Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

9.10.2017
poniedziałek

Płyta, która utkwiła za szafą

9 października 2017, poniedziałek,

Przy dużym obrocie płytami zdarza się, że któraś nie trafi do odtwarzacza na czas. Tak było z tą. Data wysyłki wskazywała jeszcze na głębokie wakacje, więc albo poczta nie dopisała, albo po prostu przesyłka niefartownie wpadła za redakcyjną szafę z korespondencją. Bo inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć faktu, że dotarła do mnie dopiero tydzień temu. A nie jest to płyta, której autor szedłby do celu okrężną drogą. Przeciwnie – Brothers Adama Bałdycha i współpracującego z nim (druga wspólna płyta) norweskiego Helge Lien Trio to w dyskografii polskiego skrzypka rzecz jak dotąd najdoskonalsza. Ale ujmująca prostotą, która kojarzyć się może z próbą przetłumaczenia modnej znów konwencji spritual jazzu na nasze, nieco chłodniejsze słowiańsko-skandynawskie realia. Dedykuję tę propozycję wszystkim tym, którzy czasem komentują, że na Polifonii nie chwalę muzyki ładnej. Ta jest ładna, ładniutka nawet, ale gdzieżbym tu chciał cokolwiek – poza może paroma wejściami gościnnie grającego tu saksofonisty Tore Brunborga – krytykować.

Czyli jednak coś skrytykowałem. Ogólnie jednak bezczelnie wirtuozerska gra Bałdycha przełamuje najtrudniejsze bariery – w szczególności tę wynikającą z faktu, że to ani awangarda, ani nawet – na poziomie odbioru – niespecjalnie trudne granie (nieco trudniejsze, choć chyba z gorszym skutkiem, było to na zeszłorocznej Trans-fuzji z Bauerem, Duchnowskim i Konradem). Choć do grania z pewnością niespecjalnie łatwe. Ale przebić się w materii bardziej skonwencjonalizowanej z pakietem szlachetnie klasycznych środków, uderzając subtelną liryką, urozmaiconą artykulacją, nawiązaniami do tradycji czy umiejętnością wzruszania – to rzecz moim zdaniem na tyle warta docenienia, że tę zagubioną (choćby i za szafą) płytę chciałbym jednak jakoś docenić. Bo trzeba byc nie lada chojrakiem, żeby się z dobrym skutkiem poruszać środkiem drogi.

Przede wszystkim posłuchałbym tej płyty dla klamry otwierającego ją Elegy, kapitalnego tematu z mocną pracą sekcji, ale rozwijającego się ze sporą rozpiętością dynamiczną, a na koniec – melancholijnej kody zatytułowanej w zgodzie z zawartością Code (jesteśmy na środku drogi, to i komunikaty muszą być proste). W kierunku obu szedłbym – albo jechał – dalej na miejscu głównego bohatera. Po drodze tylko z Cohenowskim Hallelujah mam pewien problem, ale wynika on raczej z oczywistości wyboru tego właśnie utworu niż z oczywistości samej interpretacji. W otwartości i swobodzie gry samego Bałdycha nie ma odrobiny fałszu i jest to ten rzadki przypadek, kiedy chciałoby się więcej lidera. I chciałoby się jeszcze zdążyć przed wieczorem z tekstem, żeby ktoś sobie tego posłuchał po robocie.

Poprzednio skapitulowałem przed oceną Bałdycha, opisując jego Imaginary Room. W wypadku Brothers trudno się nie czuć na siłach, tak samo, jak trudno się zostać zaproszonym do słuchania tej muzyki za sprawą czytelności i intensywności towarzyszących jej emocji. Nie mam wątpliwości, że obok EABS i sekstetu Franciszka Pospieszalskiego jest to jeden z bardziej porywających albumów ze sfery jazzowej, jakie do mnie trafiły w tym roku. I kolejny, który w sumie nawet ostatecznie zniechęcałby mnie do śledzenia w tym roku zachodnich premier (po co, skoro polscy artyści radzą sobie doskonale?), gdyby nie to, że domeną Bałdycha są już od lat właściwie stricte zachodnie premiery.

ADAM BAŁDYCH & HELGE LIEN TRIO Brothers, ACT 2017, 8/10

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. dzień dobry; a mnie ta płyta utkwiła w sercu. no jak jej tylko posłuchałem. ta muzyka, stworzona z potrzeby ducha, mimo pozornej rozlewności, spokoju ballad, niejednokrotnie mimo czytelnych oznak tych ballad ujmującego piękna, wprowadza nieraz i żywszy nurt niepokoju. I wszystko jest tu „czymś więcej”… niż „profesjonalnym, eleganckim jazzowym wykonawstwem”. I „to coś” jest właśnie tajemnicą sztuki, w tym przypadku sztuki jazzowej.
    I tak to już jest, no chyba jest… że w przypadku np. zespołu Omen (albo i wielu pokrewnych – wprost lub nie wprost – współczesnych paradnych „zjawisk”) moim zdaniem naprawdę nie trzeba robić rozbudowanych wstępów kto zacz i co zacz. W sensie, obudowywać to jakąś wprowadzającą opowiastką… wszystko wszak tam widać, wszystko słychać… W przypadku zaś takich historii (a historia sztuki pokazuje nam chyba, że artysta nie zapyta w takich razach – a jak tu Wam może Szanowni Adresaci… zafałszować?) naturalnym gestem wydaje się być… i obudowywanie tej naszej wiedzy… Warto wtedy i książki odkurzyć, albo buty… i ruszyć gdzieś do natury. A potem raz jeszcze płyty posłuchać. M

css.php