Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

22.06.2017
czwartek

10 powodów, dla których powinniście jeszcze raz posłuchać „OK Computer”

22 czerwca 2017, czwartek,

Rok z siódemką na końcu to zawsze okazja do wielu nikomu niepotrzebnych retrospekcji, które nagle okazują się zaskakująco ciekawe. Okrągłe rocznice wydania obchodzi 9 z 40 płyt wszech czasów w głosowaniu Rate Your Music. Ledwie zdążyliśmy sobie przypomnieć Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band i The Velvet Underground & Nico, a tu 20. urodziny świętuje OK Computer grupy Radiohead. Zdałem sobie sprawę z trzech faktów: (1) sam nigdy nie recenzowałem tej płyty, nawet w chwili jej premiery, (2) bardzo rzadko wracałem do niej w ostatnich latach, obchodząc tak, jak się omija na ulicy znany pomnik, a wreszcie (3) uświadomiłem sobie, jak mało widziałem w polskiej prasie tekstów rzeczywiście analizujących OK Computer, a nie tylko odfajkowujących ten album jako wybitny. W dodatku zbliża się wydanie specjalne – czy w ogóle warto odkładać pieniądze? I po co w ogóle tego słuchać jeszcze raz? Czytaj całość »

20.06.2017
wtorek

Wymijająca odpowiedź

20 czerwca 2017, wtorek,

Jedni mówią ładnie, inni brzydko. Jedni mądrze, inni głupio. W wypadku Fleet Foxes ładny i mądry jest już sam muzyczny alfabet, czyli to, z czego budują swoje utwory. Mocne akordy grane na dwunastostrunowej gitarze – od razu przenoszące słuchacza w rejony między bogato aranżowanym folkiem a prog rockiem. Starannie modulowane i świetnie intonowane wokale. Kapitalne harmonie chórków. Różnorodność brzmieniowa (bo czego tu nie ma – koto, shamisen, harmonika szklana itd.). Świetne aranżacje smyczkowe, wcześniej niespotykane w tej skali w nagraniach FF. Utwór Mearcstapa ratują wręcz te subtelne smyczki. A wreszcie skala dynamiczna, trochę wprawdzie spłaszczona przez kompresję, ale jednak zaskakująca nas już w otwierającym album utworze I Am All That I Need. Niezwykłe skupienie na detalach – włącznie z drobiazgami typu kilka taktów z utworu Mulatu Astatke na końcu On Another Ocean (January/June) albo temat z White Winter Hymnal w końcówce pierwszej kompozycji na płycie. To wszystko wywoływać powinno wrażenie, że jest bardzo dobrze. Czytaj całość »

19.06.2017
poniedziałek

„Wieśniak” roku

19 czerwca 2017, poniedziałek,

Jako stali słuchacze współczesnych odmian muzyki zapewne zauważyliście, że bez piosenki na początku, na końcu, a czasem i pośrodku trudno dziś porządnie opowiedzieć jakąś historię. Dotyczy to w szczególności seriali. Wyobraźcie sobie Orange Is the New Black bez Reginy Spektor na wstępie. Wyobraźcie sobie Dolinę Krzemową bez tych puentujących odcinki, czasem kuriozalnych, ale zawsze chwytliwych kawałków hiphopowych, za których dobór ktoś powinien dostać osobną nagrodę Emmy. Nie mówiąc już o Twin Peaks bez Julee Cruise. Będzie bliżej miejsca, do którego zmierzam, jeśli napiszę teraz, że Gra o tron nie ma czegoś takiego (choć pojedyncze współczesne piosenki i tu się pojawiały). A gdyby miała mieć, to moja propozycja byłaby jedna: Richard Dawson, czyli bardzo nietypowy folkowy bard z Newcastle upon Tyne. Nie chodzi o to, że wygląda jak syn George’a R. R. Martina. Chodzi o to, że tylko on jest w stanie połączyć szorstką współczesność ze średniowieczną siermięgą w sposób tak poetycki i rynsztokowy zarazem. Akompaniujący sobie na połamanej i naprędce naprawionej gitarze amator, który wokalistyki uczył się na tak egzotycznych przykładach, że mógłby obsłużyć najpodlejsze lokale od Volantis po Winterfell, przy okazji dodając serii odrobinę dysonansowego uroku. A przede wszystkim – oddając, choćby i w bardziej wyszukanej artystycznie formie, ekspresję tego widowiska. Poznajcie nowy album Dawsona: Peasant, czyli Wieśniak. Czytaj całość »

16.06.2017
piątek

Milenialsi atakują, zeszłomilenialsi się bronią

16 czerwca 2017, piątek,

Młodzież dobrze się bawiła na warszawskim koncercie Gorillaz. Tego jestem pewien, bo wnioskować można nie tylko z okrzyków aplauzu, ale i liczby transmisji prowadzonych telefonami komórkowymi do kolegów i koleżanek. Wydaje się nawet, że na te półtorej godziny publika porzuciła wieszanie psów na organizatorach akcji, a raczej ich systemie dystrybucji biletów. Bo tu trzeba przypomnieć, że młodzi ludzie nie są szczególnie lojalni i takie brawurowe akcje jak ściągnięcie słynnej grupy Damona Albarna na całkiem kameralny koncert (jakieś tysiąc osób zebranych w dobrych warunkach sali Nowego Teatru) przez program T-Mobile Electronic Beats, dają marce szansę, by zapunktować, ale równie łatwo mogą ją zepchnąć w strefę hejtu. Zresztą po co ja to piszę – tego pewnie uczą w podręcznikach marketingowych na temat milenialsów. Nie uczą tam jednak takich rzeczy, jakie potrafi Albarn. Czytaj całość »

14.06.2017
środa

Ujawniamy prawdziwego muzyka Gorillaz

14 czerwca 2017, środa,

Dziś koncert Gorillaz w Warszawie, za cztery dni w Katowicach. I to jest wydarzenie tygodnia, bo choć najnowsza płyta należy do tych słabszych, to przecież rysunkowego zespołu Damona Albarna nie było jeszcze na polskich scenach. W dodatku występują z całym wianuszkiem gości i w wersji dość bezpośredniej jak na dotychczasowe próby ukrywania się za animacjami. Hasło tytułowe należy więc traktować jako bezczelny sposób przyciągania uwagi, ale zarazem sygnał, że Gorillaz będą tu i teraz (pozwoliłem sobie nawet zadać organizatorom* pytanie, czy pojawią się we własnej osobie i dostałem odpowiedź twierdzącą). Poza tym jest to idealna okazja, by zdradzić personalia jednej z postaci z zaplecza koncertowej wersji grupy Gorillaz. Bo jeśli nie dla Damona Albarna, to może warto się było występem (wiem, wiem – wyprzedanym i w ogóle) zainteresować ze względu na – uwaga, kolejny clickbait – tego tajemniczego pana: Czytaj całość »

13.06.2017
wtorek

Wiercę się stylistycznie. Doktorze, czy to normalne?

13 czerwca 2017, wtorek,

Muszę się do czegoś przyznać: strasznie się wiercę. Najczęściej bawię się gumką recepturką albo nerwowo telegrafuję nogą. I jest mi niezmiernie miło, że Clive Thompson z „Wired” – jeden z moich ulubionych felietonistów – właśnie udzielił mi rozgrzeszenia. Pisze w najnowszym numerze (trochę przy okazji popularności wynalazków dla nerwusów: fidget spinnera i fidget cube), że różne rodzaje wiercenia się są raczej pożyteczne: zażywamy trochę ruchu, którego nie mamy zbyt wiele, do tego prawdopodobnie sprzyja koncentracji – wprawdzie tylko u wiercącego się, u innych często wręcz przeciwnie, ale jednak. Na przykład dzieciaki z ADHD mają lepsze wyniki w testach, jeśli się wiercą. Jest więc szansa, że dorośli bez ADHD, za to z dziećmi, psem, kredytem we frankach itd. też będą mieli lepsze wyniki. Thompson rzuca nawet tezę o tym, że wiercenie się powinniśmy zamienić w dobre źródło energii – już choćby zabawa komórką (charakterystyczna dla wielu osób) czy przekładanie jej z ręki do ręki powinny doładowywać baterię. Tak jak hamowanie w Priusie doładowuje akumulator. Wtedy może nawet osoby, które muszą z takimi wiercącymi się przebywać, nie miałyby problemów z wierceniem. Ja jednak tę energię wykorzystuję nieco inaczej. Czytaj całość »

12.06.2017
poniedziałek

Cud progresywnego myślenia

12 czerwca 2017, poniedziałek,

Autor tej książki pochodzi z wczesnych roczników 80. – punka i rock progresywny poznawał jednocześnie. Przy czym to punk go znudził, a w rocku progresywnym odnalazł prawdziwą muzyczną rebelię. A dziś ma czelność stawiać innowacyjność Emerson Lake and Palmer wyżej niż Led Zeppelin. I śmiało – a co więcej: słusznie – wyprowadza rock progresywny wprost od pierwszych albumowych superprodukcji The Beach Boys i The Beatles. Mnie ujął tym, że mamy wspólnych faworytów wśród prog-rockowych albumów (Third grupy Soft Machine), no i oczywiście konsekwentnym przywiązaniem do King Crimson. Do tego ma jeszcze poparcie Phila Freemana z „The Wire”. Zapowiada się w każdym razie, że książka, którą napisał David Weigel, na co dzień polityczny dziennikarz „Washington Post” – i o której na razie przeczytałem w rozmowie dla „Vulture” – będzie bardzo ciekawym punktem wyjścia do kolejnego starcia zwolenników i przeciwników rocka progresywnego. Ta duża monografia prog-rocka ukazuje się jutro, a dziś obchodzi 30. urodziny płyta, która na parę lat mnie pchnęła w objęcia rocka progresywnego. Później zdarzało mi się płyty kojarzone z tym gatunkiem krytykować, ale nie dlatego, by mi zawinił gatunek (chętnie przeczytałbym na nowo słynny polski pamflet Przekleństwo progresywnego myślenia Grześka Brzozowicza, by sprawdzić, na ile się zestarzała ta modna przez lata narracja). Po prostu moja sympatia dla progresywnego myślenia w muzyce rockowej na zawsze przesycona była emocjami związanymi ze wspomnianą płytą: Clutching at Straws, moja pierwsza, poznawana na bieżąco płyta gatunku, była zarazem albumem, który w sposób symboliczny pewną ważną erę tego gatunku zamykał. Czytaj całość »

9.06.2017
piątek

A planety szaleją, szaleją, szaleją…

9 czerwca 2017, piątek,

Z opisu wygląda to groźnie: dwóch względnie młodych kompozytorów (Nico Muhly, Bryce Dessner), wszechstronny perkusista (James McAlister) i jeszcze człowiek, który potrafiłby zagrać na dowolnym instrumencie i jeszcze zaśpiewać (Sufjan Stevens) nagrywają płytę o Układzie Słonecznym. Jeszcze groźniej zabrzmi to, gdy dodam, że towarzyszą im kwartet smyczkowy i septet puzonów (!), kilka pudełek elektronicznych, pojawia się wokoder/Auto-tune, a Dessner gra gitarowe solówki. Ta groźba, która rośnie nad całym zjawiskiem, to oczywiście ryzyko wpadnięcia w czarną dziurę pompy i koncepcyjną – też ważny składnik wypełniający przestrzeń kosmiczną – pustkę. A jak wiadomo, z próżni to i Salomon bicza nie ukręci. Czekałem więc na tę płytę jak Matt Kowalsky z Grawitacji na ostateczne i nieodwołalne wyczerpanie zapasów tlenu. W krótkim odruchu ucieczki postanowiłem więc przypomnieć sobie piosenkę, z której wiedzę o Układzie Słonecznym zdobywały moje dzieci: Czytaj całość »

7.06.2017
środa

Człowieka do maszyny miłość romantyczna

7 czerwca 2017, środa,

Muzycy często mówią, że kochają brzmienia maszyn. Ale zwykle jest to, przepraszam za trudne do uniknięcia wyrażenie, zwykłe pieprzenie. Łatwo to sobie uświadomić po przesłuchaniu płyty duetu Pin Park, którego stosunek do syntezatorów jest pełen romantyzmu i świadomości. Można nawet powiedzieć – wysłuchawszy już rozpoczynającego płytę utworu The Cat – że ci muzycy podchodzą do analogów niczym do jakichś żywych, impulsywnych i płochliwych organizmów, z delikatnością, ostrożnością, wyrozumiałością. To są cechy, na których da się chyba zbudować solidną miłość, a jej wyznanie da się odnaleźć na Krautpark, choć – trochę tak jak z tymi organicznie delikatnymi maszynami – nie przyjdzie to ani błyskawicznie, ani szczególnie łatwo. Nawet jeśli to pozornie prosty album, którego koncepcje wydają się czyste i eleganckie, a inspiracje – łatwe do wskazania, począwszy od samego wymownego tytułu płyty. Jest w każdym razie o czym pisać. Czytaj całość »

6.06.2017
wtorek

Nie ufaj nikomu przed sześćdziesiątką

6 czerwca 2017, wtorek,

W trakcie jeszcze jednej dyskusji o Sierżancie Pieprzu podczas Ogrodów Polityki w Elblągu padło pytanie, czy młodzież ma teraz nową muzykę o podobnej społecznej sile rażenia, co tamta w roku 1967. I jakkolwiek głupio się na takie pytania odpowiada, gdy się już nie jest młodzieżą, pomyślałem, że może całą tę ożywczą młodzieżowość lat 60. – kiedy ukuto słynne hasło Nie ufaj nikomu po trzydziestce, a w biznesie rodzącej się sceny rockowej trudno było wskazać kogoś powyżej tej bariery – w dzisiejszych czasach retromanii zastąpiło szukanie autorytetów wśród starzejących się lub wręcz odchodzących muzyków. Tak się składa, że to samo pokolenie, które budowało świat „muzyki młodzieżowej”, teraz ma do odegrania jeszcze jedną rolę: przypominać o wartościach, rozliczać się, czasem moralizować, opowiedzieć o śmierci, słabo obecnej w kulturze popularnej. Nie wiem, czy to jakaś najmocniejsza tendencja tych czasów, ale starość na pewno jest jakąś wartością. Widać to w recenzjach, ale i na listach przebojów. Pisałem parę lat temu w „Polityce” o coraz ważniejszym w muzyce rozrywkowej klubie 70-latka, od tamtej pory wydarzyło się dużo – w tym zeszłoroczne pożegnania Bowiego i Cohena. W tym roku Willie Nelson śpiewa Still Not Dead, a Waters patrzy na świat trochę z tej dawnej, idealistycznej perspektywy, upominając Thoma Yorke’a w sprawach zasadniczych. Wszystko zaczęło się – mam wrażenie – od długiego, wieloletniego eksperymentu Ricka Rubina z przywracaniem do powszechnej świadomości Johnny’ego Casha. A teraz, od dwudziestu czterech godzin, mieści się w tym również i to: Czytaj całość »

css.php