Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego Polifonia - Płyty Bartka Chacińskiego

7.11.2011
poniedziałek

To już ostatni raz, naprawdę

7 listopada 2011, poniedziałek,

Tak sobie mówię za każdym razem, gdy sięgam po nową płytę Death In Vegas. Żadna z recenzowanych w tym roku płyt nie kosztowała mnie tak dużo energii co „Trans-Love Energies”. Z mało którą spędziłem tyle czasu i przy mało której czułem się tak bezradny, jak w wypadku albumu Richarda Fearlessa. Bo jest to płyta człowieka, który sam słucha mnóstwo muzyki, lubi stare brzmienia i jest w swoich zainteresowaniach nie mniej wszystkożerny niż dziennikarze. Parę razy miałem już porzucić myśl pisania o DIV i nie wracać do niej, powstrzymały mnie jednak komentarze (Suseł – dzięki!) i zadziwiające wybory, jakich dokonywałem co wieczór, rzucając w kąt kolejne nowości tylko po to, by po raz kolejny posłuchać „Trans-Love…”.

Poza wszystkim jest to płyta epicka i długa. Zdarzało mi się już usnąć przy hipnotyzującym „fur 74” i budzić się z zaskoczeniem przy remiksie dyskotekowego „Your Loft My Acid”, myśląc, że to już zupełnie inna płyta. Przy kolejnych odsłuchach w ciągu ostatniego miesiąca kompletnie zmieniali się moi faworyci na tej płycie – z „Lightning Bolt” na „Coum” i z „Silver Time Machine” na „Black Hole”. Jest to również album, na którym wszystko dzieje się niezwykle powoli. Większość utworów to stopniowe, mozolne budowanie atmosfery, „skipowanie” odbiera im cały sens, trzeba się w nich zanurzyć, a jeśli to zrobimy, usłyszymy coś, co wcale nie ustępuje mojemu ulubionemu niegdyś albumowi „The Contino Sessions” – choćby takie fragmenty jak „Savage Love”, „Medication” czy „Moe Tucker”.

To jest płyta-pomnik dla gustów jednostki, rozpostartych między bohaterami kolejnych utworów. Opowiadają o tym już same ich tytuły: „Moe Tucker”, „Lightning Bolt”, „Coum”, „Heroes”, „Silver Time Machine”… Ważne tropy w wypadku albumu to jednak przede wszystkim scena cold wave i Detroit techno. Ta pierwsza uhonorowana imponującym „Witchdance” z udziałem Austry – jedynej gościnnie występującej tu wokalistki. Większość partii wokalnych Fearless nagrał sam, część z nich przypomina mi szeptanki Blixy Bargelda z Einstuerzende Neubauten, tyle że w wersji bardziej narkotycznej. W ogóle cała płyta jest hołdem dla jakiegoś rodzaju narkotyków, z którym sam nie miałem dotąd do czynienia. Poza wspomnianym „Medication” i ostatnim na albumie „Moe Tucker” cała końcówka płyty (piszę o wersji LP – patrz uwaga na dole) to taka dogasająca impreza techno, po której następuje nieuchronny narkotykowy zjazd. Z nie całkiem miłymi efektami.

Przez cały poprzedni tydzień uwalniałem się z różnego typu zobowiązań i czułem, że Death In Vegas, do którego opisywania przymierzałem się od wielu dni, wisi nade mną jak czarna chmura. Ale jeśli już wracałem do płyty, to kompletnie się w niej zatapiałem, zapominając o bożym świecie. jest więc coś narkotycznego w samej jej konstrukcji. Dziś obiecuję sobie znowu, że to już ostatni raz.

DEATH IN VEGAS „Trans-Love Energies”
Drone/Portobello 2011
8/10
Trzeba posłuchać:
„Black Hole”, „Coum”, „Savage Love”, „Witchdance”, „Moe Tucker”. LP, wersja elektroniczna i CD mają inny program. Ta druga to tak naprawdę wersja light, a jednocześnie ekstrakt najlepszych utworów z całego materiału. Nie polecam zmieniania kolejności utworów, choć z drugiej strony – sam Fearless eksperymentował, bo te trzy wersje to tak naprawdę trzy zupełnie inne płyty.

Death In Vegas – Trans-Love Energies preview by Death In Vegas

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. to FAKT, uwolnić się od tej płyty trudno 🙂

    jak dla mnie – kawał porządnie wyprodukowanej i zagranej muzyki.

    a malkontenci – jak w każdym przypadku – zawsze się znajdą

    mam pytanie – z czego – słucha się lepiej – z LP?

    czy wysokiej jakości plików cyfrowych, bo produkcja zachęca do spróbowania LP 🙂

    TYP NA SUSŁOWY ALBUM ROKU – bezapelacyjnie

  2. Odszczekam. Posluchalem jeszcze raz, poglebilem swa wiedze o Fearless’ie @Susel–> Please forgive me. Przegladajac siec nathnalem sie na okreslenie „rather odd fashion” okreslajaca te plyte. To ma cos na rzeczy. Bartek nazywa to nieznanym mu narkotykiem. Ja obawiam sie, ze to moze juz za duzo dragow. W ocenie medycznej to juz choroba psychiczna,a w aspekcie artystycznym – kreacja. Po pierwszym odsluchu DIV uznalem za wulgarne, jednak gdy czytam o produkcji The Horrors ( jednej z najlepszych plyt w tym roku: ) Obejrzalem wystep Black Acid – urocze, jednak swoiscie dekadenckie. Jezeli Fearless uzywa swej wiedzy produkujac innych jest jak wspaniala przyprawa. „Solowo” zaczyna byc deep. Deep is cool, oczywiscie. Nie mam nic przeciwko depp. Ale deep is scary. Z tym Einsturzende to absolutnie prawda, teraz to uslyszalem.
    Ach!
    I do tego na kazdym kroku ublizaja czlowiekowi od hipsterow.
    Chociaz, musze przyznac, ze ta koszula… : D

    —————————————————
    Wielka przyjemnosc sprawia mi czytanie tego bloga. Zawsze. Nawet gdy autor mnie irytuje. Pozniej i tak okazuje sie, ze nie mialem racji.
    —————————————————

  3. @vlad.palovy –> „W ocenie medycznej to juz choroba psychiczna,a w aspekcie artystycznym – kreacja”
    – racja, nie od dziś obawiam się, że za to płacę, kupując takie płyty…

    @koszula – winietę bloga zmienię w końcu, ale teksty zostaną te same 😉

css.php