Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

29.05.2018
wtorek

Epka na dzień, epka na noc

29 maja 2018, wtorek,

Hasło Jedna płyta dziennie zobowiązuje. Ale gdyby tak rozdzielić tę jedną na pół? Przyjmować częściej, ale w mniejszych dawkach? Jak z jedzeniem po przejściu na dietę albo ze spaniem w ciepłą noc. Epka na dzień i epka na wieczór – każda poniżej 30 minut, żeby nie obciążać systemu i zaliczyć w całości na przykład podczas podróży do pracy. Lekko, przyjemnie i niebanalnie.

Na dzienny zestaw nadaje się Perfume parokrotnie już wspominanej przeze mnie grupy Wand. Kalifornijskiej, choć powinna pochodzić z Australii, bo już chyba tylko w Australii traktują tak poważnie muzykę rockową. A formy, które proponują Cory Hanson i reszta, są zarazem zwięzłe i złożone. Mają też – poza wszechobecnym dziś psychodelicznym sosem, tutaj dość zawiesistym i ciężkim – tendencję do odjazdów w rock progresywny (o tym już wspominałem), albo przynajmniej w okolice art rocka z okolic Radiohead w okresie OK Computer (The Gift). Ale odjeżdżają z dużą dyscypliną, utykając w każdym utworze i riff, i refren, i charakterystyczne brzmienie, czasem jakiś efektowny dialog gitarowy (Pure Romance). Napisałem o Australii, bo niedaleko stąd do Pond, Tame Impala, a szczególnie King Gizzard. Od kalifornijskiej konkurencji (w rodzaju Thee Oh Sees) odróżnia Wand to, że są mniej skupieni na garażu i brudnej rockandrollowości. Ich brzmienie – także na Perfume – jest pełniejsze, mniej przesterowane, bliższe jednak formule klasycznego rocka. No i mało jest zespołów, które muzykę rockową traktują dziś z taką czułością. Gdyby nie słabszy, odstający od reszty Train Whistle, byłbym skłonny iść w górę z oceną. Utwór tytułowy to z kolei najmocniejszy powód, by tę płytę sobie kupić.

WAND Perfume, Drag City 2017, 7/10

W wypadku 22-minutowego The Long Sleep Jenny Hval wszystko wyjaśnia tytuł – to raczej muzyka na wieczór, choć specyficznie, bardzo konsekwentnie skonstruowana jako całość, bez niepotrzebnego elementu. Ale Norweżce wszystko ostatnio (przypomnijmy album Blood Bitch i całkiem niedawną premierę nagrań duetu Lost Girls) wychodzi. Tutaj zaczyna od piosenki, która w dość złożony sposób prowadzi nas od partii fortepianu w stylu Alice Coltrane w stronę prościutkiego popowego retro wspartego riffem jak z wczesnych nagrań Air. To jedna z bardziej banalnych, a zarazem najbardziej wdzięcznych rzeczy, jakie zrobiła. Intrygujące The Dreamer Is Everyone In Her Dream podąża z kolei w kierunku zagubienia się w dźwiękach i efektach, niczym w świecie muzycznym Arthura Russella (były już nawiązania do jego stylu na poprzedniej płycie). A w The Long Sleep wokalistka jest jak Grouper podczas długiego jam session z Terrym Rileyem, kończąc całą tę czteroutworową epkę (I Want To Tell You Somehting) dość rozbrajającym wyznaniem miłości do słuchacza, burzącym nagle czwartą ścianę w muzyce.

Jak zwykle u Hval mamy więc koncepcję, pewną całość, ale naprawdę szczelnie wypełnioną czysto muzycznymi pomysłami czwórki zaproszonych muzyków (Kyrre Laastad, Anja Lauvdal, Espen Reinertsen, Eivind Lønning). Poza nimi wracają tu znany z Lost Girls Håvard Volden oraz – jako producent – Lasse Marhaug. Bez przesytu w materii dźwiękowej, bez przegadania, lekko, z wrażeniem swobody. No i krótko.

JENNY HVAL The Long Sleep, Sacred Bones 2018, 8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php