Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

14.11.2012
środa

Ostrożnie, plastik!

14 listopada 2012, środa,

Czasem trzeba zrobić krok do tyłu, szczególnie gdy ulubieni wykonawcy robią krok wstecz. Przyznając dwa lata temu płycie „Does It Look Like I’m Here” Emeralds wysoką ocenę, a nawet uznając za jedną z płyt roku, miałem gdzieś z tyłu głowy, że dużo dalej w tę stronę iść nie można. Bo zarówno dla elektroniki w stylu Klausa Schulze, jak i rocka kosmicznego, a wreszcie progresywnego, ostatni port to prawie zawsze kicz i tapeta. Niestety, nie tylko stało się, co się mogło stać, ale więcej – John Elliott i koledzy pociągnęli za sobą całe środowisko. Nowe Emeralds – ukazujące się już po serii wznowień Tangerine Dream i kolejnych niepublikowanych nagrań Klausa Schulze – zamyka w mojej opinii dobre czasy dla nowego rocka kosmicznego, a zaczyna okres krytyczny, czas odstrzału, powiedzmy: gwiezdne wojny.

Niewykluczone, że Emeralds trafili na jakąś galaktyczną bibliotekę nagrań z okolic rocka kosmicznego i lecą po niej chronologicznie, robiąc po drodze notatki i wykorzystując wiedzę na własnych płytach. I doszli właśnie do początku lat 80., czasów, gdy syntezatory brzmiały coraz bardziej plastikowo, muzyka kosmiczna ustępowała miejsca New Age, a w każde niewypełnione miejsce w muzyce pchano sola gitarowe. Nawet w obrębie tej jednej płyty słychać tę wsteczną ewolucję. Obiecujące są jeszcze cztery minuty „Before Your Eyes” na początek, da się usprawiedliwić „Adrenochrome” jako dowód obsesji muzyką Tangerine Dream, ale prawdziwe problemy zaczynają się pod koniec czwartej minuty tego utworu, gdy pojawia się solo gitarowe Marka McGuire’a.

McGuire ciągnie tę płytę w dół właściwie każdym swoim wejściem. W najlepszych momentach zapętla się w tym, co od dawna robił z lubością, czyli gra naturalnymi pętlami przepuszczanymi przez delay, przetworzonymi bądź eksponującymi czyste brzmienie gitary – to już w zależności od upodobań. W najgorszych – idzie w kierunku Oldfielda z najgorszego okresu i jego naśladowców. Gra sola na poziomie gimnazjum, kompletnie bez polotu. Szczególnie irytujące są partie gitary w „Everything Is Inverted”. A finałowe „Search for Me in the Wasteland” jest po prostu nudne – choć oczywiście i pozostała dwójka nie staje tu na wysokości zadania.

Inne syntezatorowe trio Forma – protegowani Elliotta, którzy debiutowali w jego oficynie Spectrum Spools – nagrało z kolei kompozycję, która u Emeralds byłaby z łatwością numerem jeden na płycie: „Macanique”, mocno w stylu niemieckich Neu!. To rdzeń ich drugiej płyty. Wyróżnia się też kończący album „Off/On” utwór „Forma 315”. Melancholijny syntezatorowy snuj, ale jednak nieodpychający. W przeciwieństwie do niemal całej zawartości nowej płyty Emeralds, która wydaje się denerwująco wręcz pretensjonalna. Tym bardziej, że na poprzednich albumach był balans w tej dziedzinie. Paradoksalnie Forma pokazała wcześniej przyzwoity poziom średni i pozostała na swoim pułapie, to Emeralds zaniżają loty. Dlaczego? Forma trzyma się w miarę bezpiecznych, ograniczonych, dość minimalistycznych form. Co do Emeralds, może i podejmują ryzyko, ale zaczynam się obawiać rozwoju ich konwencji. Kolejna stacja: Oldfield i Vollenweider.

EMERALDS „Just to Feel Anything”
Editions Mego 2012
5/10
Trzeba posłuchać:
nie.

FORMA „Off/On”
Spectrum Spools 2012
6/10
Trzeba posłuchać:
„Mecanique”, „Forma 315”. Poniżej najświeższa prezentacja z SoundCloud:

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Data produkcji jednak ma znaczenie. W pierwszym odruchu Emeralds zniesmaczyli mnie tą retrodosłownością, po kilku kolejnych już przyjemniejszych razach wypadało przyznać, że gdyby „Just to Feel Anything” wyszło gdzieś pomiędzy „Zeit” a „Mirage” i „Cyclone”, to z dużym prawdopodobieństwem spotykałoby się dziś z nimi w rozmaitych kosmicznych rankingach wszech czasów. No ale wyszło w roku 2012 i jakby do niczego się nie nadaje, chyba że ktoś przepastne dyskografie TD/Schulze zna na wylot i wciąż łaknie.

  2. Chłopaki z Emeralds wystartowali progresywnie, a co nie oznacza, że twórczo… W pełni się zgadzam z Gospodarzem, i powyższym głosem.
    Pierwsze przesłuchanie było mega zaskakujące . Spodziewałem po nich o wiele wiele więcej. Uderzyli w dziwne rejony… To, że rock kosmiczny etc., sprawa jasna… Myślę, że zawędrowali jeszcze dalej, i to w najgorsze odmęty rocka progresywnego (gitara niczym u Andy’ego Latimera z grupy Camel – w najgorszym wydaniu), chodź nie zapomnieli o Kraftwerk. Ja słyszę nawet psychodelię Pink Floyd (w tytułowym „Just To Feel Anything”). No i rejony muzyczne Manuela Göttschinga – w tym raczej kiepskim wydaniu. I tak z progresu, wyszedł artystyczny regres. Szkoda…

    Więcej radości dostarczyła mi płyta Pye Corner Audio – „Sleep Games” z oficyny Ghost Box. Polecam!

    Aha… Jestem ciekaw, jak najnowszy album Briana Eno – „Lux”, czy jest naprawdę „luks” 🙂 . Pozdrawiam!

  3. czego tu nie ma:
    „ricochet”td, „empetus” steve´a roach´a…no i i nie tylko klaus schulze ale i jeszcze edgar froese…podczas malowania płotu ujdzie…

  4. Steve Roach – o, tak, tego mi tu brakowało! No i zgadzam się co do Latimera w tym gorszym wydaniu.

css.php