Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

6.03.2017
poniedziałek

Heroina pamięci

6 marca 2017, poniedziałek,

Po poprzednim wpisie rozgorzała (oczywiście na Facebooku) dyskusja na temat Trainspotting. Kino jest w końcu najważniejszą ze sztuk, co zresztą widać przy okazji na najnowszym OLiS-ie, gdzie trzy z czterech najlepiej sprzedających się płyt zawierają muzykę filmową, czyli są ciągnięte przez filmy, kolejno: Ciemniejszą stronę Greya, ostatnią Bridget Jones i La La Land. Nie zdążyłem nic powiedzieć w sprawie samego filmu T2 Trainspotting, który opowiada losy bohaterów po 20 latach. Ale oczywiście poszedłem go zobaczyć, bo z perspektywy czasu (dałem temu wyraz ostatnio na antenie radiowej) zaczął mi się mylić z Human Traffic. Przypomniałem sobie więc fabułę oryginału i nie zobaczyłem wiele nowego, choć dowcipy z bractwem miłośników 1690 roku przednie, muszę przyznać – nie spoiluję, choć Krzysztof Varga to zrobił dość brutalnie ku chwale swojego niezłego skądinąd tekstu w „Newsweeku”. Zobaczyłem natomiast jedną genialną scenę opowiadającą w parominutowym skrócie losy sceny muzycznej AD 2017 i bez wielkich spoilerów mogę o niej wspomnieć.

trainspotting_gaga

Chodzi o sekwencję w wielkim klubie, gdzie bawi się międzynarodowa młodzież – jacyś grzeczni edynburscy studenci, pewnie z programów europejskich, plus niedobitki miejscowych. Dyskoteka jest spora, tłum imponujący, ale didżej nie gra jakiejś aktualnie modnej muzyki, jak w roku 1996. Didżej zapodaje na całą moc głośników Radio Ga-Ga grupy Queen. A cała młodzież pląsa i śpiewa jak w zbiorowym karaoke. Niby nic zdrożnego, dobry singlowy przebój z „ejtisów”. Ale ta scena, pokazana z taką ironią, jak Danny Boyle potrafi, jest dość druzgocącym obrazkowym skrótem naszej retromanii. Lubię w takich sytuacjach stosować porównania skali czasowej, więc dodam, że gdyby tak miała wyglądać impreza w klubie w Trainspotting AD 1996, to jej muzycznymi bohaterami musieliby być Beatlesi, najpóźniej z okresu A Hard Day’s Night. A każdy, kto oryginał pamięta, musi przyznać, że niełatwo było to sobie wtedy wyobrazić. Soundtrack nowej części jest zresztą w 3/4 nostalgiczną podróżą w przeszłość, niejednokrotnie dawniejszą niż rok 1996. Oryginalny już przynosił starsze piosenki, ale prowadziła go w miarę bieżących zjawisk typu Underworld, Blur, Primal Scream czy Pulp. Tutaj tych naprawdę nowych (Young Fathers, Wolf Alice) jest mniej i mają mniejsze znaczenie.

Sam nowy film ma sens głównie jako jedna wielka przenośnia wspominkowości naszej kultury. Oglądamy tu grupę czterech dorosłych facetów, którzy niby zniszczyli sobie młodość ćpając heroinę, a mimo to wspomnienia z tej młodości są zasadniczo jedynym motywatorem w ich dojrzałym życiu, właściwie nawet jedyną wartością, jaką mają. Wspomnienia są ich nową heroiną.

Zaraz, a czy właściwie tylko dla nich wspomnienia są heroiną? Bo moim zdaniem jest to towar powszechny, tani, w pierwszych działkach nawet darmowy, a w pewnych środowiskach – biorąc pod uwagę przewagę komemoracji nad kreacją – obowiązkowy. Jedni upijają się dawnymi dziejami Brytanii (1690, że tak przypomnę, ciągle nie spoilując), inni wciągają nosem historie o żołnierzach z lasu. A wszyscy razem zaciągają się ejtisami, gdy tylko nadarzy się okazja. Znów odwołam się do nowego Baumana, a właściwie do Wojciecha Burszty relacjonującego tę ostatnią książkę filozofa. Bo do Reynoldsa już nie muszę. Jedne z najbardziej interesujących płyt ostatnich miesięcy – czy to William Basinski, czy The Magnetic Fields – ponownie przynoszą różne odmiany tej heroiny przenoszących nas w spokojną, bo unieruchomioną już przeszłość, którą żyją wspólnie i młodzi, i starzy. Tak jak to Radio Ga Ga na ekranie.

Często zdarza mi się dobierać płyty pod temat główny notki. Teraz miałem więc wyjątkowo duży wybór, ale ponieważ nie zdążyłem jeszcze napisać o Nothing Feels Natural amerykańskiej grupy Priests, wypada to zrobić, bo choć zespół jest oczywiście wtórny i gra wersję retro post punka, to wśród takich wersji znalazłby się bardzo wysoko, może nawet w okolicach formacji Protomartyr, a to proszę traktować jako komplement. Co nie znaczy, że to dokładnie taka wizja przeszłości. W utworze tytułowym (od którego zacząć warto) mamy na przykład podążają tropem The Sugarcubes, dodając do tego The Cure i gitary rodem z Throwing Muses. I jeszcze co nieco energii grup z okolic riot grrrls, co przypomina mi, że Priests to zespół płciowych parytetów, 2+2. Gdzie indziej słychać to Patti Smith, to znów funkującą grupę ESG, co nie dziwi szczególnie, biorąc pod uwagę fakt, że Priests mieli już nawet okazję grać przed ESG. Piosenki z debiutanckiego albumu przynoszą dość urozmaicone aranże – saksofon towarzyszy nam już w pierwszym utworze, pełnym desperacji Appropriate, ale zarazem wszystko grane jest dość surowo, z dobrym wyczuciem, jeśli chodzi o balans między czystą nostalgią i wkładem współczesnym oraz chwytliwe fragmenty i gitarowe dysonanse. Płyty słucha się z czasem coraz lepiej, a biorąc pod uwagę głosy, że podobno Priests dobrze wypadają na żywo, zdecydowanie oczekuję ich wizyty na Off Festivalu.

Więcej w muzyce Priests nowej fali niż punk rocka, ale dziś nie mogę się powstrzymać od punkowej w charakterze uwagi ogólnej: hasło No Future w kulturze nigdy nie było tak aktualne.

PRIESTS Nothing Feels Natural, Sister Polygon 2017, 7-8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Bardzo lubię tę tematykę. Retromania nie jest dla mnie aż tak negatywnym zjawiskiem. Moim zdaniem w XX wieku kultura i popkultura była tak produktywna i różnorodna, tak błyskawicznie się rozwijała i rozgałęziała, że tzw. ludzkość nie zdążyła jej porządnie przetrawić. Teraz jest idealny moment – szczególnie biorąc pod uwagę dość łatwy dostęp do większości płyt/filmów/książek – żeby wreszcie to wszystko przerobić i czegoś się nauczyć (jeśli chodzi o ramy czasowe, gdzieś tak, powiedzmy, do „Kid A”, który był trochę jakby wstępem do czegoś, co nie nadeszło). Powiedziałbym nawet, że to powinien być dopiero pierwszy etap takiej idealnej retromanii. Wiem jednak, że tak naprawdę retromania to m.in. symptom pewnego kryzysu oraz wielki biznes, jak w przemyśle modowym, który cyklicznie odgrzewa dekady 60-90. Dawniej każda epoka trwała minimum 100 lat, w XX wieku 10, więc to, co się teraz dzieje, jest może całkiem naturalne? A przyszłość, jak wiadomo, zawsze trzeba wymyślić. W tej chwili chyba nikt nie ma na to pomysłu, bo pod wieloma względami teraźniejszość to zły sen, z którego nie da się wybudzić / ślepa uliczka, z której nie da się wyjść.

  2. A nowy Sun Kil Moon? Nie widziałem recenzji, a ciekawym co myślisz. A English Tapas – palce lizać

  3. : )

    Nowa aplikacja muzyczna
    https://amuse.io/
    Polecam!

css.php