Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

16.10.2019
środa

Saga rodu Sonic Youth, kolejny sezon

16 października 2019, środa,

Wielosezonowe seriale mają coś z wieloletnich związków – niby duża część przestaje być interesująca, ale są takie, w których zupełnie przeciwnie (i często nieoczekiwanie), zaczyna się dziać po paru latach właśnie coś bardzo ciekawego. Zwykle jest to pewnie związane z tym, że presja jest coraz mniejsza – od twórców nie wymaga się, żeby dowieźli publiczność przez 2-3 następne lata, więc jeśli mają talent, mogą świetnie pozamykać wątki, zaskoczyć, wyszaleć się kreatywnie. Przykładem czegoś takiego był Homeland, może też Pozostawieni na finiszu. Czymś takim jest też The Affair – serial o skutkach jednego letniego romansu ojca czwórki dzieci, o tym, jak sytuacja zmienia życie dwóch rodzin. Teoretycznie skończył się po pierwszym sezonie, opowiadanym wartko i w ciekawej formie (dzielenie odcinka na tę samą historię opowiadaną z perspektywy różnych bohaterów) potem coraz trudniej było znieść telenowelowo komplikujące się stosunki między bohaterami. Aż wreszcie przyszedł sezon piąty – teoretycznie już tylko dla szaleńców – i przyniósł kilka nowych pomysłów. Jest tu bardzo ciekawa wizja świata bliskiej przyszłości, z katastrofą klimatyczną jako elementem codzienności, jest też groteskowy obraz przemysłu filmowego. Widać oczywiście trochę dopychania kolanem niezamkniętych wcześniej wątków, ale nie wygląda to źle. A teraz wyjaśnię, dlaczego skojarzyło mi się to z grupą Sonic Youth.

Oczywiście, grupa nie istnieje. Ale – jak pamiętamy – rozleciała się ze względu na rozpad małżeństwa Kim Gordon i Thurstona Moore’a. Okoliczności tego rozstania – o których opowiadałem obszerniej w swoim tekście o książce Dziewczyna z zespołu – były podobnie banalne jak te opisane w serialu. Z nieudaną próbą ratowania rozsypującego się po latach małżeństwa. I wyjazdem Gordon z Nowego Jorku. Ostatecznie, jak wiemy, osiedliła się w Kalifornii – dokładnie jak Helen, bohaterka The Affair – choć Nowy Jork pod każdym względem był jej miastem, bardziej jej niż urodzonego na Florydzie Moore’a. Pasowała tu artystycznie, co poniekąd udowadnia debiutanckim (!) solowym albumem No Home Record. Jest ciężki od emocji, pełen destrukcyjnej energii sceny, którą oboje w latach 70. spotkali w mieście Andy’ego Warhola, kreśli obrazy artystowskim, ale zarazem punkowym gestem. Airbnb jest dokładnie czymś takim – artystka pisze punkowy utwór na temat mieszkań, które ogląda w sieci, a które mówią coś o dzisiejszej Ameryce, choć z tytułowego serwisu (sama się przyznała) praktycznie nie korzysta.

Wchodzenie w świat płyty Kim Gordon nie było dla mnie szczególnie łatwe. Mimo opieki producenckiej jednego człowieka – poznanego przypadkowo Justina Raisena – wydaje się mocno rozdarta pomiędzy to, co Gordon dobrze zna, punkowo-noise’owe piosenki, z moją ulubioną Hungry Baby, a próby idące w stronę hip-hopu, czy bardziej jego okolic, w których autorka próbuje nawiązać kontakt z młodszą publicznością, albo może wpisać w dominującą tendencję. Oparte na beatach automatu perkusyjnego Paprika Pony czy Don’t Play It, agresywne, raczej oszczędne i surowe, z kolei zupełnie nie należą tu do moich ukochanych fragmentów, ale mogę się podpisać pod odrobinę tylko ejdżystowską opinią z Rate Your Music: Imagine being 66 and dropping an album like this. W Cookie Butter te dwa nurty już się całkiem zgrabnie schodzą. Ale wszystkie momenty, w których słychać w śpiewie Gordon charakterystyczną, towarzyszącą nam od lat 80. dysonansową nutę, przynoszą jakiś rodzaj tęsknoty za Sonic Youth. Nikogo innego nie jestem w stanie w takich partiach słuchać z podobną przyjemnością.

Gordon wydała niezłą, ale nie wybitną płytę. Do poziomu nagrań Sonic Youth sporo brakuje, nie bardzo przekonuje mnie też wolta w stosunku do samej siebie – w wywiadzie dla „Rolling Stone’a” mówiła ostatnio, że nie znosi, jak patrzą na nią jako na czyjąś matkę, matkę chrzestną czy babkę. nawet gdyby miał to być grunge albo Cobain. Wcześniej, w swojej książce – a uważam, że podobnie jak Patti Smith powinna pisać – opisywała własny matczyny stosunek do lidera Nirvany. Coś się przez tych kilka ostatnich lat zmieniło. No Home Record nie odpowiada wprost, co takiego, ale tytuł jednak jakoś podpowiada kierunek myślenia.

KIM GORDON No Home Record, Matador 2019, 7/10

Łatwiej mi było o opinię o płycie Thurstona Moore’a, choć to album, którego przesłuchanie nastręcza zupełnie innych trudności. Trwa dwie i pół godziny, składa się z trzech długich form, z których najkrótsza ma prawie 30 minut. Moore tym razem wciela się właściwie w jednego ze swoich mentorów, nieżyjącego już Glenna Brancę, i przedstawia rozbudowane formy idące w trzech kierunkach. Jedna to solowy utwór 8 Spring Street, wręcz dedykowany Brance, ale i bez tego czytelny – rozciągnięta etiuda gitarowa pokazująca całą feerię technik i patentów, jak dla mnie zresztą podanych w postaci najatrakcyjniejszej z całego programu płyty. Druga to Alice Moki Jayne, rozciągnięta noise’owa suita na zespół, może bliżej Rhysa Chathama niż Branki. Momentami ładna, ale na pewno trochę nużąca przy tych rozmiarach. Nieminimalistyczna – dodajmy. Tu się całkiem dużo dzieje, przy zachowaniu dynamiki i dramaturgii, choć niektóre z całkiem statycznych i prostszych kompozycji Chathama mają większy sens. Słuchaczom GY!BE – partiami przynajmniej – powinno się spodobać. Podobnie jak trzecie nagranie, wypełniające całą płytę CD. To z kolei formuła utworu na orkiestrę gitar elektrycznych – Galaxies. Znów za długo, poza tym słyszałem już potężniejsze utwory tego typu – aczkolwiek słyszałem przy okazji znacznie słabsze, nie skreślałbym więc tej rozwijającej się kariery kompozytorskiej i chętnie bym Moore’a z jego pomysłami zobaczył na scenie Sacrum Profanum lub Warszawskiej Jesieni. Do tej pory był – z tego, co pamiętam – chyba tylko na lubelskich Kodach.

Nie pierwszy raz zestawiam ze sobą działania Gordon i Moore’a po rozpadzie macierzystej grupy, jednej z najważniejszych formacji późnej (schyłkowej?) epoki rocka. I przysięgam, że wcale nie zamierzałem tego robić tym razem, ale wydali te płyty w odstępie trzech tygodni (Spirit Counsel Moore’a wyszedł 21 września) i okazało się to dla mnie zbyt daleko idącą prowokacją. Nie sposób też nie zauważyć, że – choć tym razem inicjatywa w przyciąganiu fanów SY jest raczej po stronie Gordon – oboje są wciąż mocno zagubieni. Jeśli skończy się to tak, jak domyślam się, że się skończy piąty sezon The Affair (nie spoiluję, może jednak obejrzycie), będzie zabawnie. Zacytuję tylko na koniec odpowiedź Kim Gordon (ze wzmiankowanego wywiadu) na pytanie o reaktywację Sonic Youth: Zawsze jest taka możliwość.

THURSTON MOORE Spirit Counsel, Daydream Library 2019, 7/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Thurstona Moore’a we własnej osobie nie było jeszcze na Sacrum Profanum, to fakt – była wykonywana jego kompozycja w 2013 roku przez Bang on a Can. Rok później z tym samym zespołem przyleciał inny sonicyouthowiec – Lee Ranaldo.
    Przysłuchuję się poczynaniom Moore’a, efekty bywają interesujące, ale wciąż mam poczucie, że to Kim właśnie stanowi najbardziej ciekawy głos tej ekipy po rozpadzie SY. Do dziś pamiętam wyraźnie oszałamiający i wstrząsający występ na poły performatywny (głównie za sprawą trudności technicznych, przez które Gordon musiała improwizować na niepełnym setupie) na OFF festiwalu – zagrała razem z Ikue Mori. Koncert został zarejestrowany, ale artystki nigdy nie wyraziły nim zainteresowania. Szkoda, bo wydarzyło się wtedy coś nieoczekiwanego, a przez to też pamiętnego, nawet jeśli dalekiego od ideału – ale przecież nie o perfekcję się tu rozchodzi. Tam były prawdziwe emocje, właściwie bebechy na wierzchu. Długo ze mną zostaną.

css.php