Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

26.01.2012
czwartek

Kochaliśmy nie tego Cohena

26 stycznia 2012, czwartek,

Cohen opowiada dowcip: „Facet wchodzi do sklepu i zwraca się do ekspedienta: ‚Poproszę polski chleb, kawałek polskiego sera i sześciopak piwa z Polski’. Na to tamten: ‚Nie jest pan czasem Polakiem?’. Klient: ‚Dlaczego?’. ‚Bo to jest sklep z narzędziami'”.

Kawał ma pewnie niewiele mniej lat niż sam Leonard Cohen (a pieśniarz ma 77) i nie został opowiedziany w trakcie spotkań z dziennikarzami przy okazji nowej płyty „Old Ideas”. Artysta rzucił go w rozmowie z wysłannikiem „Melody Makera” w roku 1988, trzy lata po sławnej polskiej trasie koncertowej, która uczyniła go w oczach tutejszej publiczności bohaterem i niemal dała honorową legitymację „Solidarności” (atmosferę tamtych koncertów oddaje to wspomnienie autorstwa Daniela Wyszogrodzkiego). „Nie byłem przygotowany na tego rodzaju presję, jaka pojawiła się w czasie tej podróży” – komentował później. Kilka lat później w tekstach z „The Future” i wywiadach udzielanych w roku 1992 wyrażał swoje wątpliwości dotyczące demokratycznej rewolucji w Europie Wschodniej.

Nie chodzi nawet tylko o ten dowcip. Warto w ogóle sobie wybić z głowy mit Cohena jako promotora demokratycznej rewolucji. Warto raz jeszcze poczytać jego teksty, żeby poczuć, że rzadko chodziło w nich o jakąś wielką społeczną czy polityczną sprawę (jeśli dziś Dylan ma szanse na Nobla, to pewnie właśnie ze względu na większy stopień zaangażowania). W centrum tego, co go zajmowało, był zawsze Cohen, kobiety jego życia, estetyka tego życia, jego sens, pożądanie, niemożność jego zaspokojenia i obrona przed nim. I tak dalej. Dlatego autoironiczny „Going Home” jest tak świetnym podsumowaniem autora „Suzanne” na tym etapie.

Jadąc na zeszłotygodniowe spotkanie z Cohenem słuchałem po kolei wszystkich jego płyt – kilku, przyznaję, po raz pierwszy w życiu. Poza tym, że albumy z XXI wieku do tej pory trochę odstawały od reszty, były lżejsze i nieco plastikowe pod względem brzmieniowym, uświadomiłem sobie raz jeszcze, jak potężną listę piosenek napisał Kanadyjczyk. Na miejscu trudno mi było dać się wciągnąć w fanowskie pogwarki dziennikarzy z ich idolem (odbiór Cohena we Francji jest pewnie podobnie kultowy jak w Polsce, tyle że wynika z innych pobudek, już bardziej estetycznych), za to po raz kolejny uderzyło mnie jego perfekcyjne opanowanie sztuki piosenkowej. Starałem się kilka zdań o tym napisać w tekście dla „Polityki”, który od środy jest już w wydaniu papierowym i czytnikowym. Ale nie zdołałem zmieścić świetnej opowieści o „My Way” – piosence zdaniem Cohena zbanalizowanej licznym wykonaniami. „Nigdy mi się nie podobała, poza wersją Sida Viciousa” – ta uwaga, muszę przyznać, mocno m zaimponowała. I rzecz trzyma się kupy – w końcu to Vicious, a nie inni szansoniści, zrobił wszystko, łącznie z zaśpiewaniem tej wersji, naprawdę po swojemu.

„Old Ideas” to album lepszy niż dwie poprzednie płyty Cohena. Nie wiem jeszcze, czy można go ustawiać w szeregu z najlepszymi wydawnictwami Cohena, ale w tym wieku i na tym etapie działalności (słynne długi Cohena spłaciła z nawiązką jego ostatnia trasa koncertowa) to rzecz zaskakująco udana, z paroma rewelacyjnymi momentami, z liczniejszymi niż dotąd nawiązaniami do bluesa, bardziej depresyjna i szlachetniejsza niż wspomniane poprzedniczki, dość – w porównaniu z nimi – minimalistyczna.

Pora odczarować Cohena. To naprawdę leniwy skurczybyk, jak o sobie śpiewa. Człowiek w swojej depresji wygodny i samolubny. Kiepski wokalista i jeszcze gorszy aranżer, który ciągle – także na nowej płycie – nie do końca czuje fałsz łączenia żywych instrumentów i syntetycznych brzmień w takiej balladowej formie. Ale zarazem genialny autor. Połowa repertuaru „Old Ideas” to przyszłe standardy, więc do czego tu mieć pretensje?

LEONARD COHEN „Old Ideas”
Columbia 2011
8/10
Trzeba posłuchać:
„Darkness”, „Show Me the Place”, „Amen”, „Banjo”.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 17

Dodaj komentarz »
  1. Haha, pointa mnie rozbawiła.

  2. No ja kochalam i dalej kocham dokladnie tego Cohena.
    Wielcy artysci tak juz maja. Moga pisac teksty blahe, a nawet i glupie czy self-indulgent, a potem wychodza na scene, zaczynaja spiewac i dzieje sie, staje sie jakas magia. Cos co przykuwa nasza uwage bez reszty i odsyla w jakies rejony wlasnej duszy, za przeproszeie, ktorych istnienia nie podejrzewalismy, porusza jakies struny, to coin a phrase.
    Moz sobie Cohen od rana do nocy opowiadac Polish jokes, i bedzie to dla mnie zupelnie bez znaczenia.

  3. „Sztuka piosenkowa”?
    Nota bene, w swoim kraju Cohen uwazany jest przede wszystkim za poete a nie balladziste (obowiazkowa lektura w liceum). Jego poezja, nawet ta niespiewana jest w rzeczy samej na duzym poziomie. Warsztatowym, nie spolecznym. Jesli juz o kanadyjczykach mowa to o wiele lepszy muzycznie i „socjalnie” jest Gordon Lightfoot, w Polsce praktyczie nie znany (a szkoda bo byl ongis stawiwany na rowni z Dylanem)

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Są tacy artyści, których niby warto znać, trzeba znać, niby wszyscy mówią, że ich twórczość zajmuje honorowe miejsce w historii muzyki, ale tak naprawdę coraz mniej ludzi ich słucha, a na ich koncerty chodzi się po to, by posłuchać starych hitów.
    Mam wrażenie, że Leonard Cohen należy do takiej właśnie grupy artystów.

    Są posiadacze szczególnie charakterystycznego i niepowtarzalnego głosu, dla których ten element stanowi wielki, niezaprzeczalny atut (Peter Gabriel, Brian Johnson), a są i tacy, dla których ten sam atut staje się przekleństwem.
    Wydaje mi się, że Cohen jest w tej drugiej grupie.

    Pozdrawiam!

  6. W USA Cohen jest bardzo malo znany… i chyba nigdy nie cieszyl sie tu jakims wiekszym powowdzeniem!

  7. @Jer-1 –> Zdaję sobie sprawę, pisałem nawet o tym w dużym tekście, który jeszcze można znaleźć w papierowej „Polityce”.

    @dr_pitcher –> Dziękuję za cenny głos z Kanady 🙂 Sam z tamtejszych songwriterów najbardziej lubię Neila Younga i Joni Mitchell. Ma się kim chwalić ten kraj…

  8. Cyt.: „„Old Ideas” to album lepszy niż dwie poprzednie płyty Cohena” – bzdura totalna. Płyta „Ten New Songs” była świetna. Zresztą twierdzenie tendencyjne, napisane ot tak. Dlaczego lepszy? W sumie to chciałbym być tak „leniwym skurczybykiem”, żeby w wieku 75 lat jeszcze mi się chciało. Ladies and Gentlemen – czapki z głów.

  9. Też się kiedyś rozczarowałem Cohenem. On tak mądrze mruczy, więc kojarzyłem go z jakąś wartością, że to taki może Bułat Okudżawa będzie, albo Wysocki, a tu kicha, porażka, facet ma kilka ładnych melodii, ale nic ciekawego do powiedzenia, banał i tandeta jak z kolorowych jarmarków, klezmer zwykły, ot co.

  10. @lando –> O tym, dlaczego lepszy, jest w kolejnym zdaniu. Przede wszystkim bardziej powściągliwy, gdy chodzi o użyte środki.

    @Gogo –> Pod „banałem” stanowczo się nie podpisuję. I mimo wszystko wolę Cohena od Wysockiego. 🙂

  11. Ja nie uważam, że coś co jest bardziej powściągliwe jest lepsze. Jak dla mnie może być „inne”, a to czy jest „lepsze” to już ocena subiektywna. Miałem okazję wczoraj w nocy odsłuchać „Old Ideas” i mogę powiedzieć, że płyta pod względem muzycznym jest bardzo minimalistyczna, ale pod względem zawartych treści, jak to już u Cohena, bogato. W każdym bądź razie słucha się tego przyjemnie, ale mam nieodparte wrażenie (choć chciałbym się mylić), że ta płyta to jakby rozliczenie. W poprzednich płytach było więcej życia.

    Porównywanie Cohena do Okudżawy lub Wysockiego mija się z celem. Kwestia gustu i wrażliwości. Jeden woli córkę, drugi teściową, ale nazywanie Cohena tandetą i banałem ukazuje moim zdaniem (bez obrazy) pewną niedojrzałość.

  12. Nie oczekuję podpisu – tylko wypowiadam własną opinię 😉 , a Cohena uważam za szemrzącą miernotę, jakich po knajpach – śpiewających do kotleta – tułało niegdyś bez liku, ocenianą przez snobów znacznie lepiej, niż na to zasługuje, ze względu na swoisty PR, który ludziom bez muzycznego gustu każe wychwalać wszystko, co propaganda zechce uznać za wybitne, często wyłącznie ze względu na „cohenowość”, czy „hollandowość” twórcy. Dawno go nie słuchałem i właśnie przed paroma dniami postanowiłem sprawdzić, czy może coś kiedyś przeoczyłem, wysłuchałem płyty „Live in London” bo taki fajny miał profil na okładce, w tym swoim kapeluszu oraz z gitarą w rękach, a tu klops. Z trudem gościa wysłuchałem, z wielkim trudem – dźwięki oraz aranżacje klasy disco-polo. Jednak dobrnąłem jakoś do szczęśliwego końca – hallelujah!

  13. @ Jer-1
    Być może Nowy Jork to nie Stany Zjednoczone, ale jeśli bilety na koncert Cohena parę lat temu chodziły tu na czarnym rynku po dwa tysiące dolarów, to chyba się pan myli w swojej ocenie jego popularności.

  14. @Gogo
    A czego pan/i słucha z przyjemnością, można wiedzieć? Bardzom ciekawa, bo z tych wypowiedzi wynika, że musi pan/i mieć dość szczególne upodobania muzyczne.

  15. @lando –> Co do rozliczenia – zgadzam się, odnoszę to samo wrażenie.

    @Gogo –> Ja też tylko rzucam własną opinię, pisząc o „niepodpisywaniu się”. Ale szanuję Pana stanowisko – tym bardziej, że jest to w Polsce postawa rzadka. 🙂

  16. Jedno jest pewne, jak na bardzo dojrzałego artystę propozycje Cohena nadal dają sie lubić,w przeciwieństwie do wielu nieco nawet młodszych wykonawców( S. Howe, R. Wood, czy R. Fripp)których działania nawet w najmniejszym stopdniu nie dorównują ich wcześniejszym dokonaniom, innymi słowy potencjał twórczy pana Leonarda zdaje sie być niewyczerpany!!!!

  17. Na razie miałem okazję wysłuchać kilku fragmentów nowej płyty i jestem bardziej niż zadowolony.Poprzednia płyta(nawet w kategorii Cohena) była troszkę monotonna.W gruncie rzeczy to co jedni uważają za wadę dla drugich jest zaletą.Ilość wykonawców dla których Cohen był inspiracją świadczy raczej o wadze jego twórczości.W każdym razie ja życzę mu dużo zdrowia i jeszcze kilku płyt.

  18. Dla mnie Cohen obecnie to żałosny przypadek kogoś kto kiedyś był wielki a teraz jest zbyteczny i trywialny. Za to dokładnie odwrotnie można rzec o Scotcie Walkerze, którego początki były banalne, potem rozwinął na krótko skrzydła a potem upadł na bardzo długo i aż prawie 3 dekad potrzebował na odrodzenie (z wyjątkiem niezłego Climate of Hunter w 1984) – a gdy to przyszło w 1995 w postaci fenomenalnego albumu Tilt a później w 2006 za sprawą niemniej zjawiskowego Drift, to Walker stał się bardziej wyrafinowany, głębszy i ambitniejszy niż kiedykolwiek; jest to niezwykle godne podziwu zważywszy na wiek artysty i konkurencję na rynku. Tego samego nie można powiedzieć o Cohenie, a wręcz jest kategorycznie odwrotnie (regresja na całego i pozostanie w comfort zone). Mogę zrozumieć te lekko bądź całkowicie negatywne głosy, choć niekoniecznie się ze wszystkimi zgadzam, a jeśli to odniósłbym je do późniejszej i teraźniejszej części jego kariery.

    Pozdrawiam

css.php