Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

1.12.2014
poniedziałek

Do techno się, kurde… siedzi?

1 grudnia 2014, poniedziałek,

IMG_20141123_002238_edit1

Hasło ukute jakiś czas temu przez Wojtka Kucharczyka „Do techno się, kurde, nie siedzi” przetestował Andy Stott, robiąc z niego negatyw. Fakt, nie dość, że techno w ostatnich latach bardziej kojarzy się z kulturą gotycką niż dawnym rave’em, to jeszcze się do niego zaczyna siedzieć, bo potańczyć to u Stotta można ledwie parokrotnie, przy dubowo-bauhausowym „Science & Industry”, może jeszcze przy zdecydowanie mniej udanym „Damages”. Przy reszcie można co najwyżej siedzieć i wsłuchiwać się w głos Alison Skidmore przypominający chwilami głosy z epoki 4AD, chwaląc ciekawe zabiegi brzmieniowe. Można, ale nie trzeba.

Nie chcę atakować modnymi w tym sezonie skojarzeniami z Pink Floyd, ale trudno mi się powstrzymać przed zadaniem podobnego, co i u tamtych, obcesowego dość pytania, kiedy coś się zacznie dziać? Bo w wypadku „Luxury Problems”, poprzedniej płyty producenta z Manchesteru, wszystko wydawało się zgadzać. Twórczość trzymała kontakt z modą, a moda doganiała twórczość. Tu jedna z dwóch została przeszacowana, czego dowodem jest dla mnie rozciągnięte do 13 minut intro płyty – bo trudno mi inaczej traktować dwa pierwsze utwory. Pierwszy, oparty na przetwarzanych elektronicznie dźwiękach tuby, które nie bardzo wzruszą sympatyków Toma Heasleya, albo nieco późniejszych prób Bjork z dęciakami na ścieżce „Drawing Restraint 9”. Nie szarżowałbym też – wzorem innych recenzentów – z uznawaniem „Violence” za ósmy cud świata. To raczej zgrabne i proste (prosty chwyt z dynamiką na dwóch akordach) wykorzystanie patentu znanego z „Luxury Problems”, gdzie Stott zatrudnił w roli wokalistki swoją nauczycielkę od pianina Alison Skidmore.

Eteryczny głos Skidmore i jej nieco amatorski, płochliwy styl (wsparty dużą ilością pogłosu) wnosi także na „Faith in Strangers” sporo tajemniczości i delikatności, która dobrze wypadła na poprzednim albumie. Ale już tak bardzo nie zaskakuje. Oczywiście nie jest to płyta zła. Ale nie niesie pod płaszczem efektów ani takich kompozycji, jakich spodziewalibyśmy się po albumie z IDM, ani tym bardziej tanecznego transu i emocji, których oczekiwałbym po zestawie techno – gdzież te rytmiczne niuanse, które opisuje Ben Ratliff w „The New York Times”? Synkopowany house? Jungle? Tu nie taka zmiana akcentu, a tu tempo nie to. Na mnie większe wrażenie zrobiła ta prosta zimnofalowa partia gitary basowej w utworze tytułowym – poza wokalem, to ona robi klimat. Zresztą mam wrażenie, że znaczna część zachwytów nad tym albumem – który, oczywiście, jest głośny, więc pewnie warto wyrobić sobie własne zdanie – wygłoszono na kredyt po poprzednim albumie. Problem polega nie na tym, że jest słaba w ogóle, ale na tym, że brzmi nieco zbyt banalnie jak na elektroniczną muzykę eksperymentalną, a zbyt nużąco jak na płytę do zabawy. Chyba że to takie techno nie z frazy Kucharczyka, tylko z tekstu Maleńczuka.

ANDY STOTT „Faith in Strangers”
Modern Love 2014
Trzeba posłuchać: „Science & Industry”, „Faith in Strangers”
Prezent dla: Odbiorców współczesnego techno, których uważamy za umiarkowanie awangardowych lub cierpiących na choroby stawów. Krytyków i blogerów muzycznych. Ale też tych, którzy zwracają uwagę na estetykę, bo Stott jak zwykle opublikował swoją płytę w minimalistycznej, ale bardzo eleganckiej formule: 2 transparentne winyle w limitowanej wersji LP, piękna poligrafia w obu fizycznych formatach.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php