Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

8.04.2019
poniedziałek

Rozmach, oddech i klasa

8 kwietnia 2019, poniedziałek,

Każdy pewnie słyszał to stereotypowe pytanie: czy jak ktoś gra w awangardowym zespole robiącym dużo hałasu, to potrafi też ładnie śpiewać? Czasem udaje się to sprawdzić. Moim zdaniem najlepszą i najprzyjemniejszą okazją do sprawdzenia jest płyta Weyes Blood Titanic Rising. Wokalistka i gitarzystka, a właściwie nawet multiinstrumentalistka – związana kiedyś z freak-folkową formacją Jackie-O Motherfucker, prawie tak mocną jak sama nazwa – nagrała jedną z najbardziej klasycznych (i klasowych) piosenkowych płyt, jakie można sobie wyobrazić w roku 2019. Może niełatwo w to uwierzyć, ale słucha się łatwiej.

Pierwsze wrażenie, jakie zrobiło na mnie Titanic Rising? Przecież to najlepsza płyta Johna Granta, której nie nagrał John Grant! I to wrażenie trochę nawet psuło mi pierwsze kontakty z płytą Natalie Mering (tak prywatnie nazywa się Weyes Blood) – no bo co najmniej połowa programu jej najnowszej, szóstej już w dorobku płyty, brzmi jak gdyby zawierała utwory żywcem wyjęte z najlepszego albumu Granta Queen of Denmark. Z pewnymi poprawkami wszakże. Więcej tu wątków prowadzących do starego McCartneya (Everyday) niż dawnego Eltona Johna. Niemała część nagrań przekierowuje nas w stronę Rufusa Wainwrighta – ten jednak od lat nie miał tak dobrego repertuaru. Mam nadzieję, że już z tej porównawczej analizy układa się obraz płyty nieco barokowej, a na pewno bogatej aranżacyjnie, śpiewnej, szytej z rozmachem i oddechem, a przede wszystkim – bardzo atrakcyjnej dla publiczności w różnym wieku. Ale dociążonej w tekstach pokoleniowymi refleksjami.

Zdaję sobie sprawę, że głupio brzmi takie zestawianie wokalistki z wokalistami. Nie ma w tym żadnej ukrytej sugestii. Weyes Blood śpiewa pewnie, prosto, w dobrym stylu kobiecej folkowej wokalistyki amerykańskiej, a w wywiadach mówi raczej o fascynacji Judy Garland niż Rufusem Wainwrightem. Wychodzi z tego nieco zgaszony romantyzm, czasem z oszczędnymi ozdobnikami w stylu Americany (Picture Me Better) i z odrobiną campu w tych fragmentach, które kojarzą się najmocniej z Grantem (początek, od otwierającego całość A Lot’s Gonna Change), często z idealną mieszanką obydwu (klasyczna z miejsca Andromeda). Świetnych głosów dziś nie brakuje, nie robiłoby to więc takiego wrażenia, gdyby nie same kompozycje: budowane z pewnością siebie, z kontrolą nad pełną rozmachu maszynerią dużego składu, którą słychać najlepiej w drugiej części albumu, w takich fragmentach jak Wild Time czy Movies. Truizmem byłoby powiedzieć o tej płycie, że jest rozliczeniem z młodością, choć o miłości i samotności Mering opowiada z weryfikującej pierwsze naiwne sądy perspektywy 30-latki. Są też wątki rozliczenia z duchowością rodziny nawróconych chrześcijan, w której dorastała. I od której odeszła, tylko po to, by zbudować sobie własny system wartości. Do tego odnosi się Something to Believe, jak dla mnie najmocniejszy fragment płyty. I zapewne jeszcze ta kropka nad „i” na końcu idealnie ułożonej płyty – instrumentalny utwór na kwartet smyczkowy Nearer to Thee.

WEYES BLOOD Titanic Rising, Sub Pop 2019, 8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php