Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

8.09.2017
piątek

Narodowcy, których nauczyłem się lubić

8 września 2017, piątek,

Spokojnie, to nie będzie list miłosny do Mariana Kowalskiego. Chodzi o to, że temat nowego The National sprzedałem już po części w wydaniu papierowym „Polityki”, więc uczciwość blogerska nakazuje dodać trochę pieprzu na początek. A kogo miałbym wysłać po ten pieprz, jeśli nie pana Mariana? Nie żałowałbym jakoś szczególnie, gdyby się zgubił gdzieś po drodze, bo dystans między nami i tak jest duży. A pozwolę sobie zauważyć, że hasła narodowe są w temacie, bo po pierwsze The National znaczy to, co znaczy, po drugie – grupa coraz częściej ostatnio skraca tę nazwę do Ntl. I nie zdziwiłbym się, gdyby chodziło o zdystansowanie się do problemu skrajnych frakcji narodowych w czasach, gdy w USA staje się nagle dość palący. Po polsku byłoby z tego Nrdw (niebezpiecznie blisko Ndrw). The National – to są tak naprawdę ci panowie, których nauczyłem się lubić. Czytaj całość »

6.09.2017
środa

Holger Czukay: Rewolucjonista z Gdańska

6 września 2017, środa,

Niestety, tu znów prasowa spółdzielnia pogrzebowa. Bo z trzech różnych źródeł przyszła do mnie rano wiadomość o śmierci Holgera Czukaya, jednego z ostatnich żyjących członków niemieckiej grupy Can (pozostali jeszcze współzałożyciel tej formacji Irmin Schmidt i dwóch byłych wokalistów). Czukay był świetnym, charakterystycznym basistą (grał też na waltorni, czasem na innych instrumentach), otwartym na eksperymenty dzieckiem rewolucji 1968 roku, lekko ekscentrycznym, ale przemiłym człowiekiem i tą spośród wielkich postaci muzyki rozrywkowej przełomu lat 60. i 70., która miała naprawdę duży związek z Polską. Urodził się tutaj w 1938 roku i trafił jako siedmiolatek, wysiedlony z Gdańska wraz z rodziną, do Niemiec, najpierw do Hanoweru, później do Berlina. Był więc poniekąd uchodźcą (w Niemczech problem dzisiejszych uchodźców bywa porównywany z sytuacją powojennych wysiedlonych).

Wraz z Irminem Schmidtem studiował kompozycję u Karlheinza Stockhausena, próbując zarazem przetwarzać na swoją modłę amerykańską muzykę rockandrollową. Byli pionierami samplingu – wykorzystywali w swojej muzyce odgłosy zamieszek studenckich w Paryżu. Wraz ze zmarłym niedawno Jakim Liebezeitem Czukay wprowadzał do zachodniej muzyki rozrywkowej elementy afrykańskiej rytmiki. Jego nagrania poza Can (kapitalne Canaxis nagrane z Rolfem Dammersem) pozwalają go też uznać za prekursora ambientu. Należał do tych muzyków, którzy zarażali swoimi pomysłami innych, łatwo wchodząc w różnego typu kooperacje – choćby z Davidem Sylvianem czy Jah Wobble’em. Czukay uważał się też za muzyka punkowego. Nie wspominać go dzisiaj byłoby niegodziwością. Dlatego raz jeszcze w całości przypomnę moją rozmowę z Czukayem sprzed 18 lat. Dla mnie niezapomnianą i na pewno jedną z ważniejszych w życiu. Czytaj całość »

5.09.2017
wtorek

♬ Radosław Kurzeja: Nocna wyprawa

5 września 2017, wtorek,

To być może ostatni z wielu blogów, na których przeczytacie, że ktoś taki jak Radosław Kurzeja nagrał i wydał w lipcu płytę z muzyką elektroniczną. I być może pierwsza część dużego serwisu dużej gazety, gdzie o tym napiszą. Jak wiadomo DIY odczytuję w stylu Słodowego i zawsze staram się mieć gotowy do publikacji wpis, ale w tym wypadku nie było łatwo. Noce wciągają, ale potem wyprowadzają na manowce. To rodzaj muzyki, która przy pierwszym kontakcie – z tym prostolinijnie wklejonym samplem ze starego nagrania (Nazywam się Radek Kurzeja, jestem przedszkolakiem, mam pięć lat) – ujmuje konkretem, a za chwilę prowadzi w abstrakcję czegoś, co recenzenci lubią nazywać ambientem, żeby opis muzyki mieć z głowy – bo we ambiencie nie dzieje się zbyt dużo z założenia. Tu dzieje się całkiem sporo. To muzyka zmienna pod względem faktury i bardzo plastyczna, co może być wynikiem faktu, od którego rozpoczął swoją recenzję Bartosz Nowicki – że Kurzeja to kolejny muzyk wśród rysowników. Czytaj całość »

4.09.2017
poniedziałek

Co by było, gdyby TAMTEN człowiek nagrywał TEN zespół?

4 września 2017, poniedziałek,

Bardzo lubię alternatywne warianty historii muzyki. Bo proszę sobie wyobrazić (nawiązuję tu do weekendowego wpisu o świetnym albumie LCD Soundsystem), że Martin Hannett produkuje debiutancki album U2. W sobotę zastanawiałem się, co by było, gdyby grupą U2 zajął się James Murphy. To co by się w takim razie stało, gdyby od początku produkował ich nagrania jeden ze świetnych patronów Murphy’ego, współtwórca brzmienia Joy Division, New Order i A Certain Ratio? Nietrudno dziś to sobie wyobrazić – Hannett wyprodukował w końcu pierwszego singla U2 dla Island (a drugiego w ogóle) 11 O’Clock Tick Tock i miał pracować przy pierwszej płycie Boy – tyle że nie był w stanie się zebrać po samobójczej śmierci Iana Curtisa. Nie to żebym nie lubił Steve’a Lillywhite’a, an którego ostatecznie padło – przeciwnie, tyle że nie był nigdy producentem tak mocno wpływającym na brzmienie zespołu jak legendarny pod tym względem Hannett. Reżyser 24 Hour Party People Michael Winterbottom może trochę przeholował w poniższych scenach, ale ta legenda miała oparcie w tym, co ludzie mówili: Czytaj całość »

3.09.2017
niedziela

O jednego genialnego gitarzystę mniej

3 września 2017, niedziela,

Gdy w czwartkowym wpisie wspomniałem grupę Steely Dan, nie miałem bladego pojęcia o tym, że z gitarzystą i współzałożycielem tej grupy Walterem Beckerem jest coś nie tak. Podobno wracał do zdrowia po jakimś zabiegu – to miała być kwestia tygodni. Kilka godzin temu przyszła informacja o śmierci – bez dodatkowych danych, co niespecjalnie dziwi, bo do wylewnych Becker należał chyba głównie w towarzystwie Donalda Fagena. Był – jak wspomina dziś Fagen – nieprawdopodobnie inteligentny, świetny jako gitarzysta i jako autor piosenek, cyniczny w podejściu do natury ludzkiej, włącznie z samym sobą i histerycznie zabawny.

45 lat temu panowie założyli Steely Dan, po serii muzycznych przymiarek, najpierw chyba nie całkiem serio (o czym świadczyła nazwa – wymyślne, napędzane parą dildo z powieści Williama Burroughsa), ale na pewno ze śmiałym zamierzeniem, by coś z jazzu, który poważali, przenieść do muzyki rockowej, która wydawała im się banalna i płaska. Zadanie wykonali na całej serii płyt, stając się zespołem popularnym w latach 70., granym w ówczesnym radiu, a dziś będąc – już lata po reaktywacji – grupą otoczoną kultem w środowiskach krytyki muzycznej, ale też miłośników dobrego brzmienia i tradycyjnej pracy w studiu. Duet Fagen-Becker stał się dla songwritingu lat 70. wręcz symboliczny, niemal jak team Lennon-McCartney dekadę wcześniej. A piosenki Steely Dan pod względem rozwiązań harmonicznych, struktury akordowej i produkcji nie zestarzały się właściwie w ogóle. Pozwolę sobie więc wkleić klip, który wczoraj tylko zlinkowałem: Czytaj całość »

2.09.2017
sobota

Życie po życiu – to jest życie!

2 września 2017, sobota,

Lubię szukać pozytywów, więc przyszła mi do głowy taka myśl, że dla dziennikarza reakcja na zdjęcie z anteny jego audycji jest najlepszą okazją do tego, żeby poznać swoich słuchaczy. Nigdy zapewne nie zbierze więcej ciepłych słów na temat swojej pracy – chyba że umrze, rzecz jasna. Ale w tym drugim przypadku prawdopodobnie nie będzie z tego miał dużo satysfakcji, z powodu poważnego ograniczenia funkcji organizmu. Raz jeszcze dziękuję więc zbiorczo wszystkim, którzy komentowali sprawę audycji HCH – choćby pod bardzo miłym tekstem na Gazeta.pl. Nie byłbym jednak sobą na Polifonii, gdybym nie spróbował przenieść tego doświadczenia na pole dzisiejszych premier. Nie wierzycie? Ukazała się płyta, która idealnie wpisuje się w powyższą sytuację swoistego życia po życiu. Czytaj całość »

31.08.2017
czwartek

Alameda i Orcutt: gitary bez garów

31 sierpnia 2017, czwartek,

Bill Orcutt działa na nerwy. Wiem coś o tym, bo sześć lat temu nie mogłem zdzierżyć przesłuchania od początku do końca jego płyty How the Thing Sings – cyklu hałaśliwych i bardzo nerwowych właśnie improwizacji na gitarze akustycznej. W zestawieniu rocznym „The Wire” wylądowała wtedy wysoko, z czym nie mogłem się pogodzić, bo wrażenia ze słuchania tej płyty – którą dziś odkrywam na nowo – to trochę jak z pocieraniem styropianem po szkle. Wiemy, że efekt może być nieprzyjemny, ale przynajmniej bywa ciekawy i wyjątkowy. Jak z legendarnym zespołem, który współprowadził gitarzysta przez lata, czyli Harry Pussy, w muzyce którego efekt styropianu obecny był w wersji, której właściwie nie trzeba już było traktować jako przenośni (wokale jego żony Adris Hoyos) – i z moim ulubionym, wiele mówiącym tytułem późnego kompilacyjnego albumu: You’ll Never Play This Town Again. Przez lata solowy winyl Orcutta leżał więc u mnie w skrzynce z rzeczami do oddania lub wymiany, aż w końcu uznałem, że skoro nie mam pomysłu, komu go sprezentować, to może spróbuję go polubić. Poszło mi szybciej, gdy wysłuchałem kolejnych już płyt tego artysty, tym razem zagranych na gitarze elektrycznej. Czytaj całość »

30.08.2017
środa

132 premiery płytowe września

30 sierpnia 2017, środa,

We wrześniu ukaże się więcej płyt niż zdążycie przesłuchać. Zakład? To spójrzcie na tę listę zebraną w dużej mierze dzięki pomocy czytelników Polifonii*. Od LCD Soundsystem po Krystiana Zimermana, od The National po Marylę Rodowicz i od Lee Gamble po Lee Ranaldo. Z The Stubs tuż obok Kurws. Zola Jesus obok Tori Amos. I jeszcze Ariel Pink. Z uwzględnieniem Godspeed You! Black Emperor i Kamasim Washingtonem na dokładkę. Od najpopularniejszych do najmniej popularnych – na równych prawach. W komplecie nie usłyszycie tego zapewne w żadnej audycji – tym bardziej, że chwilowo nie nadaje HCH. Przy okazji: bardzo dziękuję za wszystkie miłe sygnały, które do mnie jako współautora tej audycji spłynęły (gdybyśmy wiedzieli, że to się wiąże z tak dużym wsparciem, pewnie spadalibyśmy z anteny częściej). Ale więcej czasu będę mógł poświęcić na przygotowywanie tego typu wpisów. Kopiujcie poniższą listę, dzielcie się nią – według uznania. Wasza ulubiona płyta miesiąca gdzieś tu jest. Czytaj całość »

28.08.2017
poniedziałek

Czego nauczyły mnie ostatnie premiery o muzyce rockowej?

28 sierpnia 2017, poniedziałek,

Przed weekendem ukazała się cała seria tzw. ważnych płyt rockowych. Jeśli tego nie zauważyliście, to pewnie tylko potwierdza tezę, że muzyka rockowa łatwo daje się ostatnimi czasy ignorować. W każdym razie o płytach dyskutowano i rozpisywano się – zazwyczaj tak długo i nudno, jak nauczyła nas w ostatnich latach krytyka rockowa. Dlatego u mnie dziś sama esencja – cztery nowe albumy Queens Of The Stone Age, Stevena Wilsona, The War On Drugs i Oh Sees posłużą do tego, by każdorazowo odpowiedzieć na tytułowe pytanie: co z tego wynika, czego się z tego jeszcze można nauczyć? Szczególnie, że uczyć się podobno powinniśmy na błędach, a te cztery płyty błędów przynoszą niemało. Czytaj całość »

26.08.2017
sobota

Smartfon dał nam dostęp do muzyki zawsze i wszędzie. A co zepsuł?

26 sierpnia 2017, sobota,

10 lat napisałem dla „Przekroju” felieton o tym, jak idiotyczna jest moda na wchodzące właśnie urządzenie: smartfon. A właściwie iPhone’a, bo nazwy smartfon (w co trudno uwierzyć) praktycznie wtedy nie używano. Po 10 latach postanowiłem się więc raz jeszcze zająć tematem. Bo może kilka moich tez (oryginalny tekst przeczytacie na dole niniejszego wpisu) się zestarzało do poziomu śmieszności, ale niektóre pozostały aktualne. A ponieważ inni dziennikarze zazwyczaj piszą Wam, jak pozytywnie smartfon wpłynął na świat muzyki – np. dając nieograniczony dostęp do nagrań – ja dla odmiany napiszę, co w nim zepsuł. W ramach bonusowego wpisu na weekend. Czytaj całość »

css.php