Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

11.07.2016
poniedziałek

Niepohamowane dziecko zabójca (Les Bleus vol. 1)

11 lipca 2016, poniedziałek,

Kiedy piszę te słowa, nie wiem jeszcze, czy Francuzi wygrali mistrzostwa. Ale nie ma piłki bez ryzyk, a seria płyt na Polifonii dawno im się należała. Proponuję tydzień z artystami z kraju, o którym przez ostatni miesiąc napisano już wszystko, co najlepsze, i wszystko, co najgorsze. To ostatnie między innymi dlatego, że Francja nie musi się obsesyjnie koncentrować na piłce, znają tam również inne przyjemności. Nie będę udawał, że nadążam za nową muzyką z Francji, tę prezentuje stale na antenie radiowej red. Hawryluk, a serwis beehy.pe też proponuje stosowny kącik, dość multikulturowy, jak dzisiejsza Francja. Ja wybiorę na wyrywki to, co dość mało znane, a fascynujące. Na początek wrócę do człowieka, który współtworzył karierę Serge’a Gainsbourga i wielu innych artystów lat 60. i 70.

IMG_20160703_160029769_edit

Ten artysta to Jean-Claude Vannier. Francuski George Martin, David Axelrod, albo Ennio Morricone, w zależności od tego, za co najbardziej docenimy tego producenta i aranżera. Gainsbourgowi pomógł stworzyć Histoire de Melody Nelson (1971), być może najważniejszą francuską płytę z muzyką rozrywkową w historii, ambitną pop-rockową suitę z dość erotycznym klimatem i rozbudowanymi aranżacjami, która stała się wzorem dla Becka i bez której grupa Air w ogóle by nie istniała. Otóż wydana rok później płyta L’enfant assassin des mouches (Dziecko – morderca much) samego Vanniera jest niejako kontynuacją albumu Gainsbourga w bardziej swobodnej konwencji, co samo w sobie w niej przyciąga. Vannier pracuje bez stylistycznych ograniczeń, wykorzystując nie tyle wszystkie wyuczone umiejętności, co całe zdobyte wyczucie i doświadczenie, bo pochodzący z podparyskiego Courbevoie muzyk był samoukiem. Już samo to powinno gwarantować tej płycie tabuny ciekawskich słuchaczy. Dodatkowym bodźcem może być dziś rekomendacja założyciela wytwórni Finders Keepers Andyego Votela, który w roku 2005 opublikował reedycję tego albumu z pierwszym numerem katalogowym swojego labela, a przy kolejnym wznowieniu na dziesięciolecie wytwórni czujnie zauważył, że gdyby nawet FK miało się skończyć na przypomnieniu światu o albumie Vanniera, to i tak byłoby warto.

Czym nie jest album Vanniera? Nie jest kontynuacją płyty z Gainsbourgiem pod względem treści. Wprawdzie Gainsbourg napisał dziwne opisy do utworów, nadając dość abstrakcyjnej – ale spójnej – całości pozór znaczenia, to należy pamiętać, że to nie są piosenki. Nie ma wokali w stylu piosenkek pop, wokalnie pojawia się tu jedynie chór Jeunesse Musicales, ten sam, który słyszymy na Histoire… Mamy za to potężną osnowę w postaci nagrań terenowych, efektów dźwiękowych, mamy partie inspirowane utworami Bartoka czy Strawińskiego (na nich – ale też na utworach Beatlesów – Vannier uczył się fachu), mamy skojarzenia z zapraszającą eksperymenty dźwiękowe muzyką filmową epoki (stąd ten Morricone), no i wejścia w estetykę rocka, znacznie mocniejsze niż na płycie z Gainsbourgiem. Znany z Magmy gitarzysta Claude Engel wnosi tę rockową energię do jednego z najbardziej inspirujących francuskich nagrań prog-rockowych, L’enfent au royaume des mouches. Mamy wreszcie rewelacyjną fuzję rocka i estetyki muzyki północnej Afryki w Le roi des mouches et la confiture de rouse. W aranżacjach smyczków słychać tu znów – nie badania muzykologiczne, tylko doświadczenia Vanniera, który spędził trochę czasu w Algierze, przygrywając w knajpach na fortepianie.

Album Vanniera nie jest arcydziełem bez skazy. W kilku fragmentach – choćby początkowych partiach strony B – słyszymy ducha muzyki ilustracyjnej epoki, poza Morriconem i Axelrodem może nam przyjść do głowy (sposobem pracy z rockowym instrumentarium) także Andrzej Korzyński. Bywa tu trochę pompatycznie (choć efekt przesady Vannier wykorzystuje z pewnym wdziękiem), jest wreszcie wesołkowaty motyw Danse de l’enfant et du roi des mouches, który każdorazowo mnie drażni, a potem jeszcze podobnie denerwujący walczyk na stronie B. Z drugiej jednak strony, to ma być szaleństwo, horror, ale też kicz – jeśli już aranżer realizuje tu swoje najdziksze pomysły – włącznie z rozebraniem się do naga na zdjęcie okładkowe – to dlaczego miałyby go zatrzymywać granice dobrego smaku?

JEAN-CLAUDE VANNIER L’enfant assassin des mouches, Suzelle 1972/Finders Keepers 2015, 8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. a tymczasem
    THE FLOPPOTRON Pawla Zadrozniaka
    robi kariere
    „Smells Like Nerd Spirit” https://www.youtube.com/watch?v=GwuCQ3u2N_A
    64 stacje dyskietek
    8 twardych dyskow
    2 skanery

css.php