Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

20.02.2013
środa

Bomba Thoma?

20 lutego 2013, środa,

Co nowego zrobił Thom Yorke? Co w jego towarzystwie robi Flea (a raczej: co w ogóle robi na tej płycie?). No i wreszcie: co robił producent Nigel Godrich przez dwa lata, rzeźbiąc materiał na pierwszy album grupy Atoms For Peace, dla której Yorke chwilowo (zaraz wraca) porzucił Radiohead? Dziś wyjątkowo awansem o płycie, na którą z niecierpliwością czekałem i która ukaże się w poniedziałek, ale przecieka i się streamuje (słowo tygodnia) od ładnych paru dni, zbierając skrajne opinie.

Wśród takich jak ja, którzy nie mieli okazji zobaczyć Yorke’a z Fleą na scenie, sporo wątpliwości budzi oczywiście sama ta współpraca. Dość, przyznajmy, mało istotna z punktu widzenia albumu. Flea wraz z całym zespołem (który obejmuje jeszcze – dodajmy dla porządku – perkusistów Joeya Waronkera i Mauro Refosco) zamknęli się w studiu po trasie promującej solówkę Yorke’a „The Eraser” i jammowali przez trzy dni. Jasne, w trzy dni powstawały wielkie albumy z historii rocka, a i niejeden jazzowy, z „Bitches Brew” Milesa Davisa na czele (też później długo montowany przez słynnego Teo Macero – ale jednak miesiące, nie lata). Ale uwaga na temat tego, że wynieśli ze studia „tony materiału” w kontekście ostatecznego kształtu płyty wydaje mi się kompletnie niepotrzebna. Flea trochę pograł, owszem, ale ostatecznie wykorzystano tego niewiele i mam wrażenie, że Godrich wyedytował do wersji finalnej więcej swoich partii gitarowych w stylistyce Adriana Belew, perkusistów – to akurat było do przewidzenia – traktując już w ogóle jako coś pomiędzy sidemanami a źródłem sampli. Najbliższe takiemu swobodnemu kombinowaniu w wersji (strzelam) najbardziej surowej wydaje się „Stuck Together Pieces”.

Właśnie do ogólnej idei, o której mówił Yorke w rozmowie z Davidem Fricke, czyli stworzenia muzyki zacierającej granice między żywym graniem i programowaniem, mam najwięcej zastrzeżeń. Po wszystkich doświadczeniach z nu-jazzem, który nagrywał sesje świetnych sidemanów, a potem szatkował je do nieprzytomności, po Innerzone Orchestra Carla Craiga, wczesnej Cinematic Orchestra i wydawnictwach z The Blue Series taka próba wydaje mi się już niepotrzebna. Owszem, tamci celowali inaczej stylistycznie, ale używali podobnych metod. Ba, nawet grupa Radiohead zrobiła dużo, by te granice między człowiekiem a maszyną rozmyć, a dziś Flying Lotus swoją edycją sesji z żywymi muzykami robi to tak skutecznie, że trudno z nim rywalizować. Jeśli siedzieli więc dwa lata, to ze skutkiem dalekim od wstrząsającego dla historii muzyki.

Za to najmniej zastrzeżeń mam do samych utworów – w większości przyjemnych i nietracących po wielu przesłuchaniach, świetnie opracowanych wokalach, miękkich i niemal gospelowych, różniących się od już dość manierycznych jęków na ostatnim Radiohead. Różnice między żywym graniem a komputerem i syntetycznymi barwami nie nadają się może na obiekt detektywistycznych poszukiwań, za to nieźle bronią przed nudą już-już dopadającą słuchacza w takich momentach jak „Dropped” albo „Reverse Running” (raz z odsieczą przychodzi czysta energia zespołowego grania, innym razem – studyjne manipulacje). Bomba atomowa to nie jest, ale ładna płyta, moim zdaniem ciekawsza i głębsza niż „The King of Limbs”. Co z pewnością – poprzez rozbudzone ambicje kolegów – przysłuży się nowej płycie Radiohead.

I jeszcze jedno: nie mogę się powstrzymać przed odnotowaniem ciekawego epilogu sprawy odejścia Radiohead z wielkiej wytwórni. Nagrywali oto dla Parlophone należącego do koncernu EMI, który to koncern został rozparcelowany między większych – część kupił Universal, część Warner, ale generalnie przekazywany z rąk do rąk katalog zacnego Parlophone w tym całym transferze wydaje się dziś siłą mniejszą niż rosnący jak bańka na giełdzie XL Recordings, który po dwóch latach olbrzymiego interesu z Adele jest w sytuacji niezwykle trudnej – będzie musiał co chwila udowadniać światu, że wciąż jest alternatywną wytwórnią, a nie nowobogackim koncernem. Zarówno Atoms For Peace, jak i Radiohead, przemawiają dziś do ludzi z pozycji czołowych artystów z XL.

ATOMS FOR PEACE
„Amok”

XL Recordings 2013
Trzeba posłuchać: „Default”, „Stuck Together Pieces”, „Judge Jury and Executioner”.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. Najbardziej zaskoczyli mnie cytatem z „The Guns Of Brixton” (-:
    Trochę dłużej niż z Rolling Stonem Yorke pogadał z Resident Advisor:
    http://www.residentadvisor.net/feature.aspx?1781
    Poza kulisami „Amok”, ciekawe fragmenty o didżejskich początkach Yorke’a i awersji do rave.

  2. A jak u Ciebie Bartku stoją płyty Radiohead przed Kings i In Rainbows? Wiadomo, że nie szalejesz za nimi i ogólnie trochę Ci się rozminęły drogi z zespołem (ja podchodzę bardziej entuzjastycznie, obie powyższe bardzo lubię). Ciekawi mnie szczególnie Amensiac, bo Kid A inaczej niż ty oceniać nie można 🙂

    Ciekawe, co może Yorke pokazać z zespołem, bo zrelaksowane i przyjemne (choć jak mówisz, dalekie od rewolucji) Amok sugeruje, że baterie ma naładowane i jest gotowy do cięższej pracy. Trochę muzyka rockowa cierpi ostatnio na deficyt wielkich wizji, więc przydałoby się, żeby chłopaki bardziej pokombinowali.

  3. @Kamil –> Ja ich naprawdę bardzo lubię – do „Hail to the Thief” prawie bezkrytycznie. „Amnesiac” niemal na równi z „Kid A”. „OK Computer” właściwie nie słucham, ale kiedy ostatnio słuchałem, to uwielbiałem. Ale tutaj jest tyle wersji, ilu słuchaczy, mało kto chyba neguje po całości 🙂

    @Mariusz –> Najbardziej podoba mi się w tej rozmowie M.I.A. mówiąca o tym, że „dubstep is fucking finished”. Moim zdaniem głupio to brzmi w ustach kogoś, kto się skończył zanim jeszcze dubstep się na dobre rozkręcił.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. A to dobrze. Też rzadko słucham Ok Computer, ale odświeżanie jest eventem. I z Amnesiacem prawda. Zresztą dobrze to pokazuje przykład jazzmanów, z którego okresu najwięcej kawałków coverują itd. (świetny artykuł o tym – http://jazztimes.com/articles/20174-radiohead-s-jazz-frequencies). Z tym „The Guns of Brixton” to nie zauważyłem. Brawa dla Mariusza za czujność 😛

    Z tą M.I.A. Bartku to dobry pojazd heh I jakże trafny. Kala jej szczyt i koniec.

  6. Na razie miałem okazję przesłuchać tylko dwa razy, ale jestem mile zaskoczony.
    Ja zwróciłem uwagę głównie na świetnie brzmiące syntezatory pojawiające się na tej płycie. A co do granic pomiędzy żywym graniem a programowaniem, to miałem kilka razy zagwozdkę gdzie Ci perkusiści się podziali, bo rytmika i jej brzmienie momentami sprawia wrażenie żywcem wyciętej z Autechre .
    No i też jestem zdania, że jest to dużo ciekawszy materiał od ostatniej płyty Radiohead.
    Ps: To chyba najbardziej progresywny materiał jaki kiedykolwiek nagrał Fle’a 🙂

  7. Szwedzkie GRAMMIS13— o godz. 20.00 zakonczyla sie 30 gala Grammis /Sztokholm
    __________________________________

    zadnych nowosci, pewni kandydaci w kazdej kategorii; najwiecej, bo az 4 Grammis zdobyl duet FIRST AID KIT (m.in. album „The Lion´s Roar); debiutant roku imprezy) zdobyly panienki z ICONA POP – GOAT z „World Music” -byl w tej kategorii. Byla tez kategoria inowator roku (Spotify 200.000 skr) Sebastian Ingrosso & Alesso Djs; video roku Christian Larsson /Sigur Rós „Valtari”; hard rock/metal Graveyard; muz.klasyczna: Anne sofie von Otter „Sogno Barocco”: jazz: Neneh Cherry & the Thing „The Cherry thing”

    PS. dzieki @kol.Sosnowskiemu za polecenie mi Nicole Willis, rzeczywiscie wspaniala!!!

  8. Z wczorajszego (19.02) koncertu BETH HART/Sztokholm, Nalen

    http://www.youtube.com/watch?v=RkoCGxGl1M0

  9. „Ps: To chyba najbardziej progresywny materiał jaki kiedykolwiek nagrał Fle’a ”

    To samo sobie wczoraj pomyslałem, tzn. dawno Flea nie miał takiej szansy na no dobre recenzje. Trochę mniej podchodziłem do KOL niz do poprzednich dokonań i myślałem że w zasadzie nowe twory Thoma juz na mnie nie zadziałają, a tu proszę, dwa kawałki AFP przesłuchane na Spotify mnie zauroczyły. Poziom solówki Thoma, a może nawet lepiej.

css.php