryminalne, narkotyki, bezrobocie, bezdomni….85 % Detroit to Afroamerykanie. Kiedys John Lee Hooker spiewal: My hometown burning’ down to the ground/Worser than Vietnam („Motor City is burning”). Druga strona Detroit to muzyka owiana juz nostalgia z czasow swietnosci Tamla Motown, kiedy miescilo sie w garazu na West Grand Boulevard i jej wielkie gwiazdy: The Supremes, Stevie Wonder, Temptations, Marvin Gaye, Michael Jackson. Obecnie muzeum Hitsville USA.
    Sixto Rodriguez debiutowal w 1967 z SP „I´ll slip away” a juz w 1970 wydaje „Cold Fact” (Sussex Records). I w nastepnym roku „Coming from Reality”. W RPA byl glosem przeciw aprtheidowi, chociaz nie byl swiadom tego.
    Ja rowniez przypomnialem o Rodriguezie, kiedy wlasnie David Holmes dj-hipster wydal ow mixalbum i wlasnie z Rodriguezem w akompaniamencie syntezatorow. Byl rok 2002.
    Rodiguez nagral utwor z orkiestra ale bez wiekszego sukcesu. Rzeczywiscie, jak pisze Gospodarz, Sixto Rodriguez byl odkrywany wielokrotnie i to na rozny sposob i w roznych miejscach. Np w 1998 nagrywal w Szwecji z tutejszymi muzykami. Wczesniej Australia 1979 i RPA 1998. Byl nawet krotki film w poszukiwaniu Rodrigueza Justina Cohena „Looking for Jesus” (2002).
    W latach 2008 i 2009 reedycje jego wspomnianych wyzej dwoch albumow. Wowczas to zaczal sie boom w Szwecji na jego albumy az po dzisiaj – 40 pozycja na rynku. Z kolei soundtrack zajmuje 5 pozycje. Napisal niewiele uwtorow, co nie oznacza ze ma w zanadrzu wiele innych, jak oswiadczyl gazecie szwedzkiej. Rodriguez nie cierpi promocji wlasnych plyt i odmawia uczestnictwa w release-party. Przypomina nieco artystow jak
    Richie Havens, Jose Feliciano, Bill Withers, Tim Hardin czy Cat Stevens.
    Jak mozna bylo zauwazyc tworczosc Rodrigueza jest bardziej znana z roznych soundtrackow, anizeli wydan typowych albumow autorskich. Tu jest wielkie zamieszanie.
    Jego pierwsze albumy roznia sie bardzo. Juz pierwszy singel z r. 1967 pod pseudonimem Rod Riguez jest niezwykle trudny do zdobycia ale latwy do znalezienia na Yotube. I mozna zrazu uslyszec artyste na pograniczu muzyki soul i folk. I tak do dzisiaj.
    Mial szczescie Rodriguez do producentow z Detroit czyli Mike’ a Theodore i Dennisa
    Coffeya, ktorzy nie zrazili sie do Sixto Rodrigueza i jego „dziwnych” manier. Muzyk jest bardzo trudny do wspolpracy, wystepuje w malych klubach plecami odwrocony do publicznosci, w studio najlatwiej mu udawalo sie nagrywac samemu bez towarzystwa innych muzykow. Pozniej reszte roboty wykonywali producenci wypelniajac innymi istrumentami. Byc moze dlatego utwory rodrigueza sa krotkie i bezposrednie. Z kolei aranzacje zajmuja wiele czasu.
    Kiedy sie oglada film „Searching for Sugar Man” ma sie wrazenie, ze jest ciagle to samo tworzywo muzyczne Sixto Rodrigueza. Pare utworow z Australii 1977 r. Pozniej powrot do Detroit i jego producentow Theodore & Coffey. Nieco bardziej luksusowe, bardziej swingujace, anizeli na albumach debiutanckich. I znowu pojawia sie nowe nagranie z jego singla z 1967 r.
    Historia Sixto Rodrigueza jest o wiele bardziej prosta w filmie.

  7. Oczywiscie….Karen DALTON nr 1 do przypomnienia. Pamietam niegdys spotkanie w jakims klubie sztokholmskim z Michaelem Langiem (promocja ksiazki-wspomnienie o Woodstock), ktory tak zywo o niej opowiadal. Mam w domu dwa jej pierwsze albumy.

  8. Dzięki Bartek za nazwiska, bo nie wydaje mi się, żebym wcześniej natknął się na nie. Z chęcią sobie posprawdzam.

    A „Casino Royale” Ci się podobało? Dla mnie najlepszy Bond movie ever.

  9. Pan Bartek z przyczajki siepnął intrygujący tekst, jakby omijając meandry mainstreamu;) przejrzałem katalog labela – bardzo ciekawe wydawnictwa. do obowiązkowego poszperania. dzieny! 🙂

  10. @Kamil –> „Casino Royale” świetne. Tu się spotykamy – ja bardzo lubię tę nową odsłonę serii, ale ostatni był trochę za bardzo „okolicznościowy”, poukładany pod rocznicę. 🙂

    @Sosnowski –> Dzięki!

  11. Super. Wiesz co dobre 🙂

  12. a tak przechodząc obok, pomiędzy Atoms For Peace, a elektroniką wyraźniej brzmiącą, jakby ten sam rodzaj emocji w kreacji dźwięku, a jednak co najmniej jedno oczko wyżej:

    Mano Le Tough – Changing Days (2013 Permanent Vacation)

    bynajmniej nie umniejszając Rodriguezowi 🙂

  13. Kilka tygodni temu William Basinski wspomniał, że słucha m.in. „Searching for Sugar Man”.
    http://www.nowamuzyka.pl/2013/01/16/3-pytania-william-basinski/

  14. ?
    William Basinski…..? sluchal Rodrigueza, so what?

  15. 😉
    i jeszcze dwojka do przypomnienia: GENYA RAVAN (Lodzianka) i CHUCK E.WEISS
    https://www.youtube.com/watch?v=RlQ-ZUmJ3KY

  16. Myślę, że to idealny wpis, aby go w tym miejscu podlinkować. Kolejna część moich odkryć związanych z RPA. Tym razem z mocnym akcentem z Polski. Polecam sprawdzić.
    http://www.nowamuzyka.pl/2013/05/25/eksperymentalne-oblicze-rpa-czesc-dziewiata/

css.php