Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

8.03.2016
wtorek

Lista przebojów lutego, cz. 2

8 marca 2016, wtorek,

Ilu trzeba użyć kabli, żeby nie było słychać, że kable były w użyciu? Jak nowoczesną technologię wykorzystać, żeby się wyswobodzić z ograniczeń technologicznych? Cyzelować w komputerze, obrabiać sample, czy może wykonać na żywo utwory na bazie partii zaprogramowanych wcześniej w sekwencerze? Czy jest sens pisać w tradycyjny sposób utwory elektroniczne, czy powstaną jako efekt zastosowania metody prób i błędów, względnie – miesięcy edycji? A może po prostu wszystkie z powyższych? Jeszcze trzy lutowe premiery, które pokazują, że nie ma jednej muzyki elektronicznej.

1. Meeting By Chance Koi z płyty Inside Out
Utwór, który brzmi jak zagubiona kompozycja z najwcześniejszych sesji Skalpela, a jednocześnie ma lekkość charakterystyczną dla całej najnowszej płyty Marcina Cichego nagrywającego jako Meeting By Chance. Album ukazał się bez wielkiego szumu medialnego w połowie lutego i przynosi bardzo spójną całość muzyczną, która – gdyby była smakiem – miałaby cechy umami, czyli piątego smaku, odkrytego dzięki uporowi Japończyków. Na to skojarzenie mogą mieć wpływ głosy dwóch Japonek, Ayuko i Mayuko, które zostały tu wplecione w postaci bardzo delikatnych wokaliz, szeptów, ech (trzeci głos to polska wokalistka Magda). Ale umami byłoby tu przede wszystkim odpowiednikiem muzyki ładnej, miłej w odbiorze, pełnej delikatnych barw. Marzycielskie melodie rozpływają się w pogłosach na lekkich, przejrzyście konstruowanych i niezbyt szybkich rytmach. A elegancka powściągliwość chroni to wydawnictwo przed wpadnięciem w koleiny nujazzowego banału, więc obecności umami nie należy przekładać na nadmiar glutaminianu sodu.
MEETING BY CHANCE Inside Out, Plug Audio 2016, 7/10

2. Lower Entrance Butterlies z płyty Butterlies
Potężne, ale rytmicznie cięte akordy tego utworu mogłyby trafić na którąś z zachodnich płyt z nowej sceny tanecznej. Kontrasty i dynamika tego jednego utworu pomogłyby zresztą niejednej zagranicznej płycie. Tutaj też służą, choć wyznaczają poziom, do którego nie dosięga reszta – mimo urozmaiconych pomysłów rytmicznych i jeszcze jednej bardzo dobrej cechy, którą jest w wypadku LE oszczędność, brak przesady. Miniatura Doesn’t Matter zanurzona w starych brzmieniach syntezatorowych ma w sobie tajemnicę i ilustracyjny potencjał, który natychmiast bym wykorzystał, gdybym był producentem nowej edycji programu Sonda. Intryguje tu też kilka innych momentów. Dorobek polskiego, ale mieszkającego w Irlandii producenta powiększa się powoli, ale sukcesywnie – i właściwie bez niecelnych strzałów. Z tego niespiesznego tempa wnioskuję nadmiar innych zajęć albo perfekcjonizm – i ten ostatni sprawia chyba, że choć słucham i EP-ek, i tego debiutanckiego LP z dużym zainteresowaniem, to Lower Entrance pozostaje dla mnie w pierwszej kolejności dostarczycielem kapitalnych pojedynczych nagrań.
LOWER ENTRANCE Butterlies, U Know Me 2016, 7/10

3. Venetian Snares Magnificent Stumble v2 z płyty Traditional Synthesizer Music
To też właściwie utwór zapowiadający album, ale całość płyty weterana już Aarona Funka mocno mnie zaskoczyła pod każdym względem. Energią, którą nie tak łatwo już wykrzesać z dość wyświechtanej formuły pokomplikowanego rytmicznie i złożonego melodycznie nurtu IDM, a bardziej jeszcze precyzyjnie – stylu nakreślonego przez Aphex Twina w latach 90. Po drugie, jakością brzmienia – choć tu pomogła dyscyplina w gospodarowaniu środkami, Venetian Snares w tej odsłonie to tylko syntezator modularny. Po trzecie, stopniem dopracowania albumu, co moim zdaniem wypływa z przyjęcia tradycyjnej metody: utwory są komponowane, a następnie wykonane na systemie modularnym, na żywo, bez edycji komputerowej. Oczywiście z pomocą sekwencerów, ale to w końcu nie pianistyka, tylko rzemiosło syntezatorowe. Mówiąc najkrócej, poszczególne nagrania powstawały w głowie Funka jako koncepcje, a nie jako finalny efekt procesu cięć i wyklejanek w edytorze komputerowym. Z jednej strony mamy więc album zdumiewająco kompletny, przyjemny, a nawet świeży, z drugiej – dość staroświecki, żeby nie powiedzieć: tradycyjny. Bo to już Kanadyjczyk zasadniczo powiedział – w tytule.
VENETIAN SNARES Traditional Synthesizer Music, Timesig 2016, 8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php